Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo z pazurem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo z pazurem. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Rok, w którym prawie się poddałam

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XX Tym razem będzie o tym, że można prawie wypaść z własnego życia — i w ostatniej chwili się go złapać. O nerwach, które nie słuchały nikogo, o szkole, która dawała w kość, i o jednej decyzji, która zmienia wszystko. A potem… o górach, motorach, o brawurowej ucieczce przed milicją i o tym, że jednak nie tak łatwo mnie złamać.


Minął rok. Połowa maja. Nasza klasa wybyła na trzydniową wycieczkę w Sudety. Już ponad osiem miesięcy jestem uczennicą drugiej klasy TE.



Jaki to był dla mnie czas? Powiem krótko — bardzo ciężki. Zwłaszcza pierwsze półrocze pierwszej klasy. Wspominałam już o tym wcześniej i mówiłam, że może kiedyś o tym opowiem. Teraz postanowiłam zrobić to pokrótce, bo przecież to też jest część mojego życia.

Wtedy przekonałam się, że kiedy kończy się beztroskie dzieciństwo, trzeba się mierzyć z różnymi przeciwnościami losu.

Otóż zupełnie nie potrafiłam zaaklimatyzować się w tej szkole i przeżywałam ogromny stres związany z nową sytuacją. Tak bardzo chciałam być dalej bardzo dobrą uczennicą, jak w podstawówce, ale braki, jakie wyniosłam z małomiasteczkowej szkoły, ciągle dawały o sobie znać.

Byłam załamana. Moje załamanie w końcu przerodziło się w nerwicę i mamusia zaprowadziła mnie do neurologa. A on „faszerował” mnie różnymi tabletkami na uspokojenie, które nie tylko nie pomagały, ale wręcz szkodziły.

Miałam koszmarne sny. Zdarzało się, że w nocy biegłam do łóżka rodziców, bo śniło mi się, że chodzą po mnie myszy.

Mamusia była przerażona moim stanem. Przyjeżdżała nawet do szkoły, żeby w czasie długiej przerwy zabrać mnie do baru mlecznego i „napoić” słodką śmietaną, która — jak twierdzono — miała dobrze działać na nerwy.

Ja jednak wiedziałam, że przyczyna leży gdzie indziej. W szkole przeżywałam rzeczy, które mnie przerastały. Nie tylko dlatego, że w klasie były same dziewczyny i niektóre bardzo bezczelne, ale też dlatego, że na lekcjach nie umiałam się odnaleźć.

Choćby lekcja chemii — przedmiotu, który przecież lubiłam. Profesor kazał nam zrobić w domu model atomu chloru. Niby nic wielkiego. Bardzo się starałam, nawet Lodzia mi pomagała, ale efekt nie był taki, jak chciałam. Dostałam tróję z minusem.

Potem była geografia. I sytuacja, która teoretycznie powinna mnie ucieszyć, bo dostałam piątkę z wykrzyknikiem. Ale nie cieszyła gdyż spokoju nie dawała mi okoliczność, w jakiej tę ocenę dostałam.

A dostałam ją dzięki temu, że sama się zgłosiłam do odpowiedzi, po „zalufieniu” przez jedyną moją koleżankę ze szkoły podstawowej, Tereskę, która jako pierwsza była odpytywana z trójkątowania ziemi, czyli triangulacji.

Chyba dlatego do dziś dnia pamiętam tę geodezyjną metodę obliczania powierzchni ziemi przez trójkątowanie z wież triangulacyjnych, gdyż do dziś dnia mam wyrzuty sumienia, że to właśnie po Tereski sromotnym blamażu przy tablicy, na pytanie profesora:

— „Kto się nauczył i umie triangulację wytłumaczyć?” — zgłosiłam się do odpowiedzi.

Bo jak to tak, co Tereska mogła sobie o mnie pomyśleć? Na pewno czuła do mnie żal, że to właśnie akurat ja zabłysnęłam swoją wiedzą na tle jej zupełnej niewiedzy. Nigdy mi tego nie powiedziała, ale ja i tak z tego powodu czułam się źle i jedynie, co zapamiętałam z tej oceny, to sam wykrzyknik, który dla mnie znaczył coś zupełnie innego. Tereska i tak później odpadła z naszej klasy, ale to niczego nie zmieniło.

I też do dziś pamiętam tę nieszczęsną triangulację. Gdyby mnie ktoś obudził w środku nocy i postawił na wieży triangulacyjnej — obliczyłabym wszystko w tri miga.

Po kilku miesiącach walki o przetrwanie w technikum lekarz stwierdził, że powinnam na rok zostać w domu i potem spróbować jeszcze raz.

Mamusia była załamana. Ja jeszcze bardziej. Nie chciałam się poddać. Wtedy lekarz zaproponował jeszcze jedno leczenie — ostateczność.

Miałam dostać zastrzyki wywołujące menstruację. Ale zanim do tego doszło, wydarzyło się coś, co pamiętam do dziś.

Pewnego dnia zobaczyłam krew na bieliźnie. Najpierw się przeraziłam… a potem wybiegłam z łazienki z krzykiem radości i pobiegłam do mamusi.

Od tego momentu coś się we mnie zmieniło. Stałam się silniejsza — i psychicznie, i fizycznie.

Nie chciałam już słyszeć o rezygnacji ze szkoły. Obudził się we mnie dawny, silny i odważny Mintek i powiedział:

Dasz sobie radę. Bo kto, jak nie ty?

I rzeczywiście — zaczęłam sobie radzić. A wraz z nadejściem wiosny poczułam się jak nowo narodzona. Do życia. Do nowego życia.

Dodam tylko, że z czasem nauka zaczęła mi iść coraz lepiej — a z chemii miałam już same piątki.



Wycieczka w Sudety była… taka sobie. Pogoda fatalna — ciągle padało, chodziłyśmy przemoczone, a atmosfera w grupie też nie była najlepsza. Dziewczyny jak zwykle miały różne zdania na każdy temat.

Dla mnie jednak był to dobry czas. Od dziecka kocham góry i dziką przyrodę. Gdzie tylko mogłam, odłączałam się od grupy i szukałam ciszy. Najwyraźniej wciąż jej potrzebowałam, żeby dojść do siebie.

Z samej wycieczki pamiętam niewiele. Za to doskonale pamiętam to, co było przed nią. Na przykład to, że przez dwie noce prawie nie spałam, bo kończyłam album z geografii, który koniecznie chciałam oddać przed wyjazdem.

A potem — w zatłoczonym „piętrusie” — zasnęłam na stojąco, przyciśnięta do drzwi. Obudziłam się brutalnie — uderzając głową o metalową futrynę, kiedy pociąg szarpnął. Guz był porządny. Może dlatego to akurat pamiętam najlepiej.

