piątek, 10 kwietnia 2026

Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

(Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część V —Tym razem będzie o tym, że krzyk nie działa, flesz oślepia, a niektóre pomysły dorosłych są… co najmniej podejrzane).


Minął cały rok i już jestem uczennicą pierwszej klasy. Nie jestem pewna, czy mi się to podoba — wszak w domu było o wiele lepiej. Mogłam robić, co mi się podobało. A w szkole?

A niech tam, próbuję się jakoś przyzwyczaić. Choć nasza pani, pani Simon, jest ostra jak brzytwa. Krzyczy nieraz na nas nie wiadomo za co. A i uderzyć jej się zdarza.

Mnie na razie nie uderzyła. I całe jej szczęście! Bo nie jestem pewna, czy nie próbowałabym jej oddać. Nie znoszę krzyku i przemocy! Od razu bunt się we mnie rodzi. A gdzie wewnętrzny bunt, tam musi być też i zewnętrzna reakcja na otaczającą rzeczywistość.

Na razie jednak udaje mi się mój bunt trzymać w ryzach.

Czas leci i mamy już zimę. Też fajnie. Zwłaszcza kiedy przychodzi grudzień — czas prezentów. No i właśnie taki jeden, odgórny, dostaję w tej chwili.

Ciekawe, co też ten Dziad Mróz (rodem z pracy tatusia) ma dla mnie w tej papierowej torebce?



Kurka wodna, chłopcy, nie popychajcie mnie tak, bo muszę dokładniej żurawia do torebki zapuścić!

Co ten Dziad Mróz do mnie mówi? Aha — pyta, czy byłam grzeczna. Też mi pytanie! Ja zawsze jestem grzeczna… na swój sposób.

A tak w ogóle, lepiej niech nie zadaje głupich pytań, bo sam się głupio zachowuje. A jeszcze głupiej wygląda. Bo w co też on się tego roku ubrał? Ukradł jakiemuś biskupowi odzienie, czy jaka choinka?

Przecież w tym stroju w ogóle nie wygląda na Dziada Mroza. No, może tylko te jego sztuczne włosy i broda z waty trochę go upodabniają do… jakiegoś dziada. Ale nic poza tym.

Dobrze, że musi obdarować dużo dzieci tymi przydziałowymi prezentami — dzięki temu wcale nie muszę odpowiadać na jego pytanie. O, już o nim zapomniał, bo wręcza torebkę następnemu dziecku.

Pewnie jemu też zada to samo pytanie i wcale nie będzie oczekiwał odpowiedzi. Bo i po co? Wszak jego to i tak nie interesuje.

Minęło parę miesięcy i jest już wiosna. Kocham wiosnę. Wspaniały czas. Przyroda pięknie budzi się do życia. Wszędzie robi się zielono i coraz więcej kolorowych kwiatuszków wyłania się z ziemi. A pachną, że ho, ho! Cudownie.

W ten wiosenny czas znów mamy w rodzinie kolejną „komunistkę”. Tym razem moja o dwa lata starsza kuzynka Wiesia (córka brata tatusia) przyjmie Bozię do serduszka. Tak mówi ksiądz… czy jakoś tak.

Na przyjęciu komunijnym zebrała się niemal cała rodzinka. No i oczywiście znów trzeba odbębnić nudną sesję zdjęciową. Nudną, bo już jestem duża i już wszystko wiem, jak się robi zdjęcia.

Jedna rzecz jest jednak dziwna — okazuje się, że to nie nasz miejski fotograf robi zdjęcia, tylko sam ksiądz wikary. A on ma jakąś taką dużą lampę błyskową. Mówi, że to flesz.

Fajna nazwa. Podoba mi się. Podobnie jak magnezja.

Chyba nazwę tak moje dzieci, kiedyś tam w przyszłości, jak będę już dorosła. Syna Flesz, a córkę Magnezja. Ale cudownie będą się nazywać. Jak w mitologii…

Dobrze już, dobrze — pamiętam o palcach. Rozmarzyłam się milutko, a tu sprowadzają mnie już na ziemię.

Dla świętego spokoju schowam całą rękę za dłoń tatusia… Hihihi, ale zrobiłam księdza-fotografa na szaro. Tylko jedną rękę schowałam, a drugą, wyprostowaną, z pięknie rozczapierzonymi palcami, położyłam sobie na kolanie tatusia. No i wszystko gra.



O rany, znów trzeba siedzieć spokojnie. Kolejne zdjęcia przed nami. Już dobrze — tym razem schowam swoje szanowne paluszki u obu rąk.

Pewnie ksiądz-fotograf jednak przyuważył, że nie chce mi się go przy każdym pstrykaniu słuchać, i teraz szczególnie do mnie z tymi palcami wyskoczył.

Chyba głupią minę zrobiłam, bo mnie zaskoczył, że tylko na mnie zwraca uwagę… A Ulki na ten przykład nie widzi, choć ta ma fryzurę, jakby ją piorun strzelił.

Kurka wodna! A tak w ogóle to niech się lepiej skupi na Wiesi — wszak to ona dzisiaj jest tu najważniejsza, bo to jej komunia.

Moja i Ulki będzie dopiero za dwa lata. Ciekawa jestem, czy ja wtedy też dostanę dużo prezentów. Bo Wiesia dostała.



Nasz ksiądz-fotograf też ma czasami nieskoordynowane ruchy. Albo ręce mu drżą po czymś… Bo ni stąd, ni zowąd — błysk, świst — i zrobił nam zdjęcie zupełnie nieprzygotowanym. Najwyraźniej palec mu się omsknął i niechcący nacisnął na pstrykacz.

No i masz! Wyszłam na tym zdjęciu, jakbym potwora ognistego ujrzała. Nic dziwnego, bo też cały ten błysk jego flesza zobaczyłam odbity w szybie okiennej.

Mała Ala też zdębiała ze strachu, bo nikt jej nie przygotował i nie powiedział, że to już. Jedynie Ulka — wpatrzona przez cały czas jak urzeczona w księdza-fotografa — czy robi zdjęcia, czy nie, wyszła tak, jak trzeba. Czyli ładnie.



Fajny nawet ten ksiądz, nie powiem. Umie rozmawiać z dziećmi. Ale najmilej rozmawia jednak z Wiesią. Wiesia to jego pupilka. Czemu? Nie wiem.

Podsłuchałam rozmowę dorosłych przy stole i dowiedziałam się, że ksiądz na wakacje zabiera Wiesię gdzieś pod namiot.

Hmm… mnie chyba by się to nie podobało. Z księdzem spać pod jednym namiotem?! Przecież to głupie… A może czegoś nie zrozumiałam?