Kaczyński, choć dziś w opozycji, zdaje się nie zauważać zmiany ról. Scenariusz pozostaje ten sam — jakby od lat odtwarzany z jednej, zużytej taśmy. W starciu z Tuskiem i KO nie ma miejsca na nowe pomysły, jest za to dobrze znany repertuar:
To już nie zestaw narzędzi, lecz polityczny dekalog powtarzany w kółko w codziennym przekazie. Mechaniczny, przewidywalny, a jednak wciąż używany z uporem.
Pytanie brzmi nie „czy to eleganckie”, ale „czy to jeszcze działa”. Na odpowiedź przyjdzie poczekać do wyborów — to wyborcy zdecydują, czy chcą dalej słuchać tej samej melodii.
Bo główna oś tej strategii jest aż nazbyt czytelna: zarzucić przeciwnikowi dokładnie to, co samemu ma się na sumieniu — tylko zrobić to głośniej, ostrzej, bardziej bezwzględnie. To retoryczna gra w lustra, w której sens ginie, a zostaje jedynie hałas.
I może właśnie o ten hałas chodzi najbardziej — bo w nim najłatwiej zagłuszyć wszystko inne.
Tak sam o sobie mówi... No czyż nie bufon?
