wtorek, 14 lipca 2026

Czarny bez: krzew, który prowadzi mnie za rękę do przeszłości

Wystarczy jeden zapach, by ruszyć w drogę bez mapy. Czarny bez nie pyta — po prostu bierze za rękę i prowadzi tam, gdzie wszystko było prostsze. Trzeba tylko pozwolić się poprowadzić.


Zapach czarnego bzu przychodzi nagle. Zatrzymuje w pół kroku, zawraca myśli, wyciąga rękę. I już wiem, że pójdę za nim. Jak kiedyś.

Znowu jestem w wakacjach bez końca, w słońcu pachnącym trawą i rozgrzaną ziemią. W świecie, gdzie czarny bez rósł wszędzie — przy drogach, na skrajach pól, na powojennych „zwalonych murach”, które były częścią codzienności.

Idę za zapachem. Krok po kroku. On prowadzi — ja tylko podążam. Aż w końcu jest. Krzew.
Staję pod nim i oddycham głęboko, jakby od tego zależało coś więcej niż tylko chwila. Zrywam kilka baldachimów kwiatów — delikatnych, kremowych. Tyle, ile potrzeba. Nigdy więcej.

Potem odchodzę. Trochę lżejsza. Jakby ktoś naprawdę poprowadził mnie za rękę — tam i z powrotem.

Za jakiś czas wracam. Już po owoce — ciężkie, ciemne, prawie czarne. Dojrzałe słońcem i ciszą. Na sok. Na zimę. Na później.

Bo czarny bez to nie tylko krzew. To przewodnik. Cichy, cierpliwy, wierny. Pojawia się nagle — i prowadzi dokładnie tam, gdzie trzeba.