Dorastałam w zbombardowanym mieście. W tamtym czasie trudno było o inne uczucia niż lęk i niechęć wobec Niemców. Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że los zwiąże mnie z tym krajem na długie lata, nie uwierzyłabym. A jednak tak się stało.
Od 37 lat mieszkam w Niemczech. To tu toczy się moje codzienne życie. A jednak w moim sercu Polska nieustannie zajmuje ważne miejsce — i stąd bierze się potrzeba pisania.
Z tej perspektywy widzę więcej. Widzę ludzi, codzienność, zwyczajne gesty życzliwości. I mogę powiedzieć, że jako Polka nie doświadczyłam tu krzywdy. To doświadczenie zmienia sposób patrzenia — nie tylko na innych, ale i na siebie.
Często porównujemy się z innymi narodami, szukając odpowiedzi, dlaczego jedni radzą sobie lepiej, a inni wciąż się uczą. Być może chodzi o coś więcej niż historia — o codzienną odpowiedzialność, o sposób budowania wspólnoty.
Myślę też o Polsce. O kraju, który tak wiele przeszedł, a jednocześnie wciąż się kształtuje. O społeczeństwie pełnym sprzeczności — wrażliwym i gwałtownym zarazem, dumnym, ale czasem zagubionym.
Moja rodzina doświadczyła wojny z wielu stron. Te wspomnienia uczą pokory wobec historii i ostrożności w ocenach. Przypominają, jak łatwo świat może się zmienić i jak ważne jest to, co robimy z własną pamięcią.
Dziś żyjemy w czasach niepokoju, ale też możliwości. I choć nie wszystko napawa optymizmem, pozostaje coś, co pozwala iść dalej — cicha, uparta nadzieja.
Dopóki oddycham, mam nadzieję. Dum spiro, spero*... Jeszcze będzie normalnie.
* Dum spiro, spero (cyt. z Cycerona)