Reszta… chyba się rozmyła, bo mój organizm zajęty był wtedy czymś ważniejszym — regeneracją. Odbudową sił. I mojej skołatanej duszy.



Wystarczy spojrzeć na nasze miny — radości niewiele. Ja próbuję coś rozkręcić pacynką kupioną dla mojego małego braciszka Wojtusia… ale średnio wychodzi.



Tu już trochę lepiej. Pacynka „śpiewa”, dziewczyny się uśmiechają. Nawet nasza wychowawczyni, pani Żółcińska.



Jesteśmy w Kłodzku, na twierdzy. Byłam tu już kilka razy z rodziną z Krosnowic, więc czuję się prawie jak u siebie. Znam przejścia, korytarze, nawet lochy.

Dziewczyny jednak nie są zachwycone. Zimno, mokro… wyglądamy jak stadko zmokłych kur.

Ale ja już się tym nie przejmuję. Oddycham górskim powietrzem i myślę o wakacjach. Bo te zapowiadają się świetnie.

Z Jankiem i Staszkiem planujemy szaleństwa na naszych „Komarach”. Mamy nawet specjalne stroje — koszule w kwiaty i spodnie na wzór dżinsów, uszyte przez moją krawcową, panią Radwańską według mojego projektu oczywiście. Już testowaliśmy — frajda niesamowita.

Pewnego razu, jak szaleni gnaliśmy we trójkę drogą asfaltową aż do pierwszej wsi za miastem. Wprawdzie chcieliśmy jechać jeszcze dalej, ale że Janek „wysypał się” na swoim komarku na ostrym zakręcie, musieliśmy zawrócić, bo koło mu się scentrowało.

Wracaliśmy jednak nie szosą, tylko polnymi drogami, gdyż nie chcieliśmy się napatoczyć na tutejszą milicję. Bo po ostatnim Staszka wyczynie — mają nas na oku. Postanowiliśmy więc, że lepiej będzie się nie narażać. A nuż jeszcze co innego wynajdą przeciwko nam? To, co już mieli, wystarczy, bo też było co.

A to wszystko przez Staszka, bo w jedną z kwietniowych sobót zachciało mu się „podprowadzić” ojcu jego starą SHL-kę. Przyjechał nią pod mój dom i że ja akurat wyglądałam przez okno, zaproponował mi małą przejażdżkę.

Nie powiem, miałam chwilowe opory, bo przecież Staszek nie miał prawa jazdy na motocykl, ale że uwielbiam szybkość, pęd powietrza i ten cudowny świst w uszach, opory szybko mnie opuściły i po chwili byłam już na dole.

Wskoczyłam na tylne siedzenie i Staszek ruszył z kopyta ulicą Moniuszki. Och, jak wspaniale się jechało! Staszek dodawał gazu i pruliśmy jak szaleni bocznymi ulicami za miasto.

Na dziurach w asfalcie podskakiwaliśmy jak na trampolinie, ale to nic — taka jazda po dziurach też ma swój urok.

Gorzej było ze Staszka spodniami i moją spódniczką, bo co dziura, to chlup — i nasze dolne części ubioru były mokre od… benzyny.

Jak to możliwe? A tak, że Staszek „podprowadził” ojcu motocykl bez zakrętki do baku. Uznał ją za zbyteczną w tak nagle nadarzającej się okazji, kiedy to jego ojciec wyjechał na dwa dni z domu.

W czasie naszej wspaniałej jazdy nie zwracaliśmy nawet uwagi, że jest nam trochę mokro. Ten cudowny świst w uszach zagłuszał wszelkie inne odczucia. Pruliśmy szczęśliwi — jakby nam skrzydła urosły.

I kiedy wyjechaliśmy już z miasta, pech chciał, że tuż przy lesie napatoczyliśmy się na powiatowych lotniarzy, którzy kontrolowali akurat jakiegoś traktorzystę. Ale oni od razu nas przyuważyli i, zostawiając traktorzystę, puścili się na swoim junaku za nami.

Staszek dodał gazu i pognaliśmy w stronę pierwszej wsi. Lotniarze za nami. Na terenie wsi Staszek wjechał na podwórko kółka rolniczego i, wrzeszcząc do mnie, kazał mi zeskoczyć z motoru i się ukryć.

Nie chciałam się zgodzić, ale on wrzeszczał dalej, że tak będzie lepiej i że on też się ukryje, tylko w innym miejscu. W końcu, kiedy Staszek zwolnił, zeskoczyłam i schowałam się za transformatorem, a Staszek zniknął za zabudowaniami kółka rolniczego.

Po chwili na podwórze wpadli też lotniarze na swoim junaku. Zatrzymali się nieopodal transformatora, gdzie stała grupka małych chłopaczków. Zaglądałam zza muru i widziałam, że rozmawiają z nimi, a potem jeden z chłopaczków pokazał palcem transformator, a drugi — kierunek ucieczki Staszka.

Ależ byłam na nich zła, bo wystawili nas jak kaczki do odstrzału. Po chwili było już po wszystkim. Lotniarze mieli nas oboje.

No i nasza wspaniała jazda zakończyła się tak, że z powrotem do miasta musieliśmy pchać motor — i to polną drogą — bo zabrali Staszkowi kluczyk i powiedzieli, że nie chcą nas więcej widzieć.

Postraszyli też, że sprawę zameldują na komisariacie w naszym mieście i od tej pory nasza milicja będzie miała na nas baczenie oraz to ona zadecyduje, czy o tej naszej wariackiej jeździe — bez kasków i bez zakrętki do baku — powiadomi naszych rodziców. I że, jak tylko dopchamy motor do miasta, mamy się zgłosić na komisariat.

Do dziś nie mogę pojąć, dlaczego nie wspomnieli o prawie jazdy. Może nie wydało im się aż tak ważne? Tak czy siak, musieliśmy od tej pory zacząć bardziej na siebie uważać.

Och, jak ja się cieszę, że po powrocie z wycieczki znów sobie na naszych komarkach poszalejemy — to znaczy, pojeździmy po mieście i okolicach.

Czy uda nam się już więcej nie podpaść naszej milicji, nie wiem. Ale na pewno mocno będziemy się starać, chociażby dlatego, że mamy wobec niej dług wdzięczności.

Bo okazało się, że nasi milicjanci jednak nie donieśli rodzicom o naszym wyczynie i nawet oddali Staszkowi kluczyk od motoru.

Kiedy zgłosiliśmy się na komisariacie, milicjant siedzący w dyżurce, oddając kluczyk, pogroził nam tylko palcem i ze śmiechem powiedział:

Żeby to był pierwszy i ostatni raz, smarkacze!... No, uciekajcie już!


