Pokazywanie postów oznaczonych etykietą księżniczka India. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą księżniczka India. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 lutego 2019

Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona (XI/XI)



Kiedy Napolcio otworzył oczy, na dworze już świtało. Czuł się zupełnie wyspany i wypoczęty. Natychmiast zerwał się na nogi. Pozbierał z ziemi swoje rzeczy, i zakładając je po drodze na siebie, kierował się do wyjścia z groty. Wychodząc, spojrzał jeszcze na śpiące dziewczyny. Uśmiechnął się szeroko do siebie, bo zobaczył, że obie wtulone w siebie śpią spokojnym snem, a nad ich głowami czuwa Pegazus. Pegazus wprawdzie spał również, stojąc w szerokim rozkroku ze spuszczonym łbem, ale najważniejsze, że był. Znał swego wiernego konia i wiedział, że w razie jakiegoś niebezpieczeństwa zawsze może liczyć na jego instynkt zwierzęcy.
Będąc już na zewnątrz, zaczął się rozglądać za swoimi druhami. Chciał z nimi ustalić jak będzie wyglądała ich droga powrotna. W obozowisku było jeszcze zupełnie cicho. Wszyscy spali snem sprawiedliwego. Spokojnie i twardo. Nigdzie w pobliżu swoich druhów nie widział, ale gdy tak się za nimi rozglądał, zrazu coś mu się w oczy rzuciło. Spostrzegł jasną łunę bijącą z przeciwległego brzegu jeziora. Zastanowił się na moment, co też to może być? Nie czekał jednak aż mu się to samo z czymś skojarzy, tylko puścił się biegiem w tamtym kierunku. Na szczęście Jezioro Bardeńskie nie było aż tak duże, i kiedy po paru minutach dobiegł do jego połowy, mógł już stwierdzić naocznie skąd ta łuna. Tylko co ona oznacza, jeszcze nie wiedział. Otóż okazało się, że na przeciwległym brzegu jeziora stała oświetlona srebrna kareta zaprzężona w trzy pary siwych koni. Na karecie siedziało dwóch stangretów odzianych w srebrne uniformy. Dach karety był cały obładowany jakimiś wiklinowymi koszami. Napolcio zdumiał się bardzo, a i trochę zaniepokoił. Ale kiedy dobiegał coraz bliżej karety, spostrzegł koło niej swoich druhów i Rolanda. Uspokoił się natychmiast, bo to oznaczało, że nic złego dziać się nie może. Zwolnił nieco biegu, i patrząc ciągle na karetę, zbliżał się do niej bez żadnych już obaw. Jakie było jego zaskoczenie, kiedy nagle w oknie karety ujrzał głowę wróżki Saggity. Znów puścił się szybkim biegiem i wnet stanął obok niej.
Wróżko Saggito, a cóż to ciebie sprowadza w te strony? — zapytał, ujmując w swe dłonie wystającą z okna karety dłoń wróżki.
Pomyślałam, że wszyscy z pewnością jesteście bardzo głodni i przywiozłam wam prowiant — rzekła wróżka Saggita ciepłym głosem.
Jesteś najcudowniejszą wróżką na świecie, wróżko Saggito! — zawołał Napolcio. — Właśnie to była jedyna rzecz, która mnie bardzo smuciła i której tutaj nie mogłem sprostać. I ty, wróżko Saggito, najwspanialsza wróżko z wróżek, znów przyszłaś mi z pomocą. Dziękuję ci z całego serca!
Nie musisz mi dziękować, Królu Napoleonie. Zrobiłam tylko to, co mogłam — zaśmiała się wróżka Saggita. — Przywiozłam wam świeże maślane bułeczki i mleko. Jedzcie na zdrowie. Powinno wam wszystkim wystarczyć, aż dojedziecie do twojego pałacu, Najjaśniejszy Królu. Obliczyłam to… Stangreci, proszę ściągnąć kosze!
Papkoj, Sławoj, Roland, pomóżcie! — zawołał Napolcio.
Na rozkaz! — wyrwało się jednocześnie z trzech gardeł.
Po chwili wszystkie kosze stały już na ziemi i dookoła unosił się drażniący nozdrza wspaniały zapach świeżych bułeczek.
Wróżka Saggita ruszyła w dalszą drogę. Nie chciała zatrzymać się na dłużej, gdyż zamierzała zrobić sobie jeszcze małą wycieczkę po Puszczy Badeńskiej. Ale zanim odjechała, rzekła do Napolcia:
Królu Napoleonie, jestem szczęśliwa, że odnalazłeś Księżniczkę Indię oraz cały orszak królewski. Jesteś wspaniałym Królem. Dumna jestem, że mogę żyć w twoim królestwie.
To dzięki tobie, wróżko Saggito, udało mi się moją ukochaną Indię odnaleźć — odrzekł Napolcio w wielkim uniesieniu i sięgnął za pazuchę. — To ja dumny jestem, że w moim królestwie mieszka tak cudowna istota. Wróżko Saggito, mam nadzieję, że przybędziesz dzisiaj wieczorem na nasze wesele? Zapraszam ciebie wraz z Księżniczką Indią całym sercem… A oto mój pierścień królewski, proszę przyjmij go w podzięce…
Ależ Królu Napoleonie, nic od ciebie nie przyjmę. Jestem szczęśliwa, że mogłam pomóc. Twoje szczęście jest mi podzięką. A za dobre słowa i zaproszenie dziękuję z całego serca. Na wesele Jego Królewskiej Mości i Księżniczki Indii przybędę na pewno — śpiewnym głosem mówiła wróżka Saggita. — A teraz, Królu Napoleonie, proszę, daj mi tę pochodnię. Nie będzie ci już potrzebna.
A więc to ty, wróżko Saggito…? — Napolcio zdumiał się bardzo. — Och, a ja myślałem, że to mój ojciec…
I dobrze myślałeś, Królu — zaśmiała się tajemniczo wróżka. — Twój ojciec też.
Napolcio głęboko przejął się słowami wróżki. Jakże mógłby się nie przejąć, przecież chodziło o jego zmarłego ojca Jeremiasza, którego tak bardzo kochał i szanował. Prawdę mówiąc, w głębi duszy od początku wierzył, że tajemnica płonącej pochodni ma związek z jego ukochanym ojcem. Ale teraz? Teraz właśnie usłyszał potwierdzenie swej wiary. Było to ogromnie doznanie dla niego. A to, że wróżka Saggita ma jakiś metafizyczny kontakt z jego ojcem, przejęło go jeszcze bardziej. Spojrzał wróżce głęboko w oczy, tak jakby chciał w nich zobaczyć ojca. Poczuł jak serce mocniej mu zabiło. Była to dla niego bardzo podniosła chwila. Wreszcie uśmiechnął się do wróżki najcieplej jak umiał i ukląkł pod oknem karety.
Wróżka Saggita z tkliwością przyłożyła swą dłoń do policzka Napolcia. Wiedziała, co jej Król czuje w tym momencie. Po chwili poklepała go delikatnie po ramieniu i zdjęła z jego hełmu płonącą pochodnię. I nagle, w jej dłoni pochodnia zgasła momentalnie. Wróżka zawołała na stangretów i kareta ruszyła.
Napolcio klęczał dalej. Tak bardzo był przejęty tym jakże podniosłym dla niego momentem, że nie miał siły się podnieść. Zresztą nawet nie chciał. Pragnął jak najdłużej rozkoszować się tą podniosłą chwilą. Klęczał ze spuszczoną głową tak długo, aż tętent szóstki koni i jednostajne skrzypnięcia karety ucichły zupełnie. Słyszał tylko jeszcze perlisty i pełen radości śmiech wróżki Saggity. A może mu się wydawało? W każdym razie poczuł wtedy, jak nagła i ogromna radość ogarnia go całego. Całe jego serce. Całą jego duszę. Każdą cząsteczkę jego ciała. Uśmiechnął się radośnie i podniósł głowę. Spojrzał w niebo i wyszeptał: — „Dzięki serdeczne, kochany ojcze Jeremiaszu. Dzięki że jesteś i czuwasz nade mną".
Proszę wstań, Królu Napoleonie — oficjalnym głosem odezwał się Sławoj, nachylając się nad Napolciem.
