środa, 4 marca 2026

Zdjęcie, które gorszy świat

 

Jeśli pasterze wszystkie „owieczki”
jedną — „Bożą” — miarą odmierzają,
jak mamy wierzyć w ich czyste słowa, 
że sami w prawdzie niezłomnie trwają?

Niełatwo przecież patrzeć bez drżenia 

na obraz, który obiega świat cały:
papież błogosławi parę dewiantów, 
których czyny sumienia kalały.



Fotografia powstała w 1993 roku. Utrwalił ją papieski fotograf Arturo Mari podczas jednej z prywatnych audiencji w Watykanie.

Na zdjęciu widzimy Jana Pawła II na spotkaniu z Jeffreyem Epsteinem oraz jego partnerką, Ghislaine Maxwell. Dziś obraz ten powraca w mediach na całym świecie — jak echo, które nie chce ucichnąć.

Kim byli ci goście?

Jeffrey Epstein — finansista, człowiek wpływów i znajomości. W 2008 roku skazany na Florydzie za nakłanianie nieletniej do prostytucji. W 2019 roku ponownie aresztowany pod zarzutem handlu nieletnimi w celach seksualnych. Zmarł w areszcie jeszcze przed rozpoczęciem procesu federalnego, pozostawiając po sobie więcej pytań niż odpowiedzi.

Ghislaine Maxwell — jego wieloletnia towarzyszka i współpracowniczka. W 2021 roku uznana w Stanach Zjednoczonych za winną współudziału w werbowaniu i wykorzystywaniu nieletnich dziewcząt. Rok później skazana na dwadzieścia lat więzienia.

Jak można spojrzeć na ten kadr bez wstrząsu? Czy Jan Paweł II i jego sekretarz, Stanisław Dziwisz, naprawdę nie wiedzieli, kogo mają przed sobą? A może wiedzieli — i rytuał audiencji stał się maską, za którą ukrywało się przyzwolenie na kontakty z wpływowymi grzesznikami? Nie ma tu prostych odpowiedzi. Jest wstyd. Jest pytanie o moralność i priorytety instytucji, która głosi światło, a czasem okazuje się ślepą na własne założenia.

Nie tłumaczmy tego tylko kontekstem czasu. To, że w 1993 roku nie ciążyły na nich wyroki, nie oznacza niewinności w ocenie sumienia świata. To zdjęcie nie dokumentuje czułego gestu — dokumentuje kompromitację autorytetu moralnego, który w imię etykiety przyjął ludzi, których historia potępia.

I jeszcze jedna gorzka myśl: fotografia ta nie powstała w laboratorium teorii spiskowych. To autentyczny, niepodważalny kadr, który pokazuje, jak cienka jest granica między „uprzejmością” a aprobatą. Jak łatwo instytucja może zatracić czujność wobec ludzi, którzy przekraczają wszelkie granice moralne.

Nie można już patrzeć na ten obraz z obojętnością. Nie można zaklinać rzeczywistości: każdy, kto zobaczył ten kadr, widzi paradoks — papieża błogosławiącego ludzi, których czyny wstrząsnęły światem. I nie ma na to prostego wytłumaczenia.