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo

14. Czarna owca i kolonie grozy

15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki

16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie

17. Czerwony nos i poważne sprawy

18. Jak połknęłam kijankę i uciekłam przed krową

19. Spałam kiedy ratowali świat


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


poniedziałek, 20 lipca 2026

Spałam, kiedy ratowali świat

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XIX — Tym razem będzie o tym, że można przespać największą aferę na całym polu campingowym. O nocnej akcji z siekierą, która podobno była dramatyczna — ale nie dla mnie. O ludziach, z którymi śmiech przychodzi łatwiej niż myślenie. I o tym, że takie wakacje zdarzają się tylko raz.


Wracam do naszych wczasów w Międzybrodziu...
Prawie codziennie robimy wypady w góry. Na zdjęciu siedzę sobie z Wieśkiem na szczycie góry Żar. Piękne stąd widoki i można pooglądać startujące szybowce. Uwielbiam przyrodę i przestrzeń. Zwłaszcza bladym świtem.



Mało kto chce mi towarzyszyć w takich porannych wędrówkach, więc łażę sama, ale nie zapuszczam się zbyt daleko, bo samej, na obcym terenie, to jakoś nie tak. Ale kiedy ferajna mojego koleżeństwa wytoczy się wreszcie z wyra i z domku campingowego, łapiemy za plecaki, wrzucamy do nich, co się da, i ruszamy w drogę — ku naszej wielkiej radości i ku nadziei rodziców na chwilę spokoju.



Całe nasze towarzystwo jest na szczycie góry, ale nie wszystkim chce się ustawiać do zdjęć. Jasiu chciał, bo bardzo mnie lubi. Przecież chodziliśmy do tej samej klasy w podstawówce.

Jasiu to wielki humanista, a przy tym romantyczna dusza. Raz, podczas wieczornej wędrówki po zboczu góry, kiedy gwiazdy zaczynały połyskiwać na niebie, powiedział do mnie:

Moja ty najmilejsza.

Fajnie, nie? I jak romantycznie… Od razu o Franku zapomniałam. Jasiu też umie wspaniale śpiewać. A przede wszystkim jest mądrzejszy, bardziej oczytany i — co dla mnie ważne — nie jest ministrantem ani nie pałęta się za naszym starym, zapijaczonym proboszczem.

Bo ja, w miarę dojrzewania i nabierania mądrości, coraz bardziej go nie znoszę. Coraz lepiej rozumiem, jakie idiotyzmy wygłasza z ambony… Właściwie to nie wygłasza — on wrzeszczy, plując przy tym na wszystkie strony.

Biedni ci parafianie, którzy siedzą pod amboną. Szkoda, że w kościele nie można siedzieć z otwartym parasolem — człowiek mógłby się osłonić od niektórych momentów… albo i widoków.

Zwłaszcza od widoków co niektórych pseudowiernych. A tych w kościele jest najwięcej. Jedni chodzą tam, żeby pochwalić się nowymi ciuchami i poparadować wśród ludzi, inni — ze strachu o własne cztery litery… no dobrze, o własne „ja”.

A jeszcze inni, bo mają zbyt nieczyste sumienie i wiele krzywd wyrządzili bliźnim, więc tak na wszelki wypadek (gdyby Bóg jednak istniał) pędzą pod ołtarz, żeby się oczyścić… i móc dalej krzywdy wyrządzać. Tych naprawdę wierzących i dobrych można policzyć na palcach jednej ręki.

Czasami i starszyzna do nas dołącza. Nie wiem, czy chcą nas sprawdzać, co my tam na tym Żarze robimy, czy po prostu rozruszać kości po codziennym biesiadowaniu.

Tak czy inaczej, nam jest miło, że możemy z nimi chwilę luźno pogadać. Bo, o dziwo, nawet im po wspinaczce dopisują humory.



Pani Lusia jest wprawdzie, jak zwykle, powściągliwie uśmiechnięta, ale po jej oczach widać (jak zdejmie okulary), że radość nie jest jej obca — tylko taka bardziej wewnętrzna.

Natomiast pani Urszula zawsze tryska dobrym humorem i energią. Założyła mi nawet swój słomkowy kapelusz, żeby było śmieszniej, a Piotrka — swojego siostrzeńca — ustawiła trochę z tyłu, żeby robił za dodatkowe tło dla pięknych dziewczyn na tle doliny międzybrodzkiej. I to mi się podoba. Dobrze zrobiła.



I taka to ze mnie śmieszka. Ale tym razem naprawdę mam się z czego śmiać, bo opowiadamy sobie wydarzenia minionej nocy. A cóż się takiego wydarzyło?

Ano to, że moi rodzice wraz z przyjaciółmi wybrali się do „Okrąglaka”, czyli do międzybrodzkiej restauracji na dansing, zostawiając mnie i Wojtusia śpiących w domku campingowym.

Tereni już z nami nie było — wróciła wcześniej do domu, bo wybierała się gdzieś z koleżankami.

I nie byłoby w tym nic śmiesznego, gdyby nie to, że rodzice zapomnieli zabrać ze sobą kluczy.

Może to jeszcze nic wielkiego… ale kiedy dodam, że po powrocie nie mogli się dostać do domku i liczyli na to, że ja im otworzę — a ja spałam przy samych drzwiach — i że bardzo się przeliczyli… to robi się już ciekawie.

Bo choć tłukli do drzwi jak najęci, ja się nie obudziłam. W końcu mamusia spanikowała i narobiła takiego larum, że postawiła na nogi całe pole campingowe.

A że głos ma nie od parady — po chwili wszyscy byli już na nogach. Jedni tłukli do drzwi, inni do okna, jeszcze inni próbowali nawet potrząsnąć domkiem.

Wreszcie gospodarz — w akcie desperacji — chwycił za siekierę i zaczął wyrąbywać zamek.

Kiedy drzwi w końcu się otworzyły, wszyscy wparowali do środka. Mamusia rzuciła się na mnie, wyrwała mnie z betów i postawiła do pionu:
— Halinka, co się stało?!

A ja (ponoć zupełnie spokojnie):

Nic się nie stało, bo bym widziała i słyszała… Przecież nie śpię. Po czym… położyłam się i zasnęłam w sekundę.

Gdy mi to następnego dnia opowiadali, nie mogłam uwierzyć. Że Wojtuś się nie obudził — to zrozumiałe, był jeszcze malutki. Po całodziennych emocjach i wysiłku przy zabawach wieczorem usypiał prawie na stojąco.