Właśnie. Wstawaj, Napolciu — odezwał się również Papkoj, nachylając się z drugiej strony. — Toż to nie uchodzi, aby Wielki Król Napoleon klęczał.
Roland tymczasem stał z boku, i przyglądając się Napolciowi, nie śmiał się nawet odezwać. Nic nie rozumiał, co tu się rozegrało i kim była ta nieziemsko piękna niewiasta. Nie rozumiał też dlaczego Król Barbedetlandii klęczał przed nią, a nie przed Księżniczką Indią. A to, że nadal klęczy, wydało mu się wręcz niepojęte. Dlatego wolał na razie się nie odzywać i poczekać, aż wszystkie te niezrozumiałe dla niego rzeczy się wyjaśnią.
Nagle sprawa klęczenia Napolcia przestała być aktualna i istotna dla kogokolwiek. I to wcale nie z powodu Sławoja albo Papkoja. Ani też z powodu świdrującego spojrzenia Rolanda. Napolcio zerwał się na równe nogi sam od siebie, gdyż usłyszał w oddali tętent kopyt swojego wiernego konia. Odwrócił się natychmiast i ujrzał go galopującego, unoszącego na swym grzbiecie Zefcię i Księżniczkę Indię. Bardzo się tym widokiem przeraził i wybiegł im naprzeciw. Za nim pobiegli jego druhowie i Roland.
A cóż tu się dzieje?! — wołała Zefcia w kierunku nadbiegającego im na spotkanie Napolcia. — Czyżby to była wróżka Saggita w tej pięknej karecie?
Co się stało, Zefcia?! — z drugiej strony wołał Napolcio. — A cóż wy tu robicie?! Dlaczego nie pozostałyście w grocie?!
A jakże miałyśmy pozostać, kiedy tutaj dzieją się jakieś ważne rzeczy? — odpowiedziała Zefcia dopiero wtedy, kiedy Pegazus wyhamował przed Napolciem. — Mów mi tu zaraz, Napolciu, czy to była wróżka Saggita?
Tak, we własnej osobie. Przywiozła nam prowiant na drogę — powiedział Napolcio, uważnie przypatrując się Księżniczce Indii i Zefci. — A u was wszystko w porządku?
W jak najlepszym — odpowiedziała Księżniczka India z szerokim uśmiechem. — Jaka szkoda, że wróżka Saggita już odjechała. Tak bardzo chciałam ją poznać. Zefcia mi tyle wspaniałych rzeczy o niej opowiadała.
Nie martw się, moja kochana Księżniczko, poznasz ją dzisiaj na naszym weselu — odrzekł uradowany już Napolcio. — Wróżka Saggita mówiła, że przybędzie na pewno. Teraz udała się na zwiedzanie Puszczy Badeńskiej… A wy, moje drogie, skoro już tu jesteście, zapraszam was na pyszne śniadanie… Papkoj, Sławoj, Roland, proszę wrócić do obozowiska i przyprowadzić tu wszystkich na posiłek. Niech wszystkie niewiasty wsiądą do Chiorunka pojazdów i przyjadą tutaj. Będą mogły przy okazji na tym niewielkim odcinku drogi zrobić próbną jazdę i oswoić się z nowo powstałym środkiem lokomocji.
Ruch się zrobił wokół Jeziora Badeńskiego niesamowity. Rycerze oraz dworzanie zwijali w pośpiechu obóz i ruszali po kolei obu brzegami jeziora w kierunku serwującego śniadanie Napolcia. Najpierw oczywiście zajęli się niewiastami. Wyścielili im ławeczki w pojazdach Chiorunka czym się dało, byleby było im miękko i wygodnie. Stangreci zaprzęgli do każdego pojazdu po szóstce koni i z zadowolonymi niewiastami ruszyli jako pierwsi. Stangreci też mieli zadowolone miny, gdyż z każdym metrem drogi upewniali się, iż pojazdy spisują się znakomicie. A Chiorunek, pozostając w tyle na swym koniu i wpatrując się w oddalające się pojazdy, wręcz promieniał ze szczęścia. W końcu ten pomysł z pojazdami, to był jego pomysł.
Po niespełna godzinie, konie pasły się już na pobliskiej polance. Zaś wszystkie niewiasty siedziały na trawie dookoła Księżniczki Indii i Zefci i zajadały się pysznymi maślanymi bułeczkami, popijając mlekiem. Za nimi siedzieli albo stali rycerze i dworzanie, a pomiędzy nimi krążył Napolcio wraz z Papkojem, Sławojem i Rolandem i każdemu rozdawali bułeczki oraz nalewali do kubków mleko.
Wszyscy mieli znakomite nastroje. Nie mogło być inaczej. Koszmar się skończył. Księżniczka India uratowana. Każdy czuł się już odprężony, wypoczęty i nawet wyspany. Wspaniała zaś atmosfera słonecznego poranka nad jeziorem w otoczeniu pachnącej przyrody potęgowała te pozytywne odczucia. Do tego syty posiłek w miłym towarzystwie i perspektywa wieczornego weseliska... Cóż więcej trzeba, by czuć się szczęśliwym?
Napolcio czuł się wręcz przeszczęśliwy, ale zdawał sobie sprawę, że czas ruszać już w powrotną drogę. Wskoczył na jeden z powozów Chiorunka i przemówił do wszystkich:
Dziękuję wam z całego serca, moi mili, za ten czas, jaki przyszło nam tu razem spędzić. Choć był to czas bardzo niebezpieczny, był też i bardzo wzniosły. Ponieważ w tym czasie razem toczyliśmy walkę i wspólnymi siłami wyzwalaliśmy się spod jarzma nieprzyjaznej natury, ściągającej na nas jakiś dziwoląg pogodowy w postaci tornada. Razem wyzwalaliśmy się też spod jarzma nieprzyjaznego nam ludu cruxlandskiego. To bardzo nas do siebie zbliżyło. A mi dodatkowo pokazało, jak wspaniałymi ludźmi otoczona jest Księżniczka India, i ja sam. I za to wam, moi drodzy, dziękuję w imieniu swoim i Księżniczki Indii… A teraz, ruszajmy już do mojego pałacu, abym mógł was wszystkich w podzięce za wasz trud i oddanie należycie ugościć… A więc, w drogę!
Wkrótce kolumna ruszyła. Złożona z ponad dwusetki jeźdźców na koniach i z trzech powozów wyglądała bardzo poważnie. Ale i dziwnie zarazem. Poważnie, bo złożona z tylu ludzi rozciągała się na długość ponad mili i dawała wrażenie potęgi. Dziwnie, bo na grzbietach wielu koni siedziało po dwóch jeźdźców, a na niektórych jechano na oklep. Powozy zaś po brzegi wypełnione były niewiastami. I kiedy jedni siedzieli na koniach w połyskujących w promieniach słonecznych zbrojach, to inni w kolorowych szatach. A w powozach to już naprawdę było kolorowo. Jechały w nich przecież damy odziane w różnokolorowe stroje. I choć stroje ich były niesamowicie poniszczone, to jednak na kolorach nie straciły. Tak że, jakby nie patrzeć na tę kolumnę, trzeba by było przyznać, iż prezentuje się imponująco. I swym ogromem, i swym wyglądem. Szczególnie wyglądem. Gdyż na tle wszechobecnej zieleni, w prześwitujących pomiędzy koronami drzew promykach słonecznych, połyskiwała i srebrem i złotem, gdzieniegdzie przetkanym żywymi kolorami tęczy. Z lotu ptaka sprawiała wrażenie być arrasem królewskim — ze wszech miar artystycznie wykonanym.
Na czele kolumny jechał Papkoj, Sławoj i Roland. Zaraz za nimi, w drugim rzędzie, jechał Napolcio, Księżniczka India, Zefcia i Chiorunek. Napolcio nie jechał na Pegazusie. Jechał na klaczy Zefci. Na Pegazusie jechały oczywiście Księżniczka India i Zefcia. Dziewczyny jechały pośrodku, a Napolcio i Chiorunek po bokach. Za nimi jechały trzy powozy z niewiastami. A za niewiastami, już całe rzędy rycerzy i dworzan na koniach. Ci dworzanie, którzy nie byli wprawieni do jazdy konnej, jechali razem z rycerzami. Zaś na koniach z zaprzęgów zniszczonych karet, na oklep, jechali wszyscy nowi obywatele Barbedetlandii oraz pozostali dworzanie i stangreci.
