Na pierwszy rzut oka — rozsypane. Bez początku. Bez końca. Jak coś, co nigdy nie miało znaczyć nic.
A jednak pod powierzchnią coś drga. Cicho. Uparcie. Jakby kolory wiedziały więcej, niż powinny. Dotykam tego ostrożnie — jakby mogło się rozpaść albo… odpowiedzieć.
Przesuwam. Rozdzielam. Składam, choć nie wiem, czy chcę zobaczyć całość. Chaos nie znika. On tylko uczy się mówić. Najpierw szeptem. Potem obrazem.
Plamy zaczynają przypominać ślady — nie wiadomo czyje. Linie oddychają ciężko, jakby były zmęczone istnieniem.
A przypadek… przestaje być przypadkiem. Między tym, co było, a tym, co dopiero się wydarzy, pojawia się coś trzeciego — coś, czego nie umiem nazwać.
Nie porządkuję. Nie próbuję już nad tym panować. Pozwalam, żeby się stało. I wtedy — nagle — z tej gęstej, lepkiej materii wyłania się coś, co patrzy na mnie zbyt długo. Jak gotowa historia.
Zatrzymuję to. Choć nie jestem pewna, czy to ja zatrzymuję obraz, czy obraz zatrzymuje mnie.