Ale ja? Dlaczego ja się nie dałam obudzić? Trudno mi powiedzieć. Naprawdę nic nie słyszałam. Tak że nic innego mi nie pozostało, jak tylko śmiać się z tego wydarzenia.

Każdy ze śmiechem opowiadał mi o swoich wrażeniach w ratowaniu mnie i Wojtusia oraz o mojej minie, jaką miałam po obudzeniu przez mamusię.

A ja śmiałam się z nich, gdyż oczami wyobraźni widziałam ich wszystkich, jak w rozchełstanych piżamach biegają po nocy po polu campingowym, szybko i chaotycznie, niczym bakterie pod mikroskopem. I jak po otwarciu drzwi przez gospodarza wciskają się hurmem do środka — z wytrzeszczem oczu i rozdziawionymi buziami.

Że też ten domek campingowy to wytrzymał i się nie zawalił — do dziś się dziwię. O rany, to musiał być widok! Myślałam, że pęknę ze śmiechu.

Żałowałam, że tylko oczami wyobraźni mogłam widzieć tę ich całą nocną akcję, a nie w rzeczywistości. No cóż, było to niemożliwe, gdyż w dwóch postaciach wystąpić nie mogłam. Musiała mi wystarczyć moja wyobraźnia. A że mam ją bujną, śmiałam się co rusz.

Nasze mamy też lubią posiedzieć nad wodą. Co prawda to tylko górski potok — Żarnówka — ale zawsze to trochę chłodu.



Chcą, jak mówią, opalić swoje bladości tu i tam. I dobrze — niech się zarumienią. Będą miały z czego potem blednąć przy domowych obowiązkach.



Na tym zdjęciu widać część naszych urlopowiczów. Humory dopisują wszystkim… poza moją mamusią. Wygląda na zamyśloną. Może martwi się o tatusia? Bo tatuś już rano zniknął z innymi panami… chyba mieli jakieś swoje sprawy.



Po międzybrodzkich lasach też wędrujemy. Najbardziej lubię chodzić z Elką — jest tak fajnie szurnięta, oczywiście w dobrym sensie.

Papla bez przerwy, wszystkiego się boi i robi wokół siebie zamieszanie. A ja lubię pomagać — więc pomagam jej z przyjemnością.

Baśka za to ciągle chce pokazać, jaka jest odważna, i śmieje się z Elki. Ale kiedy przychodzi co do czego, sama trzęsie portkami. I też trzeba jej pomagać. A potem znowu udaje najmądrzejszą.

Czasem mnie to wkurza, ale w kaszę sobie napluć nie daję. W końcu umiem już trochę oceniać ludzi i ich zachowania.

Terenia też lubi wędrować — widać ją na zdjęciu, zrobionym jeszcze przed jej powrotem do domu.



Pomijając nasze młodzieńcze przypadłości, było nam razem naprawdę dobrze. Jak się później okaże — były to nasze pierwsze i zarazem ostatnie wczasy w tak licznym gronie.

Od następnego roku nasze drogi zaczną się powoli rozchodzić… aż w końcu rozejdą się zupełnie. Każdy pójdzie swoją drogą. Szkoda. Ale takie jest życie.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo

14. Czarna owca i kolonie grozy

15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki

16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie

17. Czerwony nos i poważne sprawy

18. Jak połknęłam kijankę i uciekłam przed krową


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


sobota, 11 lipca 2026

Jak połknęłam kijankę i uciekłam przed krową

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XVIII — Tym razem będzie o tym, że czasem człowiek najpierw połyka coś, czego absolutnie nie powinien, a potem musi uciekać przed czymś, co absolutnie nie zamierza odpuścić. O wakacjach, które zamiast odpoczynku zafundowały mi lekcję przetrwania. I o tym, że nawet największy strach mija… kiedy trzeba ratować młodszego brata.


Rok szybko minął — nastał czas wakacji. I bardzo dobrze, bo nie był to dla mnie łatwy rok. Zwłaszcza pierwsze półrocze.

Ciężko było mi zaakceptować tę ogromną zmianę w moim życiu. Codzienne dojazdy pociągiem (25 km w jedną stronę) do nowej szkoły i atmosfera w niej panująca zupełnie mi nie odpowiadały.

Była jakaś taka sztywna i zimna. W klasie same dziewczyny, wszystkie z różnych okolic. Czułam się trochę jak w zakonie. W końcu, po pół roku, przyzwyczaiłam się i nauczyłam się w tym odnaleźć, ale tego czasu nie wspominam miło. Może kiedyś o tym opowiem.

Teraz jednak cieszę się wakacjami. Dwa tygodnie po ich rozpoczęciu wyjechaliśmy na wczasy do Międzybrodzia. Oczywiście z moim małym braciszkiem Wojtusiem, siostrzyczką Terenią (Lodzia, panienka, już miała swoje sprawy), mamusią i tatusiem oraz z zaprzyjaźnionymi rodzinami i ich dziećmi.



Tu na zdjęciu jestem razem z moim braciszkiem i rodzeństwem z sąsiedztwa: Baśką i Wieśkiem. Pozujemy na brzegu Soły, tuż u podnóża góry Żar.

Wczasy są naprawdę fajne. Codziennie łażę po górach albo chlapię się w wodzie małego jeziorka, utworzonego z odpływu Soły.

I właśnie przy tym chlapaniu — muszę się pochwalić — odniosłam wielki sukces. Nauczyłam się pływać. Sama, bez niczyjej pomocy.

Najpierw na płytkiej wodzie, sięgając rękami dna, puszczałam się co chwilę i przepływałam kawałek. Potem coraz dalej i dalej. Styl był wprawdzie rozpaczliwy, ale zawsze to jakiś styl. Najważniejsze, że dzięki niemu zaczęłam pływać na coraz głębszej wodzie.

Aż w końcu, bez większego strachu, przepłynęłam całe jeziorko tam i z powrotem. To była frajda! Byłam z siebie strasznie dumna.

Tym bardziej że już na początku lata próbowałam się nauczyć pływać w naszym cukrowniczym stawie rybnym — i nic z tego nie wyszło.

Chyba dlatego, że pewnego dnia, kiedy zawzięcie trenowałam i chciałam coś zawołać do koleżanki siedzącej na brzegu, zachłysnęłam się wodą i… połknęłam coś obrzydliwego. Kijankę. Fuj! W stawie było ich pełno.

Myślałam, że z obrzydzenia się tam utopię. Na moment aż mnie sparaliżowało, ale potem zaczęłam na oślep walić rękami i nogami i jakimś cudem dotarłam do brzegu.

Potem przez długi czas chciało mi się wymiotować, bo ciągle miałam w głowie, że to paskudztwo pływa sobie w moim brzuchu. Dopiero następnego dnia mi przeszło.

