Wolność słowa nie jest tarczą dla chamstwa. Nie jest też alibi dla wulgarności ani przyzwoleniem na bezkarne opluwanie wszystkiego i wszystkich. A jednak właśnie tak coraz częściej bywa dziś rozumiana w Polsce.
Chamstwo przestało razić — stało się tłem. Wsiąkło w język debaty, w komentarze, w codzienne rozmowy. Już nie oburza. Dla wielu jest normą. Paradoks? Stało się to w samym sercu demokracji, która miała podnosić standardy życia publicznego.
Wulgarność, szczególnie wśród młodych, nie jest już incydentem — jest stylem. Agresja słowna, pogarda, ostentacyjny brak szacunku stały się językiem codzienności. Granice? Zatarte. A może po prostu porzucone.
Odpowiedzialność? Spoczywa na dorosłych. To oni wychowali pokolenie, które nie uznaje zasad — bo sami wcześniej przestali je traktować poważnie. Trudno wymagać szacunku od młodych, gdy starsi od dawna go nie okazują.
Demokracja miała być przestrzenią wolności połączonej z odpowiedzialnością. Dla wielu stała się jednak wygodnym pretekstem: do narzekania, do podważania wszystkiego, do pogardy wobec tego, co wymaga wysiłku, kompetencji czy zwykłej przyzwoitości.
Autorytety? Słowo wyśmiane, podejrzane, niemodne. Zniszczone nie tylko przez źle rozumianą wolność, lecz także przez małość, oportunizm i brak charakteru.
Najbardziej niepokoi jednak coś innego — obojętność. Zanikają wartości. Zanika odpowiedzialność. Zanika wstyd.
A w tym kakofonicznym zgiełku najgłośniej słychać właśnie tych, którzy mają najmniej do powiedzenia.
Straszne? Nie — raczej smutne i niebezpieczne.
