sobota, 4 lipca 2026

Czerwony nos i poważne sprawy

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XVII Tym razem będzie o nosie, który czerwienieje w najmniej odpowiednich momentach i zdradza więcej, niż bym chciała. O tym, że pierwsze zauroczenia potrafią się ciągnąć dłużej, niż powinny. O procesjach, w których nie wszystko jest takie święte, jak wygląda. I o decyzjach, które niby są nasze… a jednak nie do końca.


Mam już trzynaście i pół roku. A to moje zdjęcie z ostatniej legitymacji szkolnej w podstawówce.



No dobra, dobra — proszę się nie śmiać! Wiem, że grzywkę mam taką, jakby mi ją koń obgryzł. Ale to Danka, moja koleżanka z sąsiedztwa, tak szkaradnie ją „opitoliła”.

Do zdjęcia bardzo się stroiłam, ale co z tego, skoro wyszłam na nim jak ostatnia leluja. Nie dość, że grzywka wygląda okropnie, to jeszcze widać na nim mój czerwony nos.

Niby to nic dziwnego, bo jest zima, więc na dworze zimno, a kiedy szłam do fotografa, zmarzłam okrutnie. U fotografa niestety się nie zagrzałam, bo i w jego pracowni było prawie tak samo zimno jak na dworze.

Niby nic dziwnego? A jednak — bo mój nos czerwienieje nie tylko z zimna. Och, jak ja nie cierpię tego swojego kinola… czerwonego kinola.

Że co, kiedy jeszcze nos może czerwienieć? Wiem, wiem — z gorąca na przykład. A muszę przyznać, że z gorąca mój wstrętny nos czerwienieje jeszcze „piękniej”. Kiedy się zgrzeję albo jem coś gorącego, na przykład rosół.

Mało tego — kiedy się zdenerwuję albo czegoś boję, też. Tak że świadectwo mojego stanu psychicznego również maluje się na nosie… na czerwono oczywiście. I od razu czuję w tym miejscu gorąco, a wtedy robi mi się wstyd, że wszyscy to widzą — i nos czerwienieje jeszcze bardziej.

O kurczę pieczone, jak ja się wstydzę tego mojego nosa. Kiedyś, po zjedzeniu pysznego niedzielnego rosołu, spojrzałam w lustro i aż się wystraszyłam.

Jak myślicie, dlaczego? Ano dlatego, że mój kinol wyglądał jak pomidor! Byłam załamana, bo jeśli tak ma wyglądać dojrzewanie, to ja wolę zostać dzieckiem na zawsze.

Ale że nie leży to w mojej naturze, żeby dłużej niż trzy dni tkwić w takim stanie, postanowiłam działać. Natychmiast złapałam mamusiną „Przyjaciółkę” i napisałam do kącika porad z prośbą o pomoc w tej mojej wstydliwej, nosowej sprawie.

Jaka byłam szczęśliwa, kiedy po paru tygodniach znalazłam w czasopiśmie odpowiedź laryngologa, który radził mi unikać ciepłych potraw i codziennie przed snem smarować nos maścią ichtiolową.

Chyba ze sto razy czytałam ten „przyjaciółkowy” kącik porad i czułam, jak rozpiera mnie duma, że rubryka pt. „Lekarz radzi” dotyczyła właśnie mnie i mojego problemu.

Jak uskrzydlona pobiegłam do apteki po maść. A zasuwałam, że ho, ho — jakbym co najmniej biegła za siedem gór i rzek po zaczarowany eliksir.

Wcierałam to świństwo — o, przepraszam — ten zaczarowany eliksir w mój narząd powonienia codziennie, i to przez parę miesięcy.

Niestety, eliksir okazał się tylko śmierdzącym świństwem, bo z moim nosem nic się nie zmieniło. Jak był czerwony w tych szczególnych okolicznościach — tak został. O kurza twarz, jak ja nie cierpię tego mojego nochala!

Dobrze, że przyszła już wiosna — to przynajmniej jeden powód jego czerwienienia odpadnie.

Jest akurat oktawa po Bożym Ciele i codzienne procesje wokół kościoła. Kiedy byłam mała, sypałam kwiatki, ale teraz wiekowo awansowałam i — jako jedna z szóstki dziewcząt — mogę nosić figurę Matki Boskiej.



Tyle że oczywiście znów zaczęła się rywalizacja między dziewczynami o to, której pierwszej uda się „zagarnąć” figurę dla siebie. I ta głupia rywalizacja też mi się na początku udzieliła.

Może to przez to ciągłe jeszcze „zaćwierkolenie” we Franku — bo on jest bardzo ważnym ministrantem i do tego bardzo ładnie śpiewa. A w procesji idzie zaraz za proboszczem i jego śpiew cały czas się słyszy.

Jeśli to prawda z tym przedłużonym działaniem „zaćwierkolenia”, to muszę przyznać, że to uczucie jest gorsze niż zaraza… Bo już dawno powinnam o Franku zapomnieć — dwulicowości nie cierpię od zawsze, a Franek właśnie taki jest. W kościele gra aż nazbyt pobożnego, a poza nim czasami diabeł z niego wyłazi.