Nic dziwnego, że po tym incydencie nie miałam już wielkiej ochoty na dalszą naukę pływania.

Dlatego teraz byłam przeszczęśliwa, że jednak się nauczyłam. Tak bardzo mi się to spodobało, że już po kilku dniach pływałam z Wojtusiem na plecach po całym jeziorku.

Wojtuś miał z tego ogromną frajdę. Tym większą, że czuł się przy mnie bezpiecznie. Jakby już miał w swojej dziecięcej głowie zakodowane, że przy mnie nic mu się nie stanie.

A po tym, co wydarzyło się w ostatnią niedzielę przed naszym wyjazdem do Międzybrodzia — chyba utwierdził się w tym jeszcze bardziej. Bo wtedy naprawdę groziło nam niebezpieczeństwo.

Była piękna, słoneczna niedziela. W południe wybrałam się z Wojtusiem nad rzekę, żeby się poopalać i trochę pochlapać w wodzie.

Rzeka przepływała obok naszej cukrowni. Tama też do niej należała i na szczęście była opuszczona, było więc dużo wody.

Po drodze zauważyłam, że spory kawałek brzegu, graniczącego z ogrodzeniem cukrowni, został ogrodzony parkanem.

Zdziwiło mnie to, bo wcześniej można było iść tamtędy bez problemu aż do najbliższej wsi.

Postanowiłam to zignorować. Przesadziłam braciszka przez parkan, sama przelazłam i jakieś pięćdziesiąt metrów dalej, przy brzegu rzeki, rozłożyłam koc.

Przebrałam Wojtusia w spodenki, sama zdjęłam sukienkę i usiedliśmy razem. Najpierw zjedliśmy trochę smakołyków, które zabraliśmy z domu, a potem weszłam z nim do wody.

Na początku trochę marudził, ale po chwili chlapał się jak szalony. Woda nie była zbyt czysta, ale przynajmniej chłodna… i mokra.

Kiedy Wojtuś zaczął szczękać zębami, wyciągnęłam go na brzeg i kazałam się owinąć ręcznikiem. Sama chciałam jeszcze chwilę popływać.

Szybko jednak zmieniłam zdanie, bo przy brzegu kręciło się podejrzanie dużo szczurów wodnych. Nie bałam się ich — tylko strasznie się brzydziłam.

Właśnie wychodziłam z wody, kiedy nagle usłyszałam tętent. Spojrzałam w tamtą stronę — i zamarłam.

Spomiędzy krzaków wybiegła rozjuszona krowa i pędziła prosto na nas. W jednej chwili przypomniałam sobie, jak tatuś mówił, że dyrektor kupił sobie krowę.

Wyskoczyłam z wody, chwyciłam Wojtusia pod pachę i rzuciłam się do ucieczki. Biegłam, ile sił w nogach. Czułam za plecami jej oddech.

W ostatniej chwili dopadłam parkanu. Przeturlałam braciszka pod spodem, a sama przeskoczyłam. Byliśmy uratowani.

Krowa zatrzymała się przy ogrodzeniu i zaczęła głośno muczeć, jakby była wściekła, że jej uciekliśmy. Po chwili odwróciła się i spokojnie odeszła.

Wojtuś wtulił się we mnie i zapłakany powiedział:

Bzitka kjowa…

Biedny, bardzo się przestraszył. Uspokoiłam go, zaczęłam puszczać z nim kaczki po wodzie i powoli doszedł do siebie.

A ja cały czas patrzyłam w stronę naszych rzeczy. Bo trzeba było po nie wrócić. Niestety — krowa stała przy kocu i ani myślała odejść. Czekaliśmy prawie godzinę.

W końcu byłam już tak zdenerwowana, że zaczęłam szukać jakiejś gałęzi, żeby ją przepędzić. I wtedy usłyszałam:

Malina! Malinka! Chodź do mnie!

Wychyliłam głowę za parkan i zobaczyłam znajomego portiera z cukrowni, jak idzie ze wzgórza ku rzece. Ucieszyłam się jak nigdy. Krowa chyba też, bo od razu ruszyła do niego.

Portier nawet nas nie zauważył. Poklepał to wstrętne krówsko po zadzie i razem z nią oddalił się w stronę bocznej bramy cukrowni.

Nie zastanawiając się długo, posadziłam Wojtusia w trawie i pobiegłam po nasze rzeczy.

Gdy dotarłam na miejsce, myślałam, że dostanę szoku. Wszystkie nasze rzeczy były stratowane i wymieszane jak groch z kapustą. Mało tego, koc był w dużej części postrzępiony, braciszka spodenki w połowie zżarte, w połowie „wymaćkane”, nawet moja kosmetyczka była nadgryziona i obślizgła od krowiego pyska.

Rany, ależ byłam wściekła! Miałam ochotę popędzić za tym głupim, nieużytym, bydlęciem i nakopać mu do zadka. Co za krowa! Musiałam jednak wracać do braciszka.

W pośpiechu pozbierałam wszystko, co się dało, i wróciłam do niego z postanowieniem, że poskarżę się tatusiowi na to dyrektorskie bydlę.

A jeśli chodzi o same wczasy w Międzybrodziu — były wspaniałe i pełne przygód. Ale o tym opowiem następnym razem.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo

14. Czarna owca i kolonie grozy

15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki

16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie

17. Czerwony nos i poważne sprawy


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


sobota, 4 lipca 2026

Czerwony nos i poważne sprawy

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XVII Tym razem będzie o nosie, który czerwienieje w najmniej odpowiednich momentach i zdradza więcej, niż bym chciała. O tym, że pierwsze zauroczenia potrafią się ciągnąć dłużej, niż powinny. O procesjach, w których nie wszystko jest takie święte, jak wygląda. I o decyzjach, które niby są nasze… a jednak nie do końca.


Mam już trzynaście i pół roku. A to moje zdjęcie z ostatniej legitymacji szkolnej w podstawówce.



No dobra, dobra — proszę się nie śmiać! Wiem, że grzywkę mam taką, jakby mi ją koń obgryzł. Ale to Danka, moja koleżanka z sąsiedztwa, tak szkaradnie ją „opitoliła”.

Do zdjęcia bardzo się stroiłam, ale co z tego, skoro wyszłam na nim jak ostatnia leluja. Nie dość, że grzywka wygląda okropnie, to jeszcze widać na nim mój czerwony nos.

Niby to nic dziwnego, bo jest zima, więc na dworze zimno, a kiedy szłam do fotografa, zmarzłam okrutnie. U fotografa niestety się nie zagrzałam, bo i w jego pracowni było prawie tak samo zimno jak na dworze.