Kolumna poruszała się miarowym tempem. Nie za szybko, ale i też nie za wolno. Właściwie to stangreci powożący powozami wyznaczali tempo jazdy. Wszak to od ich umiejętności powożenia zależało bezpieczeństwo jazdy wszystkich niewiast siedzących w powozach. Stangreci musieli dopasowywać szybkość jazdy do warunków panujących na drodze i uważać, aby powozy nie rozleciały się na nierównościach dróg.
Druhowie Napolcia i Roland, jadąc na czele kolumny, co rusz oglądali się za siebie, albo czasami nawet jeden z nich zwalniał i zrównywał się z powozami, aby sprawdzić czy wszystko z nimi jest w porządku. Patrzyli zwłaszcza na miny stangretów, aby z nich odgadnąć prawdę o stanie pojazdów. Na szczęście ich ciągle uśmiechnięte twarze mówiły im, że nie muszą się martwić. Że wszystko jest jak trzeba.
Niewiasty jechały zadowolone, roześmiane, rozgadane, a czasem nawet rozśpiewane. A trzeba przyznać, że jak już śpiewały, to śpiewały pięknie. Na głosy. Wszystkie śpiewane przez nie piosenki były o miłości. O pięknej, romantycznej, tkliwej miłości.
Napolciowi serce rosło, słysząc śpiew niewiast. Co chwilę zerkał wtedy kątem oka na Księżniczkę Indię i aż promieniał ze szczęścia, bo czuł, że wszystkie słowa tych piosenek mówią właśnie o ich wielkiej miłości.
Księżniczka India również się wsłuchiwała w słowa piosenek śpiewanych przez jej damy i czuła to samo co Napolcio. Jej serce biło coraz mocniej w takt upojnej muzyki.
Zefcia, siedząc na grzbiecie Pegazusa wraz z Indią, cały czas gadała jak najęta. Musiała przecież Indii opowiedzieć tyle rzeczy. Ale kiedy niewiasty zaczynały śpiewać, milkła. Chciała również ich śpiew słyszeć. Rozmarzona, wsłuchiwała się z zapartym tchem w słowa piosenek, czując, jak przyjemne ciepełko ogarnia jej serce. Zefcia była bardzo romantyczną i bardzo uczuciową dziewczyną.
Chiorunek, który jechał w tym samym rzędzie co Napolcio, India i Zefcia, cały czas miał szczęśliwą miną. I to tak bardzo, że Napolciowi aż śmiać się chciało, kiedy zerkał na niego. Nic w tym dziwnego, że Chiorunek był taki szczęśliwy, przecież tyle w tych dwóch dniach dokonał. A co ważniejsze, tyle razy w tych dniach był chwalony. Przez wszystkich, zwłaszcza przez Napolcia. I co jeszcze ważniejsze dla niego było — przez samego Papkoja. Przez tego wstrętnego Papkoja, który mu przedostatniej nocy tak bardzo zalazł za skórę. Chiorunek miał powód do tryumfu, bo nie dość, że utarł nosa temu staremu wydze, to jeszcze tyle razy był przez niego głośno i wobec wszystkich chwalony. Nawet teraz odbierał od Papkoja nieme pochwały, bo kiedy ten oglądał się za siebie, aby sprawdzić stan pojazdów, za każdym razem chociaż przez moment patrzył na niego i podniesionym kciukiem dawał wyraz swojemu uznaniu.
Było już pod wieczór, kiedy Król Napoleon wraz ze swoją niezwykłą kolumną zbliżał się do kresu Puszczy Badeńskiej.
Wszyscy w kolumnie nadal tryskali radością i nadal mieli wyśmienite humory. Podróż przebiegała miło i wesoło. Po drodze kolumna parę razy się zatrzymywała, aby każdy, zwłaszcza niewiasty, mogły nieco rozprostować kości i podjeść sobie dorodnych i zdrowych jagód.
Kiedy druhowie Napolcia i Roland, jadący ciągle na czele kolumny wynurzyli się z puszczy, Papkoj aż gwizdnął głośno i przeciągle ze zdumienia. Jak echo odpowiedzieli mu Sławoj i Roland, gwiżdżąc za nim równie głośno i równie przeciągle. Cóż tak zdumiało tych starych rycerzy? Ano zdumiał ich niesamowity widok, jaki ukazał im się nagle przed oczami. Otóż okazało się, że cała droga od ściany ostatnich drzew Puszczy Badeńskiej usłana była kwiatami, a po obu stronach drogi z kwiatami w rękach stał lud barbedetlandski.
Napolcia zaskoczyły nagłe gwizdy trójki rycerzy. Podpędził klacz Zefci, by sprawdzić co jest tego powodem. Gdy już ten powód zobaczył, zdumiał się tak jak i oni. Wprawdzie nie zaczął gwizdać, ale na moment stracił głowę i nie wiedział jak się ma zachować. Z pomocą przyszedł mu Chiorunek. Gdy zobaczył co widzą druhowie Napolcia i on sam, natychmiast zbliżył się na koniu do Zefci i Księżniczki Indii jadących na grzbiecie Pegazusa i zawołał do siostry:
Zefcia, właź na mojego konia, przecież Para Młodych musi jechać razem wzdłuż tej tak pięknie na ich cześć ustrojonej drogi.
Ojej, jak wspaniale udekorowana droga, i to z pewnością aż do samego pałacu królewskiego! I cała Barbedetlandia tu stoi! — wołała Zefcia w uniesieniu. — Masz rację, braciszku. Już przechodzę do ciebie. Młoda Para musi jechać razem.
Ejże, wy tam z przodu! — krzyknął Chiorunek do pierwszego rzędu kolumny: — Papkoj, Sławoj, Roland, słyszycie mnie? Zjeżdżajcie do tyłu i róbcie miejsce dla Młodej Pary!
Na czole kolumny zrobiło się zamieszanie. Ale kiedy do wszystkich się tam znajdujących słowa Chiorunka wreszcie dotarły, Napolcio wraz z Księżniczką Indią wnet znaleźli się na samym przedzie. Napolcio na klaczy Zefci, a Księżniczka India na Pegazusie, ale już w pojedynkę. I tak razem, koń przy koniu, ruszyli kwiecistą drogą prowadzącą do pałacu królewskiego.
Wśród ludu barbedetlandskiego zawrzało. Na widok wynurzającego się z Puszczy Badeńskiej ich Króla Napoleona i jego przyszłej żony wszyscy naraz i każdy z osobna zaczęli głośno wiwatować na ich cześć. Aż echo niosło ich wiwaty po całej okolicy. A niosło daleko, po sam Lasek Barbedeński, gdzie w niezwykłej tonacji odbijało się od jego ściany drzew i wracało ponownie. Po drodze zasilało się nowymi wiwatami i nabierało jeszcze większej mocy. I z tą zwiększoną mocą odbijało się z kolei od ściany gęstych drzew Puszczy Badeńskiej. I znów powracało, roznosząc się po łąkach i polach, ale z o wiele większym natężeniem i dolatywało przepięknym akordem aż po same mury pałacu królewskiego.
Król Napoleon i Księżniczka India jechali powoli wśród kwiatów oraz wiwatującego ludu i promienieli ze szczęścia. Lud barbedetlandski rzucał im pod nogi kwiaty i co chwilę skandował: — „Niech żyje Król Napoleon Barbedet! Niech żyje Księżniczka India! Niech żyje Młoda Para!” — Napolcio pozdrawiał wszystkich skinieniem głowy i gestem wysoko uniesionej ręki. Wreszcie się wzruszył. Z łezką w oku nachylił się do Księżniczki Indii, ujął jej dłoń i z czułością ścisnął. Księżniczka India odpowiedziała mu leciutkim uściskiem. I potem już razem, wolnymi rękami, pozdrawiali lud barbedetlandski. Uśmiechnięci, szczęśliwi, z miłością w oczach.
