Ciekawość natury noszę w sobie od zawsze – jak cichy szept przekazany przez mamę, zapisany gdzieś głęboko, pod skórą, w spojrzeniu. Z niej wyrasta moja pasja – fotografia. Towarzyszy mi od dziecka.
Pamiętam, jak mając zaledwie osiem lat, trzymałam w dłoniach swój pierwszy aparat – Фед-2. Dostałam go podczas naszej podróży po Podolu, która do dziś powraca we wspomnieniach jak miękkie światło o zmierzchu.
Najdłużej zatrzymaliśmy się w Zbarażu, w mieście mojego ojca – miejscu na Ukrainie, które w historii Polski i literaturze zapisane jest złotymi zgłoskami, głównie dzięki Henrykowi Sienkiewiczowi i jego powieści „Ogniem i mieczem”.
To właśnie tam coś we mnie drgnęło – połknęłam bakcyla fotografii i zaczęłam zatrzymywać w kadrze wszystko, co przyciągało moje spojrzenie, zwłaszcza kruche piękno świata roślin i zwierząt.
Nigdy nie uczyłam się technik fotografowania. Być może to nierozsądne, ale nie chcę, by reguły i zasady ingerowały w moją wrażliwość i wyobraźnię. Wolę, by pozostały nieskażone – wolne, intuicyjne, prawdziwe.
Fotografuję tylko to, co naprawdę mnie porusza – obrazy, które zachwycają oko i dotykają serca.
Wierzę, że osoby o podobnej wrażliwości odnajdą w nich coś dla siebie: drobny zachwyt, chwilę zatrzymania, impuls dla wyobraźni. I właśnie ta wspólnota odczuwania daje mi najwięcej radości.
Z aparatem – choć nawet nie potrafię już zliczyć, ile ich przewinęło się przez moje ręce – nie rozstaję się nigdy. Bo przecież każda chwila może przynieść coś ulotnego, niepowtarzalnego. A ja chcę być gotowa, by to zatrzymać.