Niby nic dziwnego? A jednak — bo mój nos czerwienieje nie tylko z zimna. Och, jak ja nie cierpię tego swojego kinola… czerwonego kinola.

Że co, kiedy jeszcze nos może czerwienieć? Wiem, wiem — z gorąca na przykład. A muszę przyznać, że z gorąca mój wstrętny nos czerwienieje jeszcze „piękniej”. Kiedy się zgrzeję albo jem coś gorącego, na przykład rosół.

Mało tego — kiedy się zdenerwuję albo czegoś boję, też. Tak że świadectwo mojego stanu psychicznego również maluje się na nosie… na czerwono oczywiście. I od razu czuję w tym miejscu gorąco, a wtedy robi mi się wstyd, że wszyscy to widzą — i nos czerwienieje jeszcze bardziej.

O kurczę pieczone, jak ja się wstydzę tego mojego nosa. Kiedyś, po zjedzeniu pysznego niedzielnego rosołu, spojrzałam w lustro i aż się wystraszyłam.

Jak myślicie, dlaczego? Ano dlatego, że mój kinol wyglądał jak pomidor! Byłam załamana, bo jeśli tak ma wyglądać dojrzewanie, to ja wolę zostać dzieckiem na zawsze.

Ale że nie leży to w mojej naturze, żeby dłużej niż trzy dni tkwić w takim stanie, postanowiłam działać. Natychmiast złapałam mamusiną „Przyjaciółkę” i napisałam do kącika porad z prośbą o pomoc w tej mojej wstydliwej, nosowej sprawie.

Jaka byłam szczęśliwa, kiedy po paru tygodniach znalazłam w czasopiśmie odpowiedź laryngologa, który radził mi unikać ciepłych potraw i codziennie przed snem smarować nos maścią ichtiolową.

Chyba ze sto razy czytałam ten „przyjaciółkowy” kącik porad i czułam, jak rozpiera mnie duma, że rubryka pt. „Lekarz radzi” dotyczyła właśnie mnie i mojego problemu.

Jak uskrzydlona pobiegłam do apteki po maść. A zasuwałam, że ho, ho — jakbym co najmniej biegła za siedem gór i rzek po zaczarowany eliksir.

Wcierałam to świństwo — o, przepraszam — ten zaczarowany eliksir w mój narząd powonienia codziennie, i to przez parę miesięcy.

Niestety, eliksir okazał się tylko śmierdzącym świństwem, bo z moim nosem nic się nie zmieniło. Jak był czerwony w tych szczególnych okolicznościach — tak został. O kurza twarz, jak ja nie cierpię tego mojego nochala!

Dobrze, że przyszła już wiosna — to przynajmniej jeden powód jego czerwienienia odpadnie.

Jest akurat oktawa po Bożym Ciele i codzienne procesje wokół kościoła. Kiedy byłam mała, sypałam kwiatki, ale teraz wiekowo awansowałam i — jako jedna z szóstki dziewcząt — mogę nosić figurę Matki Boskiej.



Tyle że oczywiście znów zaczęła się rywalizacja między dziewczynami o to, której pierwszej uda się „zagarnąć” figurę dla siebie. I ta głupia rywalizacja też mi się na początku udzieliła.

Może to przez to ciągłe jeszcze „zaćwierkolenie” we Franku — bo on jest bardzo ważnym ministrantem i do tego bardzo ładnie śpiewa. A w procesji idzie zaraz za proboszczem i jego śpiew cały czas się słyszy.

Jeśli to prawda z tym przedłużonym działaniem „zaćwierkolenia”, to muszę przyznać, że to uczucie jest gorsze niż zaraza… Bo już dawno powinnam o Franku zapomnieć — dwulicowości nie cierpię od zawsze, a Franek właśnie taki jest. W kościele gra aż nazbyt pobożnego, a poza nim czasami diabeł z niego wyłazi.

W końcu jednak odpuściłam, bo doszłam do wniosku, że Matka Boska nie zasłużyła sobie na takie przepychanie pod swoją figurą… I przez ostatnie dni w ogóle na procesje nie chodziłam.

Za co oczywiście dostawałam burę od mamusi, ale wolałam to niż takie zachowanie przed każdą procesją.

Był jeszcze jeden powód, dla którego odechciało mi się procesji. Otóż niezbyt miło szło mi się za naszym — w ozłoconym stroju, z hostią w ręku, pod baldachimem świętości — ordynarnym i wiecznie zapijaczonym proboszczem.

A tak swoją drogą, nieustannie zadziwia mnie to, że w naszym miasteczku życie toczy się wokół kościoła. Gdyby przez to ludzie stawali się lepsi, to bym to zrozumiała, ale zauważam, że wcale tak nie jest.

Bo ci, którzy na co dzień nie są mili, po wyjściu z kościoła pozostają tacy sami. Mimo że w środku pchają się zawsze najbliżej ołtarza.

Taki na przykład jeden pan z sąsiedniej ulicy — zawsze nas, dziewczynki, brzydko zaczepia słownie, kiedy tylko nas zobaczy. Na szczęście tylko tak, bo nie ręczę za siebie, w co bym go kopnęła, gdyby wystartował do nas z łapami…

A w kościele, przy wszystkich świątecznych okazjach, zawsze kroczy przy księdzu jako jego najważniejsza „obsługa”… obłudnik jeden!

Wnet skończę czternaście lat. Czuję się już prawie dorosła. Wiem, wiem — że „prawie” robi dużą różnicę, ale jakoś tak poważniej zaczęłam patrzeć na wszystko, co mnie otacza. Może też przez to, że w maju zdałam egzamin do Technikum Ekonomicznego.

Moim małym braciszkiem również chętnie się zajmuję — i już tak bardziej odpowiedzialnie. Chodzę z nim na długie spacery do parku albo nad rzekę, kiedy jest ciepło. A Wojtuś bardzo to lubi. Ma już trzy latka i pięknie nam rośnie — mądry i radosny z niego chłopczyk.



A jeśli chodzi o sam egzamin do technikum, to choć zaliczyłam go celująco i bez problemu — z czego jestem dumna do dziś — wcale nie był taki łatwy. Oj, nie! Bo skoro byłam aż tak wystraszona i niewiele zapamiętałam z jego przebiegu, to znaczy, że łatwy być nie mógł.

Utrwaliły mi się tylko dwa epizody. Ale za to bardzo dokładnie. Pamiętam panią od języka polskiego, profesor Piasecką — jak siedzi bokiem przy biurku, z nogą założoną na nogę, i opiera łokieć o blat. Mierzy mnie wzrokiem od góry do dołu i w końcu, podrzucając nogą, każe mi napisać na tablicy (śmiesznie zielonej, nie czarnej), jak się odmienia słowo „postać”.