Kiedy Napolcio jechał tak ze swoją ukochaną wśród wiwatującego i skandującego ludu, rozpoznał w tłumie twarze chłopów ze wsi Barbedów i Barbadejowo. Ucieszyło go to bardzo. Uśmiechał się do nich porozumiewawczo i dwoma palcami, złożonymi w rzymską piątkę, pokazywał im znak victorii.
Chiorunek wraz z Zefcią jechał na swym koniu zaraz za Napolciem i Księżniczką Indią. Podziwiał cały czas serdeczne przywitanie ludu barbedetlandskiego i z przyjemnością chłonął wszystkie ich okrzyki. Wreszcie nie wytrzymał, podpędził konia, i wyprzedzając Młodą Parę, wzniósł swój własny okrzyk:
Na pohybel złym mocom niebios!... Na pohybel szubrawcom cruxlandskim!... Miłość zawsze zwycięża!... Niech żyje Król Napoleon!... Niech żyje Księżniczka India!... Niech żyje Prawdziwa Miłość!
Po Chiorunka okrzykach jeszcze głośniejsze wiwaty słychać było dookoła. Wiwatował już nie tylko lud barbedetlandski, wiwatowała też i cała kolumna jeźdźców. A najczęściej powtarzanym okrzykiem, był okrzyk Chiorunka: — „Niech żyje Prawdziwa Miłość".
Napolcio i Księżniczka India patrzyli na siebie z miłością w oczach i coraz mocniej ściskali się za ręce. Ich miłość było widać i czuć. Feromony ich miłości unosiły się w powietrzu. Nawet Pegazus wyłapał je chrapami, i nachylając się do klaczy Zefci, z lubością otarł się łbem o jej łeb. Dalej konie szły już wolniutkim stępem, równiutko, łeb w łeb, i bardzo blisko siebie.
Zefcia, siedząc przed Chiorunkiem na jego koniu, śmiała się w głos ze swojego szalonego braciszka. Bardzo jej się spodobało to co zrobił. Jego okrzyki także. Wreszcie spoważniała, i patrząc z podziwem na Młodą Parę, odezwała się do niego:
Chiorunek, a powiedz mi, czy nas też czeka w przyszłości taka romantyczna miłość?
No jasne! — stwierdził krótko Chiorunek. — Ale pamiętaj, Zefcia, jak będziesz musiała o swoją miłość walczyć, to zawsze możesz na mnie liczyć.
Wiem — zaśmiała się ucieszona Zefcia. — Ty na mnie też możesz zawsze liczyć. Już ja się odpowiednio zajmę twoją wybranką serca.
Napolcio i Księżniczka India coraz bardziej zbliżali się do pałacu królewskiego. Frontową część pałacu było widać już jak na dłoni. Napolcio wyraźnie widział na jego murach wiwatujących i machających chusteczkami dworzan. Widział też trzy chusteczki powiewające na wieży. Zdumiał się na chwilę. Bo któż tam na wieży oprócz starego Błażeja mógł być? Po chwili rozpoznał kto to. Otóż na wieży, oprócz starego Błażeja, chusteczką machała Królowa Matka, a także Król Virginus. Napolcio zdumiał się jeszcze bardziej i poprosił Księżniczkę Indię, aby spojrzała na wieżę. Księżniczka India była zachwycona tym widokiem. A zwłaszcza dobrą kondycją swojego ojca. Bo skoro wyszedł na tak wysoką wieżę, to by świadczyło niezbicie, iż pomimo ciężkich przeżyć z tornadem musi być z nim wszystko dobrze.
Rycerze Króla Virginusa i jego dworzanie, zbliżając się kolumną do pałacu, również rozpoznali swojego Króla na wieży. Właściwie pierwszy rozpoznał go Roland, po połyskującej w ostatnich promieniach słonecznych koronie. Huknął wtedy gromkim basem: — „Patrzcie kochani, nasz Król Virginus jest na wieży!” — Wielka radość zapanowała wówczas wśród Virginlandczyków i przeszła falą przez całą kolumnę. Rycerze i dworzanie wznosili okrzyki na cześć swojego Króla i machali w kierunku wieży czym się tylko dało. Mieczy ani szabli nie mieli. Nawet wszystkie damy głośno i radośnie pozdrawiały swojego Króla. Najgłośniej krzyczał jednak pierwszy rycerz Króla Virginusa, Roland. Na widok swojego ukochanego Króla czuł się ze wszech miar szczęśliwy. Nie mógł się opanować i krzyczał jak najęty. W końcu zachrypł z kretesem i piał już tylko niczym stary kur o świcie.
Chiorunka i Zefcię również ucieszył widok Królowej Matki i Króla Virginusa na wieży. Chiorunek puścił cugle i machał do nich dwoma rękoma naraz. Wreszcie zrównał się z Napolciem i Księżniczką Indią, i chichocząc pociesznie, zawołał:
Podoba mi się Król Virginus. Patrzcie, jak się wychyla z wieży i jak zawzięcie macha chusteczką. Tak mnie dzisiaj energia rozpiera, że chyba wdrapię się tam do niego na wieżę i go osobiście na rękach zniosę na dziedziniec.
No, zrób tak… — zaśmiał się serdecznie Napolcio. — Ostatnio masz dobre pomysły. Z powodzeniem pomagasz królom. I skoro pomogłeś już dwóm królom, możesz pomóc i trzeciemu.
A żebyś wiedział, że tak zrobię… Zaraz, a w czym to ja pomogłem? — zdziwił się nagle Chiorunek.
No jak to? Króla Cruxlona ściągnąłeś na ziemię dosłownie i w przenośni i tym samym, dałeś mu do zrozumienia, a właściwie pomogłeś mu zrozumieć, że chciwość i pycha to wady nielicujące z godnością króla. A Królowi Napoleonowi pomogłeś uwierzyć w istnienie prawdziwej miłości braterskiej. Tak, Chiorunek, pomogłeś mi uwierzyć w twoje gorące serce i twoje dobre intencje. Pomogłeś mi popatrzeć na mojego brata, Księcia Melchiora, zupełnie innym okiem. I teraz wiem, że on już nie jest smarkatym młokosem, któremu w głowie tylko psoty i zwykła brawura. Jestem dumny, że mam takiego brata. I wiesz co postanowiłem? Otóż postanowiłem pasować cię na rycerza, i to na naszej uroczystości weselnej. Zasłużyłeś sobie mój brachu na stan rycerski.
A niech mnie dunder popieści! — wrzasnął Chiorunek, przejęty do głębi tą cudowną nowiną. — Napolcio, mówisz poważnie? Nie żartujesz?
Najzupełniej poważnie — odpowiedział Napolcio, rozbawiony reakcją braciszka. — Mało tego, każę zaraz Papkojowi do tej uroczystości wszystko przygotować.
Och, ojcze Jeremiaszu, czy ty to słyszysz? — Chiorunek nie posiadał się z zachwytu. — Zefcia, słyszałaś? Od dziś będę rycerzem! Królowo Matko, ale będziesz ze mnie dumna.
Chiorunek wprost oszalał ze szczęścia. Poderwał swego konia i wraz z Zefcią ruszył galopem, odstawiając Młodą Parę. Popędzał konia coraz bardziej. W uszach świszczał mu wiatr i...

Link do wszystkich części baśni  > "Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona" 


* Publikuję tutaj tę baśń — w 11 częściach — bez zakończenia, ponieważ baśń ta została już wydana. 

poniedziałek, 4 lutego 2019

Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona (X/XI)



W międzyczasie rycerze i dworzanie zdążyli dotrzeć do Jeziora Bardeńskiego i napełnić już pierwsze bukłaki wodą. Zaczęli je podawać jeden drugiemu i bukłaki wędrowały wyżej, coraz wyżej, aż wreszcie dotarły na sam szczyt Barddejów. Ten swoisty transport wody z jeziora na górę, przebiegał sprawnie i szybko. Nikt się nie obijał. Każdy z pełnym poświęceniem oddawał się sprawie napojenia koni, gdyż ich uratowanie każdemu leżało na sercu.