W końcu jednak odpuściłam, bo doszłam do wniosku, że Matka Boska nie zasłużyła sobie na takie przepychanie pod swoją figurą… I przez ostatnie dni w ogóle na procesje nie chodziłam.

Za co oczywiście dostawałam burę od mamusi, ale wolałam to niż takie zachowanie przed każdą procesją.

Był jeszcze jeden powód, dla którego odechciało mi się procesji. Otóż niezbyt miło szło mi się za naszym — w ozłoconym stroju, z hostią w ręku, pod baldachimem świętości — ordynarnym i wiecznie zapijaczonym proboszczem.

A tak swoją drogą, nieustannie zadziwia mnie to, że w naszym miasteczku życie toczy się wokół kościoła. Gdyby przez to ludzie stawali się lepsi, to bym to zrozumiała, ale zauważam, że wcale tak nie jest.

Bo ci, którzy na co dzień nie są mili, po wyjściu z kościoła pozostają tacy sami. Mimo że w środku pchają się zawsze najbliżej ołtarza.

Taki na przykład jeden pan z sąsiedniej ulicy — zawsze nas, dziewczynki, brzydko zaczepia słownie, kiedy tylko nas zobaczy. Na szczęście tylko tak, bo nie ręczę za siebie, w co bym go kopnęła, gdyby wystartował do nas z łapami…

A w kościele, przy wszystkich świątecznych okazjach, zawsze kroczy przy księdzu jako jego najważniejsza „obsługa”… obłudnik jeden!

Wnet skończę czternaście lat. Czuję się już prawie dorosła. Wiem, wiem — że „prawie” robi dużą różnicę, ale jakoś tak poważniej zaczęłam patrzeć na wszystko, co mnie otacza. Może też przez to, że w maju zdałam egzamin do Technikum Ekonomicznego.

Moim małym braciszkiem również chętnie się zajmuję — i już tak bardziej odpowiedzialnie. Chodzę z nim na długie spacery do parku albo nad rzekę, kiedy jest ciepło. A Wojtuś bardzo to lubi. Ma już trzy latka i pięknie nam rośnie — mądry i radosny z niego chłopczyk.



A jeśli chodzi o sam egzamin do technikum, to choć zaliczyłam go celująco i bez problemu — z czego jestem dumna do dziś — wcale nie był taki łatwy. Oj, nie! Bo skoro byłam aż tak wystraszona i niewiele zapamiętałam z jego przebiegu, to znaczy, że łatwy być nie mógł.

Utrwaliły mi się tylko dwa epizody. Ale za to bardzo dokładnie. Pamiętam panią od języka polskiego, profesor Piasecką — jak siedzi bokiem przy biurku, z nogą założoną na nogę, i opiera łokieć o blat. Mierzy mnie wzrokiem od góry do dołu i w końcu, podrzucając nogą, każe mi napisać na tablicy (śmiesznie zielonej, nie czarnej), jak się odmienia słowo „postać”.

Jak dziś pamiętam, że ku jej zadowoleniu — a mojemu szczególnie — napisałam poprawnie: „postaci”, a nie „postacie”, jak większość wtedy mówiła. Choć później, o dziwo, obie formy stały się poprawne.

Drugi epizod związany był z geografią. Profesor Przybysławski, z bardzo groźną miną, kazał mi na mapie świata wskazać Wietnam i jego stolicę.

Wskazałam — i to poprawnie. Mina profesorowi nieco złagodniała, a nawet lekko się uśmiechnął.

Ot i cały egzamin. To znaczy — nie cały, ale tylko tyle z niego zapamiętałam. Widocznie stres był tak silny, że wszystko inne z głowy mi wywiało. Ale najważniejsze, że zdałam i dostałam się do technikum.

Choć potem, kiedy tatuś się dowiedział, okazało się, że mogłam w ogóle nie zdawać egzaminu — bo miałam świadectwo „z góry na dół bardzo dobre”. Zabrakło tylko czerwonego paska, co — jak się później okazało — było niedopatrzeniem kierownika szkoły.

Dobrze, że dowiedziałam się o tym dopiero po egzaminie, a nie przed, bo byłabym wściekła jak sto diabłów.

Tym bardziej że zdawałam do tego technikum nie z własnej woli, tylko z przymusu.

Bo tak naprawdę przez całą siódmą klasę wybierałam się do Technikum Chemicznego, bo chemia bardzo mi się spodobała.

Ale kiedy przed złożeniem papierów byłam z mamusią na obowiązkowych badaniach psychotechnicznych, lekarz stwierdził u mnie wrodzoną wadę serca (czego później żaden inny lekarz nie potwierdził) i kategorycznie odradził posyłanie mnie do szkoły chemicznej.

Dlatego ostatecznie — z wielkim bólem serca — złożyłam papiery do Technikum Ekonomicznego. I to wcale nie z powodu jakiejś tam wady serca. Tylko żalu w sercu.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo

14. Czarna owca i kolonie grozy

15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki

16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.