No nie. Tak całkiem bez złości się nie da. Bo jak to tak — końcówka marca, człowiek już mentalnie w jajkach i mazurkach, a tu nagle… zonk! Zima wraca jak niezapowiedziany gość, który „tylko na chwilę”, a zostaje na tydzień.
Wiosna przecież już flirtowała z zielenią, rozbudzała pąki, szeptała ciepłym wiaterkiem do ucha… A tu nagle: biały wir, lodowaty policzek i „żart się skończył”.
Owszem, „w marcu jak w garncu” — wszyscy znamy, wszyscy powtarzamy, wszyscy cierpimy. Ale czy ten garnek naprawdę musi być aż tak zmrożony?
U nas od kilku dni sypie śniegiem, jest zimno jak w lodówce, a mróz trzyma się dzielnie, jakby walczył o medal.
I co to za wiosna, ja się pytam, skoro bez zimowych ciuchów nosa na dwór wyściubić nie można?
Ale… chwila. A może to wszystko ma sens? Może wiosna tylko udaje nieogarniętą, a tak naprawdę prowadzi sprytną akcję biologiczną?
No bo spójrzmy prawdzie w oczy — kleszcze. Te małe, bezczelne potworki już od miesiąca czają się na nas jak paparazzi na celebrytów. Roztaczają swoją mikroapokalipsę, roznosząc choroby i psując ludziom humor skuteczniej niż brak kawy rano.
Ludzkość lata w kosmos, tworzy sztuczną inteligencję, a z takim maleństwem nadal nie potrafi się rozprawić. Trochę wstyd.
Więc może ten nagły powrót zimy to nie przypadek, tylko dobrze zaplanowana akcja: „Operacja Kleszcz”? Trochę przymrozić, trochę przesiać, zrobić porządek w terenie.
Nie bez powodu taka myśl przyszła mi do głowy. Kilkanaście lat temu sama padłam ofiarą jednego z tych mikro-wampirów. I powiem tylko tyle: nie polecam.
Dobra, dobra — nie będę już tak psioczyć. Bo, uczciwie mówiąc, wiosna i tak robi swoje. Widać to… a właściwie słychać.
Ptaki od świtu do zmierzchu drą dzioby wniebogłosy… to znaczy — przepraszam — koncertują. Chóralnie, solowo, czasem wręcz eksperymentalnie.
Więc może jednak coś w tej wiośnie jest. Nawet jeśli chwilowo występuje w wersji demonstracyjnej. Z błędami. I bez gwarancji.