Rycerze i dworzanie ustawieni szpalerem od jeziora do szczytu Barddejów tryskali energią i wyśmienitym humorem, bo też wreszcie mogli robić coś konkretnego. I to nie tylko dla dobra koni, bo przecież też dla dobra sprawy i ogółu. A nade wszystko, dla dobra swojej ukochanej Księżniczki Indii i Króla Napoleona. No i wreszcie dla swojego też dobra, bo czynność ta oznaczała ich rychłe zejście z góry i przyjemny odpoczynek u podnóża Barddejów, przy orzeźwiającym źródle tam wytryskującym. Ochoczo więc podawali sobie bukłaki z wodą przy wtórze gromkiego i wesołego okrzyku na ustach: — „I raz… i dwa… i raz… i dwa…! Zimna woda koniom zdrowia doda! I raz… i dwa… i raz i dwa…!”.
Napolcio, słysząc te okrzyki coraz bliżej, zorientował się, że oto nadchodzi ratunek dla odwodnionych koni. Natychmiast ruszył więc do zejścia na zbocze góry i odebrał pierwszy bukłak z wodą. Po czym pobiegł z nim do koni, gdzie już wcześniej poustawiał koryta wraz ze swoimi nowymi obywatelami, jakie udało im się sklecić z nieco pogruchotanych kufrów podróżnych. Za nim, z następnymi bukłakami ruszył Chiorunek i siódemka nowych obywateli Barbedetlandii. Och, nie, ósemka, bo były herszt bandy też już do nich należał. Koryta napełniały się wodą a puste bukłaki wędrowały z powrotem na zbocze do szpalerem ustawionych tam rycerzy i dworzan. I tak dziesięć razy obrócili bukłakami, a konie piły i piły bez końca. Takie były spragnione.
Kiedy w dziesiątym obiegu bukłaki z wodą docierały na szczyt góry, Napolcio osobiście stwierdził, że konie dostatecznie są już napojone i rozkazał, aby rycerze i dworzanie rozwiązali obydwa szpalery i wszyscy weszli z powrotem na szczyt. Akurat ostatnie bukłaki podawano na górę i rycerze wraz z dworzanami z dolnych partii Barddejów wspinali się już na szczyt, gdy nagle Napolciowi wydało się, że gdzieś w oddali słyszy głos Zefci. Zdumiał się bardzo. Bo jakim cudem jej głos miałby nagle usłyszeć? Zaglądnął natychmiast na zbocze i oniemiał. Zobaczył jak jego siostra pokonuje ostatnie podejście na szczyt, a za nią podąża Papkoj i Sławoj. Zefcia, gestykulując zawzięcie rękami, głośno o czymś rozprawiała, a jego dwaj druhowie ograniczali się tylko do dwóch słów wypowiadanych dwukrotnie i na przemian. Albo: „tak, tak” albo: „nie, nie”. Napolcio nie wiedział, czy ma się temu widokowi dziwić, czy ma się nim martwić. Nie mógł długo trwać w niepewności, dlatego wychylił się jeszcze bardziej i zawołał:
Hej, Zefcia, a co ty tu robisz? Po co wspinasz się na szczyt, skoro miałaś czekać na dole?
Ha! Mam cię wreszcie… Napolciu, jak mogłeś?! Jak mogłeś mnie na tak długo tam na dole zostawić, gdy na górze tyle rzeczy się dzieje? — krzyczała zasapanym głosem Zefcia. — Sterczę tam na dole jak kołek u płotu i zachodzę w głowę jak mam wam pomóc… A tu żadnej wiadomości od ciebie. India na pewno mnie potrzebuje… a ty, nic… zapomniałeś o mnie z kretesem! Wyleciało ci z głowy, że miałam jej ulżyć? Och, Napolciu, Napolciu, jak mogłeś?!... Co tu się w ogóle dzieje?!
Już dobrze, już dobrze! Uspokój się Zefciu! Wszystko ci później wytłumaczę, bo tyle rzeczy się działo, że nie w sposób je ogarnąć i na już ci o nich opowiedzieć. Wybacz, myślałem, że kiedy sprowadzę Indię na dół, wtedy będziesz mogła z nią porozmawiać i wywiedzieć się czego jej potrzeba. Nie chciałem jeszcze i ciebie trudzić, byś się wspinała na górę…
A cóż to dla mnie za trud? India jest najważniejsza…
No widzisz, Napolciu, kogo ci przyprowadziliśmy? — wtrącił się zasapany Papkoj.
Akurat, wy żeście mnie przyprowadzili… Sama weszłam. Gdybym miała na was liczyć i was słuchać, to dalej bym tam na dole korzenie zapuszczała i zamartwiała się losem moich najbliższych. Mówię ci, Napolciu, utrapienie boskie z tymi twoimi druhami. Nie chcieli mnie puścić na górę… — grzmiała Zefcia. — A ty, Napolciu, wyrzuć w końcu tę płonącą pochodnię, bo wyglądasz z nią w biały dzień jak… jak… — i nie dokończyła, gdyż nagle usłyszała głos Księżniczki Indii.
Zefciu moja kochana, i ty też tu jesteś?! — wołała wesoło India. — Och, jaka ja jestem szczęśliwa. Wszyscy przybyliście tutaj, aby mnie ratować! Chodź tu do mnie, moja kochana, niech cię uścisnę.
India już wcześniej usłyszała głośne rozmowy na zboczu. Szybko wdrapała się na olbrzymi kamień, aby sprawdzić co tam się dzieje. Na widok Zefci ucieszyła się bardzo.
Ojej, India! India! Moja kochana India! Jesteś... jesteś… Moja ty nieszczęsna, ileż ty się musiałaś nacierpieć?! Powiedz mi kochana, nic ci się nie stało? — krzyczała uszczęśliwiona Zefcia, wskakując zwinnie na ogromny kamień, na którym stała jej przyszła szwagierka i rzucając się z impetem w jej ramiona. — Tak się cieszę, że wreszcie jesteś. Bardzo martwiłam się o ciebie. A i o Napolcia, bo on tak cierpiał okrutnie. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło... Mam taką nadzieję. A powiedz mi, może coś potrzebujesz? Może mogę ci w czymś pomóc?
Już dobrze, już dobrze! Uspokój się Zefciu! Nic mi nie jest — zaśmiała się Księżniczka India. — Opowiem ci o wszystkim później, bo tyle rzeczy się działo, że nie w sposób je ogarnąć nawet w myślach, a co dopiero na już o nich opowiedzieć. Ale kochana jesteś, że pytasz. Jak zwykle jesteś bardzo troskliwa. — India wzruszyła się i pocałowała Zefcię prosto w usta, a po chwili pociągnęła ją za rękę i dodała: — Chodź ze mną, porozmawiamy sobie spokojnie.
Dziewczyny, szczęśliwe i roześmiane, zniknęły wśród z nagła zgromadzonymi przy kamieniu niewiastami. Słychać było tylko ich oddalające się wesołe szczebiotanie i wybuchy śmiechu.
Napolcio, słysząc je, był niezmiernie szczęśliwy. Wdzięczny był swojej siostrze, że sama zadecydowała i wspięła się na szczyt Barddejów. Zupełnie już spokojny o swoją ukochaną i siostrzyczkę, mógł zająć się sprowadzaniem koni. Rozkazał rycerzom, aby każdy z nich zajął się jednym koniem. Kazał im zasłonić koniom oczy, by na zboczu nie wpadały w popłoch i powoli zacząć je sprowadzać w dół.
Rycerze Króla Napoleona oraz rycerze virginislandscy jak i również dworzanie natychmiast przystąpili do wykonania rozkazu. Obwiązali koniom oczy własnymi chusteczkami i wolniutko, noga za nogą, każdy ze swoim koniem podchodzili do zbocza.
Stangreci z orszaku królewskiego, którzy zupełnie załamani siedzieli przez cały czas między końmi, już na sam widok pojonych koni odzyskiwali wiarę w ocalenie. A teraz, kiedy zobaczyli, że konie przygotowywane są do zejścia, poczuli nagły przypływ energii, i to tak duży, że natychmiast poderwali się z ziemi i zabrali się za odczepianie dyszli od koni z zaprzęgów karet. Bardzo chcieli, aby i ich konie zostały uratowane.
Chiorunek, widząc to, doznał olśnienia. Podszedł do stangretów, poszeptał coś tam z nimi i za chwilę, z dyszlami, po dwóch z każdym dyszlem, wchodzili pomiędzy rzędy koni. Konie wraz z rycerzami stały już przy zboczu. Rycerze trochę się denerwowali, ale przemawiali do koni łagodnym głosem i namawiali do zejścia w dół.