Jak dziś pamiętam, że ku jej zadowoleniu — a mojemu szczególnie — napisałam poprawnie: „postaci”, a nie „postacie”, jak większość wtedy mówiła. Choć później, o dziwo, obie formy stały się poprawne.

Drugi epizod związany był z geografią. Profesor Przybysławski, z bardzo groźną miną, kazał mi na mapie świata wskazać Wietnam i jego stolicę.

Wskazałam — i to poprawnie. Mina profesorowi nieco złagodniała, a nawet lekko się uśmiechnął.

Ot i cały egzamin. To znaczy — nie cały, ale tylko tyle z niego zapamiętałam. Widocznie stres był tak silny, że wszystko inne z głowy mi wywiało. Ale najważniejsze, że zdałam i dostałam się do technikum.

Choć potem, kiedy tatuś się dowiedział, okazało się, że mogłam w ogóle nie zdawać egzaminu — bo miałam świadectwo „z góry na dół bardzo dobre”. Zabrakło tylko czerwonego paska, co — jak się później okazało — było niedopatrzeniem kierownika szkoły.

Dobrze, że dowiedziałam się o tym dopiero po egzaminie, a nie przed, bo byłabym wściekła jak sto diabłów.

Tym bardziej że zdawałam do tego technikum nie z własnej woli, tylko z przymusu.

Bo tak naprawdę przez całą siódmą klasę wybierałam się do Technikum Chemicznego, bo chemia bardzo mi się spodobała.

Ale kiedy przed złożeniem papierów byłam z mamusią na obowiązkowych badaniach psychotechnicznych, lekarz stwierdził u mnie wrodzoną wadę serca (czego później żaden inny lekarz nie potwierdził) i kategorycznie odradził posyłanie mnie do szkoły chemicznej.

Dlatego ostatecznie — z wielkim bólem serca — złożyłam papiery do Technikum Ekonomicznego. I to wcale nie z powodu jakiejś tam wady serca. Tylko żalu w sercu.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo

14. Czarna owca i kolonie grozy

15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki

16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


piątek, 26 czerwca 2026

Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XVITym razem będzie o pierwszym zaćwierkoleniu, które miało być wielkie… a trochę się rozmyło. O Gieni, której nie da się zapomnieć — nawet gdyby się bardzo chciało. O dorastaniu, które wcale nie jest takie proste, zwłaszcza kiedy przeszkadzają w nim sukienki i różne dziwne części garderoby. I o jednym gwizdnięciu, przez które prawie ruszył nie tylko pociąg, ale i całe nasze spokojne życie…


Z początkiem roku 1964 przyjechała do nas w odwiedziny ciocia Karola, siostra tatusia ze Zbaraża. Fajna jest, lubię ją. Ciągle się śmieje. Dużo też opowiada o swoim i tatusia życiu tam — w dawnej Polsce.

Przywiozła też sporo zdjęć z tamtego okresu. Jedno, z 1938 roku, spodobało mi się najbardziej… Oto ono:



Widać na nim ciocię Karolę, starszego brata tatusia — stryjka Władka, no i oczywiście tatusia.

Uśmiałam się bardzo z tatusia, bo zabawnie na tym zdjęciu wygląda. Taki mały i z poważną miną. Opowiadał, że miał wtedy 14 lat i był już uczniem pierwszej klasy Gimnazjum Kupieckiego.

Na zdjęciu brakuje najstarszej siostry — cioci Rozalii, bo akurat wtedy wyjechała do Kanady, gdzie, jak się później okazało, została już na stałe.

Czas leci nieubłaganie i z końcem wiosny przyszedł czas na wakacje… Hurra! Zaraz na ich początku wyjechałam na kolonie do Szczecina-Dąbia.

Że co? Że dwa lata temu, po tej mojej — dramatycznej — pierwszej kolonii w Żmigrodzie, zarzekałam się, że już nigdy na żadną kolonię nie pojadę?

A nie, to nie całkiem tak było. Ja się zarzekałam, że na żadne kolonie nie dam się już wysłać, ale na tę kolonię to ja sama — dobrowolnie i z wielką ochotą — chciałam jechać. A to jest przecież duża różnica. Bo co innego przymus, a co innego własna, nieprzymuszona wola… Mam rację? No!

Ale też i zasłużyłam sobie, bo znów dostałam świadectwo z czerwonym paskiem. A wiadomo — nikt za darmo takiego świadectwa nie dostaje. Trzeba było się uczyć.

Tak że po wyczerpującym roku szkolnym w klasie VI, z wielką ochotą, przemierzając całą Polskę z południa na północ, „wylądowałam” prawie że nad morzem... Był też jeszcze jeden powód tej mojej „ochoty”, ale o nim — sza!



Na tym zdjęciu jestem wraz ze swoją grupą na jednodniowej wycieczce w Świnoujściu. Kierownictwo kolonii zorganizowało ją specjalnie po to, żebyśmy mogły posmakować słonej wody, a nie tylko zachłystywać się słodką z Jeziora Dąbie.

Pozujemy więc do pamiątkowego zdjęcia… Wszystkie jesteśmy w tym samym wieku — 13 lat, oprócz wychowawczyni oczywiście, która stoi pośrodku w czarnym stroju.

Pięknie jesteśmy rozwinięte, co nie? Jedne wprawdzie mniej, inne nieco więcej — jedne już mocno „biuściaste”, innym dopiero coś tam „kiełkuje”, tak jak mi. Ale piękne jesteśmy wszystkie. Nieprawdaż?

Dlaczego ustawiłam się akurat koło „grubaśnej” Gieni? Bo ja Gienię bardzo lubię. Ma takie specyficzne poczucie humoru…

A może też dlatego, że podświadomie wyczuwałam, iż przyjdzie mi Genię zapamiętać na całe życie.

Dlaczego? Otóż dlatego, że Gienia w pociągu, w drodze powrotnej z kolonii, zamknęła drzwi ubikacji razem z moim serdecznym palcem prawej ręki, spłaszczając go całkowicie. Chyba „ku pamięci”. Żebym zawsze o niej pamiętała… I tak jest istotnie.

Pamiętam ją bardzo dobrze! Bo ból był niemiłosierny i długo trwający — łącznie z odpadnięciem paznokcia.

Mój palec do dziś jest o wiele szerszy od pozostałych. Więc kiedy tylko spojrzę na swoją rękę — Gienię mam przed oczami. I to na całym polu widzenia.

