Mgła oplata las jak oddech — cichy, wilgotny, nieuchwytny. Świat zwalnia, mięknie, rozpływa się w półtonach. Przez chwilę wszystko zdaje się zawieszone między snem a przebudzeniem.
A jednak cisza nie trwa długo. Pęka nagle — ptasim krzykiem, ostrym, natarczywym, pełnym życia. Skrzydlate głosy przecinają mleczną zasłonę, jakby chciały przywołać świat z powrotem do istnienia. Wiosna przyszła. Nieśmiało, lecz nieodwołalnie.
Stoję w tym rozedrganym bezruchu i słucham. I we mnie także coś się budzi — nie tylko radość, lecz przede wszystkim uparta, cicha nadzieja. Że wraz z pierwszą zielenią odrodzi się rozsądek. Że świat otrząśnie się z własnego zamętu i przejrzy choć na moment.
Bo mgła nie tylko otula — ona także zasłania. A kiedy w końcu opadnie, odsłoni wszystko to, co próbowano ukryć.
Może wtedy spojrzymy wreszcie prosto. Bez ucieczki. Bez złudzeń. I ci, którzy karmią się chaosem, znikną — rozwiani jak cień, gdy światło odważy się zostać.