Napolciu, myślę że to dobry pomysł, co? Będziemy zabezpieczać sprowadzane konie i w razie czego wyhamowywać ich poślizg, by nie wpadali jeden na drugiego i panika ich nie ogarnęła — zawołał Chiorunek, zadowolony ze swojego pomysłu.
No, Książę Melchiorze, dzisiaj najwyraźniej jest twój dzień! — zaśmiał się Napolcio, zadowolony z konceptu braciszka.
Masz rację, Napolciu. Chiorunek po tym nocnym zwisie głową w dół ma dzisiaj same wariackie… to znaczy… chciałem powiedzieć, ma same nad wyraz dobre pomysły — zarechotał tubalnym głosem Papkoj.
Nie wiem, Papkoj, o co ci chodzi z tym nocnym zwisem, ale widzę przecie, że Książę Melchior choć młodzieniaszek jeszcze, to jednak pomysły ma godne prawdziwego rycerza — wtrącił się Roland i łupnął Papkoja po plecach aż zadudniło, i na wszelki wypadek, sam zaczął się głośno śmiać.
Sprowadzanie koni ze szczytu Barddejów przebiegało w miarę spokojnie i bez większych niespodzianek. Bez większych, bo małe się zdarzały, gdyż niektóre konie parę razy bezwolnie zjeżdżały ze zbocza. Wprawdzie wszystkie konie miały obwiązane kopyta i po skalistym zboczu schodziło im się całkiem bezpiecznie, ale w miejscach gdzie zejście było usypane drobniutkimi kamyczkami nawet ich szykowne buciki nie zabezpieczały je przed zsuwaniem się w dół. Ale wtedy Chiorunek i stangreci służyli im pomocą, i robiąc dyszlami solidną zaporę, zatrzymywali przerażone konie. Ile razy takie przypadki się zdarzały, tyle razy Chiorunek zbierał od wszystkich głośne pochwały i wyrazy uznania za jego wspaniały pomysł i wykonanie. Chiorunek aż promieniał z radości. I z dumy rzecz jasna.
Po godzinie wszystkie konie były już na dole i piły wodę z jeziora. I to też dzięki Chiorunkowi, gdyż Chiorunek znów wpadł na dobry pomysł i wraz ze stangretami długimi kijami odgarnął wszechobecną rzęsę wyswobadzając z niej taflę jeziora na dużej powierzchni.
Napolcio dumny był z Chiorunka. Podziwiał go coraz bardziej. Nie mógł uwierzyć, że ten zazwyczaj trzpiot i rozrabiaka może być też tak dojrzały i rozsądny. Obserwował go z uśmiechem. I im więcej mu się przyglądał, tym bardziej chciał uwierzyć, że tak mu już zostanie.
Zbliżał się wieczór. Przyszedł czas na zorganizowanie u podnóża Barddejów prowizorycznego obozowiska na nocleg. Napolcio rozkazał swoim rycerzom przygotować go najlepiej jak się da. Sam zaś wraz z virginslandskimi rycerzami i dworzanami zamierzał znów, po raz ostatni, wspiąć się na szczyt Barddejów, by sprowadzić wreszcie Księżniczkę Indię i jej wszystkie damy pozostawione na szczycie pod opieką Papkoja, Sławoja i Rolanda. I oczywiście swoją niesforną siostrzyczkę Zefcię, o której to myślał z coraz to większą czułością. Nawet o jej wrodzonej niesforności myślał tym razem czule. Ba, brał ją nawet za dobrą monetę. Na szczycie góry pozostał też Pegazus. Napolcio celowo zostawił go tam, gdyż na jego grzbiecie zamierzał sprowadzić Księżniczkę Indię i Zefcię.
Kiedy Napolcio wraz z virginislandskimi rycerzami i dworzanami dochodził do połowy Barddejów, zauważył, że Chiorunek i stangreci z dyszlami podążają za nimi. Zdziwił się na moment, ale w końcu machnął ręką. Miał tylko nadzieję, że to Chiorunka znów jakiś dobry pomysł każe mu się wspinać na szczyt ponownie. Na szczycie przekonał się, iż było tak istotnie.
Cóż to za dobry pomysł miał znów Chiorunek? Otóż Chiorunek wymyślił znakomity sposób na asekurowanie niewiast w czasie ich schodzenia ze szczytu Barddejów. I właśnie dyszlami chciał utworzyć coś w rodzaju podwójnych barier, aby wszystkie damy, trzymając się ich, mogły bezpiecznie schodzić w dół.
Rycerze i dworzanie, zadowoleni z pomysłu Chiorunka, chwycili za przyniesione przez niego i stangretów dyszle i sami ochoczo utworzyli solidne bariery, zapraszając niewiasty do schodzenia.
Chiorunek nie protestował i chętnie oddał swój pomysł do realizacji uczynnym rycerzom i dworzanom. Sam zaś, zadowolony z siebie, oddalił się wraz ze stangretami w głąb góry, ponieważ znów mu zaświtał w głowie nowy pomysł.
Napolcio rozglądał się za Księżniczką Indią i Zefcią, jednak nigdzie wśród niewiast ich nie widział. Zdumiał się. Wreszcie zaczął wypytywać o nie po kolei wszystkie damy. Żadna dama jednak nie umiała konkretnie odpowiedzieć, gdzie się one obecnie znajdują. Nawet Hrabina Amoroso z zawstydzeniem przyznała, że od jakiegoś już czasu Księżniczek nie widziała. Napolcio wystraszył się nie na żarty. Najgorsze myśli przyszły mu do głowy. Na szczęście długo nie musiał trwać w przerażeniu, gdyż po chwili usłyszał śmiech obu swych ukochanych dziewczyn. Tyle że jakoś dziwnie brzmiący. Przytłumiony. Tak jakby wydobywający się spod ziemi. Wnet pojął wszystko i pobiegł prosto do byłej kryjówki Księżniczki Indii. Stanął nad nią i buchnął serdecznym śmiechem, bo to, co w niej na dnie zobaczył, bardzo go rozbawiło, a i ucieszyło jednocześnie. Otóż zobaczył, jak Księżniczka India stoi w szerokim rozkroku na resztkach ławeczki z królewskiej karety, a Zefcia coś na niej szyje dużą igłą i grubą nicią. Widok ten wydał się Napolciowi tym bardziej komiczny, gdyż obie dziewczyny przy tej niby zwykłej czynności chichotały jak najęte.
O rany… Napolcio, ale mnie wystraszyłeś! — krzyknęła Zefcia, gdy nagle na tle błękitnego nieba zobaczyła głowę brata. — Uciekaj stąd! Nie widzisz, że zajęte jesteśmy?!
No widzę, widzę, choć nie bardzo rozumiem czym… — zawołał Napolcio i w końcu się zawstydził, bo przyszło mu na myśl, że może to, co one robią, nie powinien był widzieć. Natychmiast wycofał się znad kryjówki na pewną odległość i stamtąd mówił dalej: — Szukałem was wszędzie i już zaczynałem się martwić o was, bo żadna dama nie wiedziała gdzieżeście się podziały… Cieszę się bardzo, że was znalazłem w dobrych humorach… A chciałem tylko powiedzieć, że już czas na zejście ze szczytu…
Domyślam się, Napolciu, dlatego na szybko pocięłam nożem Indii suknię i przeszywam ją teraz na szarawary — poinformowała brata Zefcia, chichocząc od nowa. — A ty idź sobie stąd. Zaraz będziemy gotowe i wyjdziemy na górę.
Napolcio odszedł od kryjówki bardzo zadowolony, a odchodząc, szeptał sam do siebie: — „Kochana Zefcia, pomyślała o wszystkim, nawet o szarawarach, by Indii wygodniej się jechało na koniu… A Chiorunek, ten to dopiero zaskakuje mnie swoimi pomysłami. Jakże wspaniałe mam rodzeństwo. Trzeba było dopiero tego potwornego tornada, abym się o tym mógł przekonać".
