Wystarczy jeden zapach, by ruszyć w drogę bez mapy. Czarny bez nie pyta — po prostu bierze za rękę i prowadzi tam, gdzie wszystko było prostsze. Trzeba tylko pozwolić się poprowadzić.
Zapach czarnego bzu przychodzi nagle. Zatrzymuje w pół kroku, zawraca myśli, wyciąga rękę. I już wiem, że pójdę za nim. Jak kiedyś.
Znowu jestem w wakacjach bez końca, w słońcu pachnącym trawą i rozgrzaną ziemią. W świecie, gdzie czarny bez rósł wszędzie — przy drogach, na skrajach pól, na powojennych „zwalonych murach”, które były częścią codzienności.
Idę za
zapachem. Krok po kroku. On prowadzi — ja tylko podążam. Aż w
końcu jest. Krzew.
Staję pod nim i oddycham głęboko, jakby
od tego zależało coś więcej niż tylko chwila. Zrywam kilka
baldachimów kwiatów — delikatnych, kremowych. Tyle, ile potrzeba.
Nigdy więcej.
Potem odchodzę. Trochę lżejsza. Jakby ktoś naprawdę poprowadził mnie za rękę — tam i z powrotem.
Za jakiś czas wracam. Już po owoce — ciężkie, ciemne, prawie czarne. Dojrzałe słońcem i ciszą. Na sok. Na zimę. Na później.
Bo czarny bez to nie tylko krzew. To przewodnik. Cichy, cierpliwy, wierny. Pojawia się nagle — i prowadzi dokładnie tam, gdzie trzeba.
