Kilkanaście lat temu włodarze naszego miasta postawili ogromny gołębnik (Taubenschlag) dla licznych, wszechobecnych gołębi. Nie był to jednak gest wyłącznie troski o ptaki. W tej decyzji kryła się również bardzo ludzka potrzeba porządku.
Wiadomo przecież, jak gołębie potrafią swoimi odchodami „ozdabiać” fasady kamienic, parapety i pomniki. Teraz zdobią już tylko swój własny dom i jego rozległe obejście. Jedno miejsce łatwiej utrzymać w czystości. Sprytne rozwiązanie — cywilizowany kompromis między naturą a miejską estetyką.
Ale jest i drugi, ważniejszy wymiar istnienia tego gołębnika: humanitarna kontrola populacji w centrum miasta oraz ograniczenie liczby dzikich miejsc lęgowych na budynkach.
Każdego roku pobiera się około 450 jaj od mniej więcej 70 par, zastępując je gipsowymi lub plastikowymi atrapami wypełnionymi piaskiem. Życie zostaje na chwilę zatrzymane — bez gwałtowności, bez rozlewu skrzydeł.
Czy gołębie rozumieją tę ingerencję? Nie wiem. Patrząc na nie, trudno odczytać sprzeciw. Mają dach nad głową, bezpieczną przestrzeń i stały dostęp do pożywienia. Może w ptasim świecie to wystarczające poczucie szczęścia.
A jednak temat powrócił do mnie niespodziewanie. Spotkałam jednego z nich pod swoim domem — na obrzeżach miasta, z dala od zgiełku i od ich wspólnoty. Stał samotnie, jakby zamyślony.
A może to ja potrzebowałam tego spotkania.
Bo przecież gołębie od wieków niosą ze sobą znaczenia większe niż one same. Symbolizują pokój, nadzieję, wierność, miłość, duchową czystość. Ich obecność w pobliżu domu bywa odczytywana jako zapowiedź dobrych zmian, nowych początków — cichego „tak” wypowiedzianego przez los.
Od starożytności były posłańcami. Unosiły w dziobach wiadomości, przekraczały granice miast i królestw. W Egipcie wierzono nawet, że przynoszą wieści od bogów. Jakie? Tego nikt nie potrafi powiedzieć z pewnością.
Może jednak czasem wystarczy sama obecność. Cichy trzepot skrzydeł. I przeczucie, że coś właśnie się zaczyna.