Zanim Zefcia z księżniczką Indią wyszły z kryjówki, wszystkie damy były już w połowie drogi ze szczytu Barddejów. Ubezpieczane stabilnymi barierami trzymanymi przez mężczyzn schodziły spokojnie, noga za nogą, czasami tylko chichocząc albo popiskując, dla dodania sobie jeszcze większej pewności i odwagi.
Kiedy Napolcio zauważył, że dwie jego ukochane dziewczyny idą w jego kierunku, natychmiast złapał Pegazusa za uzdę, i ciągnąc go za sobą, wyszedł im naprzeciw.
Dobrze, że już jesteście! — zawołał, zbliżając się do dziewczyn. — Niedługo będzie zmierzchać. Musimy już schodzić. Na dole, u podnóża Barddejów, rycerze rozbijają obóz. Przenocujemy tam w grocie przy orzeźwiającym źródle, a z samego rana ruszymy w drogę powrotną do pałacu… Chodźcie, moje drogie, pomogę wam wsiąść na Pegazusa. Na jego grzbiecie sprowadzę was w dół.
No coś ty, Napolciu, przecież mamy nogi i same zejdziemy ze szczytu… — wołała Zefcia, trzymając za rękę Księżniczkę. — No nie, India?
Tak, tak, zejdziemy same… Patrz, Królu Napoleonie, jakie szykowne szarawary uszyła mi Zefcia. Całkiem więc wygodnie będzie mi się schodziło — zaśmiała się onieśmielona nieco Księżniczka India. — A ty, Królu, sprowadź lepiej Pegazusa samego. Myślę, że jemu samemu wystarczająco ciężko będzie się szło w dół.
Ale… — zaczął Napolcio.
Żadne ale, Napolciu — zniecierpliwiła się Zefcia. — Nie obawiaj się, damy radę. Zobaczysz.
Ach, te dziewoje… Człek nigdy nie wie, jak im dogodzić. Chcesz dobrze, a wychodzi na to, że one zawsze wszystko lepiej wiedzą i… i tak zrobią po swojemu — zachichotał Papkoj Napolciowi za plecami, przysłuchując się jego rozmowie z księżniczkami. — Ale na wszelki wypadek idź z nimi i zabezpieczaj je. Ja ze Sławojem sprowadzę Pegazusa.
Dobrze, już dobrze! — powiedział Napolcio do wszystkich jednocześnie. — Schodzimy… Zaraz, a gdzie jest Roland?
Jestem, jestem, Jaśnie Wielmożny Królu! — zawołał Roland, dobiegając wraz ze Sławojem od strony cruxlandskiego zbocza. — Sprawdzaliśmy tylko, czy wszystko jest tam jak trzeba… Na rozkaz, Królu Napoleonie! Co mam czynić?
Rozglądnijcie się obaj po całym szczycie i sprawdźcie, które jeszcze rzeczy nadają się do zniesienia. Z dołu przyślę wam tu paru ludzi, aby się znoszeniem zajęli… No, to bywajcie!
Napolcio zastanawiał się jeszcze, co ponadto mógłby zrobić, aby zminimalizować skutki rozegranej tu tragedii. I kiedy doszedł do wniosku, że zrobił już właściwie wszystko, co było do zrobienia, zaczął się rozglądać po szczycie, po nie wiadomo który już raz. I nagle, ku jego ogromnemu zaskoczeniu, zobaczył Chiorunka, który wraz ze stangretami taszczył jakieś przedmioty.
A to, co znowu? — zawołał do nadchodzącego brata. — Jaki tym razem pomysł ci przyświeca…? Cóż widzę? Koła z karet, deski, deseczki, belki, beleczki… Co chcesz z tym zrobić? Przecież to już się do niczego nie nada.
Nada, nada… — zaśmiał się Chiorunek. — Sklecimy z tych pogruchotańców powozy dla naszych dam. Chyba nie chcesz, aby na piechotę zasuwały przez Puszczę Badeńską?
No popatrz, o tym nie pomyślałem… — wydukał Napolcio i zaniemówił nagle, wytrzeszczając tylko oczy ze zdziwienia. Po chwili jednak doszedł do siebie i zawołał: — Nie, to jest niesamowite, po prostu nie przyszło mi to do głowy… Chiorunek, jesteś niezastąpiony.
Wiem! — odpowiedział Chiorunek z łobuzerskim uśmieszkiem.
Co za gołowąs! — zawołał Papkoj i Sławoj jednocześnie.
Książę Melchior jest wspaniały! — dorzucił jeszcze Roland.
Napolcio nie mógł wyjść z podziwu dla swojego braciszka. — „Niby taki postrzelony młokos, a tyle rozumu ma w głowie” — analizował w myślach. — „Nie znałem go od tej strony, oj, nie… Kochany Chiorunek.” — pomyślał jeszcze z roztkliwieniem i szybko się odwrócił, aby objąć ramieniem swoje ukochane dziewczyny i zacząć je wreszcie sprowadzać ze szczytu. Jakie było jego zaskoczenie, kiedy dziewczyn koło siebie nie ujrzał. Pobiegł natychmiast na zbocze i zobaczył jak obydwie, trzymając się za ręce, zbiegają w dół a uszu jego dobiegł radosny ich śmiech. Z góry wyglądały jak dwie małe niesforne dziewczynki, które uciekają przed kimś, kogo udało im się przechytrzyć. Napolcio na ten widok zaśmiał się w głos i puścił się za nimi biegiem. I to tak szybkim, że aż płomień pochodni głośno i wesoło furkotał na wietrze.
Zapadał zmierzch. U podnóża Barddejów robiło się coraz ciemniej i ciemniej. Ale największe nawet ciemności nie byłyby nikomu straszne, kto się tam w tej chwili znajdował. Rycerze sprawili się znakomicie i obóz wyszykowali jak się patrzy. Z myślą o niewiastach. Na trawiastym brzegu jeziora wymościli dla nich wygodne legowiska. Z czego się tylko dało. Byleby im było miękko i wygodnie. A w pobliżu legowisk, rozpalili kilka ogromnych ognisk. Jednak wszystkie niewiasty zażyczyły sobie najpierw kąpieli w źródle, które z miłym dla ucha poszumem wytryskiwało w grocie pod Barddejami. Ale tam, to już dworzanie, ich mężowie, ojcowie albo bracia zajęli się posługą. Po kąpieli w zimnym źródle niewiasty poczuły się tak orzeźwione, że nie czuły już żadnego zmęczenia. I choć ostatniej nocy prawie nic nie spały, wcale im się nie chciało jeszcze spać. Zajęły wprawdzie swoje legowiska, ale długo jeszcze nie spały. Jedne rozmawiały półgłosem. Inne podśpiewywały z cicha. A jeszcze inne, zwłaszcza te starsze, mamrotały jakieś modlitwy.
Księżniczka India i Zefcia nie miały w ogóle ochoty na sen. Przecież miały sobie jeszcze tyle do opowiedzenia. Na kąpiel miały ochotę, i owszem, ogromną, ale czekały wytrwale aż wszystkie damy się wykąpią. A kiedy tak się już stało, z piskiem wskoczyły do źródełka tak jak stały. Ochlapując się zimną wodą nawzajem, piszczały jeszcze głośniej. Całe obozowisko odpowiadało im gromkim śmiechem.
Napolciowi aż serce rosło na te odgłosy. Sam też śmiał się serdecznie i co rusz spoglądał to na rozbawione obozowisko, to w stronę groty.
Chiorunek tymczasem w ogóle nie zwracał uwagi na to, co dzieje się dookoła, gdyż był bardzo zajęty. Przy blasku ognisk uwijał się jak w ukropie i wraz ze stangretami oraz nowymi obywatelami Barbedetlandii, wprowadzał swój pomysł w czyn. Czyli ze szczątków karet, jakie tylko udało im się wspólnie znieść ze szczytu Barddejów, majstrowali naprędce coś na podobieństwo powozów. Głośno było wokół nich niesamowicie, gdyż walili młotami ile wlezie. Ba, walili czym się tylko dało. Nawet kamieniami. Brakowało im przecież narzędzi.
Napolcio przyglądał się chwilami pracy Chiorunka i jego brygady i z niedowierzaniem kręcił głową. Jakoś nie mógł uwierzyć, że z tych wszystkich rupieci może powstać coś do powozu podobnego.