No ale z tym moim dojrzewaniem, jako dziewczynki, wcale aż tak źle nie jest. Popatrzcie sami. Zaczynam dojrzewać całą parą. Aż taką, że…

Okay, okay — przyznam się już i to bez bicia, że po raz pierwszy się „zaćwierkoliłam”. A oto właśnie obiekt mojego zaćwierkolenia — Franek…



O rany, zapomniałam, jak ma na nazwisko… Hmm… czyżby to moje „zaćwierkolenie” było jednak tylko powierzchowne, skoro jego nazwisko wyleciało mi z głowy? Tak czy inaczej — wtedy czułam, że było mocne.

Na zdjęciu widać, jak wracamy stateczkiem wycieczkowym ze Świnoujścia do Szczecina. Koniecznie musiałam mieć pamiątkowe zdjęcie z Frankiem, więc poprosiłam pana fotografa o pstryknięcie. On wcale nie musi wiedzieć, o jaką pamiątkę mi chodzi…

— „Jolka, kurka wodna, odsuń się trochę od obiektu moich westchnień!” — w myślach, rozgorączkowana, wściekam się na koleżankę… Ale jednocześnie jestem rozpromieniona jak anioł w niebie.

Jolka w końcu dała sobie spokój z podrywaniem mojego „obiektu”. Dobra z niej koleżanka. Dlatego już po powrocie z kolonii często przebywałyśmy razem.

Pozwalam” jej nawet zrobić sobie zdjęcie razem ze mną… panną w kapeluszu…



A co! Mintek powoli staje się dziewczyną. Rodzice nie mają już wyjścia i muszą się z tym faktem pogodzić…

Trzeci dziurawiec zaczął nabierać dziewczęcych kształtów. I już nijak nie da się tego procesu zatrzymać.

A ten kapelusz to mój projekt i wykonanie. Ha, nawet warkoczyki sobie zaplotłam. Sukienkę mam nieco starszą, ale — na moją wyraźną i dość dokuczliwą prośbę — została przez mamusię trochę „podrasowana”.

No bo jak to tak? Tę sukienkę mamusia uszyła mi, kiedy miałam 11 lat, a wtedy byłam jeszcze dzieckiem. A teraz przecież jestem już panienką. Panienką jak się patrzy…

Choć czasami żałuję, że już tak bardzo nie wypada mi łazić po drzewach. Nie, przestać nie przestałam, ale w sukience muszę bardziej uważać, żeby mnie ktoś z dołu nie podglądał. Chociażby dlatego, że często zdarza mi się — dla własnej wygody — nie zakładać latem pewnej części garderoby. A to już dodatkowy stres — tak ciągle uważać i uważać.

Nie wiem czemu, ale nie lubię ograniczeń. Żadnych. Widocznie już tak mam. Lubię czuć wolność i swobodę pod każdym względem. Wkurzają mnie zwłaszcza niektóre części garderoby, które uważam za zbędne.

Chociaż — nie wiedzieć czemu — ostatnio zaczęły mnie pociągać staniki. Niewygodne to-to jak cholera, a jednak!

Jeden taki podprowadziłam nawet starszej siostrzyczce Lodzi i czasami go zakładam. Po kryjomu — ma się rozumieć. A kiedy jeszcze wypycham miseczki watą, to kryję się szczególnie.

No ale kiedy wybieram się na wcześniej zaplanowaną z chłopakami zabawę w podchody, to już zawsze jestem ubrana — jak trzeba — i żadnego stanika, broń Boże, nie zakładam.

Bo jak już mówiłam, lubię czuć się swobodnie. A żeby się tak czuć, muszę czuć się tak, jak do tej pory się czułam.

O rany, ale się „zakałapućkałam” z tym czuciem! No ale myślę, że można to zrozumieć — bo to przecież proste: żeby się dobrze czuć, lepiej nie wprowadzać nagle żadnych nowości i nie mieszać sobie w odczuciach.

Och, już dobrze — kończę z tym „czuciem” i opowiadam dalej… Zaraz… a o czym to ja chciałam powiedzieć? Aha — o podchodach.

A więc jeżeli chodzi o podchody, to najczęściej bawimy się w nie koło starej parowozowni. Przygotowując się do nich, muszę szczególnie zwracać uwagę na swój ubiór. Żaden ciuch nie może krępować mi ruchów, bo tam trzeba być podwójnie szybką — i przed pociągami czasem zmykać, i przed szukającymi w podchodach.

Chociaż, szczerze mówiąc, po ostatnim wydarzeniu na torach wolimy się tam przez jakiś czas nie pokazywać.

Wszystko przeze mnie. A właściwie przez to moje gwizdanie. Bo żaden z chłopaków nie umie tak głośno gwizdać jak ja i zawsze wysyłają mnie na zwiady…

No dobrze, przyznam szczerze — sama lubię być zwiadowcą, bo bardzo mnie to kręci.

Tak więc na ostatnich podchodach, jako zwiadowca, przemykałam po torach i jednocześnie dawałam znaki chłopakom, żeby powoli podchodzili we wskazanym przeze mnie kierunku.

Te lebiody jednak w ogóle na mnie nie patrzyły, tylko stały sobie w najlepsze ukryte za murkiem parowozowni.

Wkurzyłam się nie na żarty i niewiele myśląc, głośnym, przeciągłym gwizdem na czterech palcach ruszyłam ich z miejsca.

Za moment okazało się jednak, że nie tylko ich ruszyłam, ale również maszynistę pociągu towarowego stojącego na bocznicy.

O niech to dunder świśnie! Ale żeśmy zaczęli uciekać, kiedy pociąg nagle ruszył. Na łeb na szyję! Mało żeśmy nóg nie pogubili.

Wystraszeni schowaliśmy się w kanale parowozowni i, szczękając zębami ze strachu, czekaliśmy, aż pociąg się wykolei. Żadnego zgrzytu, pisku ani łoskotu jednak nie było słychać.

Po chwili usłyszeliśmy za to potworną kłótnię między maszynistą a przetokowym. Maszynista wyzywał przetokowego, że gwiżdże jak idiota, choć zwrotnicy jeszcze nie przestawił, a przetokowy wyzywał maszynistę, że to w jego pustej mózgownicy wiatr hula i gwiżdże…

I takie tam różne rzeczy sobie przerzucali. W końcu sobie do gardeł skoczyli w tej zacietrzewionej kłótni.

A my, z przerażeniem spoglądając po sobie w tym brudnym i śmierdzącym kanale, w końcu nie wytrzymaliśmy napięcia.

Kiedy ta dwójka kolejarzy szamotała się już na dobre, wyrwaliśmy z kanału jak wystrzeleni z katapulty i czym prędzej opuściliśmy ten nasz niebezpieczny z nagła plac zabaw.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka telewizor i sprawa „dziurawca”

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo

14. Czarna owca i kolonie grozy

15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.