W obozowisku u podnóża Barddejów robiło się cicho, coraz ciszej. Wszyscy w większości już posnęli. Napolcio wraz z Papkojem, Sławojem i Rolandem robił obchód dookoła obozowiska, a wracając, podszedł jeszcze raz do miejsca pracy Chiorunka i jego brygady. To, co w blasku ognisk tam zobaczył, sprawiło, iż stanął jak wryty. A gdy doszedł już do siebie, znów zaczął kręcić głową. Tym razem z podziwu. Otóż okazało się, że w miejscu tym stoją gotowe trzy powozy. Wprawdzie wszystkie trzy podobne były bardziej do wozów drabiniastych, ale zawsze to jakieś tam powozy. Najważniejsze, że miały koła. Ba, każdy z nich miał nawet po cztery koła. Mało tego, między kołami też i podłogę. A na podłodze, ho, ho… pyszniły się ustawione w rzędzie ławeczki. Były one różnego kształtu i różnej wielkości. Ale były. Były też dyszle i siedzenia dla stangretów. W każdym razie, jakby nie patrzeć, widok tych trzech powozów w rezultacie robił imponujące wrażenie.
Druhów Napolcia i Rolanda widok ten również wprawił w osłupienie. Wprawdzie w chwilowe, ale za to całkowite. Stali tak we trójkę z rozdziawionymi ustami, i obejmując wzrokiem dzieło Chiorunka i ludzi mu oddanych, nie mogli z siebie wydobyć słowa. Wreszcie Papkoj pierwszy odzyskał rezon i wysapał:
Do stu kaduków… i siedmiu krasnoludków! Co ja widzę? Cud. Toż to wypisz, wymaluj trzy trolejbusy wycieczkowe.
Ho, ho, aż trolejbusy… powiadasz Papkoj? — ucieszył się Chiorunek, ale zaraz się zamyślił. Po chwili spytał: — A co to są trolejbusy?
Sam nie wiem — odparł Papkoj z głupią miną.
No to co gadasz, jak nie wiesz? — Chiorunek zrobił zawiedzioną minę.
A bo akurat takie skojarzenie przyszło mi do głowy — rzekł Papkoj, drapiąc się po swej szczeciniastej brodzie.
Jak się ma jakieś skojarzenia, to się wie, skąd się je ma. Nie można jednych swoich wrażeń połączyć z innymi, jak o tych innych nie ma się pojęcia. W takim przypadku nie ma mowy o żadnym skojarzeniu… — zaśmiał się cierpko Chiorunek — Więc gadaj lepiej, Papkoj, skąd ci takie skojarzenie przyszło do głowy.
No patrzcie, moi mili, jak to też jego nocne wiszenie głową w dół na rozum mu wpłynęło. Ani chybi, tyle rozumu nagle nabrał, bo mu z pięt do głowy doszedł — zarechotał Papkoj, obmiatając wzrokiem Napolcia i Sławoja.
Papkoj, ty nie dworuj sobie ze mnie, tylko gadaj, co wiesz o trolejbusach — zażądał Chiorunek.
No przecie mówiłem, że nic nie wiem… — rechotał dalej Papkoj. — No może tylko tyle, że jak byłem przed laty na dalekim świecie, to od pewnego zapoznanego tam kupca usłyszałem, iż w niektórych odległych krajach jeżdżą po miastach ogromne pojazdy do przewożenia ludzi, które nazywają się właśnie trolejbusami.
To teraz i w Barbedetlandii takie landary… och, przepraszam… trolejbusy będą jeździć! — huknął gromkim basem Sławoj, odzyskując nagle głos.
Książę Melchior jest wielki! — skomentował krótko Roland, który również odzyskał już głos.
No, Chiorunek, jestem dumny z ciebie. I z was, dobrzy ludzie — odezwał się wreszcie Napolcio. — Odwaliliście kawał dobrej i solidnej roboty. Byleby te wasze powozy…
Trolejbusy… — Sławoj, dławiąc śmiech, wszedł w słowo Napolciowi.
Jak zwał, tak zwał! — zaśmiał się Napolcio. — Byleby były wytrzymałe w użyciu i żeby nasze niewiasty nie miały lęku do nich wsiąść.
Ręczą moją głową, że są wytrzymałe — zapewnił Chiorunek.
Ty już lepiej nie szafuj tak swoją głową — zaśmiał się tubalnie Papkoj. — Bo szkoda by było tak rozumną, skądinąd, głowę stracić… A ty, Napolciu, nie martw się, my we trójkę sprawdzimy dokładnie wytrzymałość tych pojazdów trolejbusowych. Tak że nasze niewiasty będą mogły bez lęku do nich nie tylko wsiąść, ale też w nich jechać.
Ubawiony Papkoj, przystąpił do kontroli pojazdów. Wnet dołączył do niego nie mniej ubawiony Sławoj. Do sprawdzania wytrzymałości pojazdów przystąpił też i Roland, lecz ubawiony to on nie był. Nie rozumiał żartu Papkoja. Roland był (tylko) zachwycony i pełen podziwu dla Chiorunka.
Chiorunek ze swoimi ludźmi stał z boku, i przypatrując się trójce rycerzy, czekał w napięciu na wynik ich kontroli. Po niespełna półgodzinie, ku ogromnej jego satysfakcji i wszystkich jego ludzi, okazało się, że wynik jest pozytywny. Świadczyły o tym trzy rozjechane w uśmiechu twarze oraz trzy kciuki podniesione do góry jednocześnie. Chiorunek tryumfował.
Godziny mijały. Nad obozowiskiem panowała już głęboka noc. Dookoła było spokojnie i cicho. Słychać było tylko basowe chrapanie rycerzy i dworzan oraz melodyjne pochrapywanie niektórych niewiast. Czasami z polany dolatywało też prychanie koni. Chiorunek i jego brygada też już spali, leżąc pokotem na podłodze swych własnoręcznie zrobionych powozów. A Papkoj, Sławoj i Roland, z kilkoma wybranymi rycerzami, na zmianę pełnili wartę wokół obozowiska.
Napolcio czuł coraz większe zmęczenie. Chciał chociaż na godzinkę zmrużyć oczy. Jeszcze raz objął wzrokiem całe obozowisko. Był zadowolony. Wszystko było w należytym porządku. Jedyne, co go martwiło, to brak jedzenia. Wprawdzie widział, że przed udaniem się na spoczynek wszyscy rycerze i barbedetlandscy i virdinislandscy, wyciągali ze swoich chlebaków co tylko tam znaleźli i dzielili się ze wszystkimi, że zwłaszcza niewiastom podsuwali najlepsze kęski, niemniej zdawał sobie sprawę, że to i tak za mało, aby się można było poczuć najedzonym. A rano czeka ich przecież jeszcze wielogodzinna podróż. Napolciowi chodziło przede wszystkim o damy Księżniczki Indii. O nią samą się nie martwił. Był pewien, że już Zefcia należycie o nią zadba. Postanowił, że po drodze będą robić przerwy, aby niewiasty mogły się chociaż jagód najeść. Ta myśl go nieco uspokoiła. Popatrzył w niebo i uśmiechnął się. Po czym już bezzwłocznie skierował swe kroki w stronę groty. Zamierzał przycupnąć tam gdzieś w pobliżu swoich ukochanych dziewcząt i choć na chwilkę zmrużyć oczy. Skoro świt, zamierzał postawić rycerzy na nogi i zająć się wraz z nimi przygotowaniem do drogi. Wchodząc do wnętrza groty, usłyszał przytłumiony chichot. Nie mógł uwierzyć, że dziewczyny jeszcze nie śpią. Udał jednak, że nic nie słyszy. Podszedł do małej wnęki skalnej, zdjął tam z siebie swój pancerz oraz hełm z pochodnią i położył na ziemi. Sam wcisnął się do wnęki i usiadł na kawałku drewienka, które tam leżało. Usnął w momencie i wnet zapadł w bardzo głęboki sen... 

ciąg dalszy nastąpi


Link do wszystkich części baśni  > "Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona" 

środa, 30 stycznia 2019

Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona (IX/XI)



Sławoj i Papkoj stali ciągle przy Chiorunku, i kiedy zobaczyli jak Napolcio wspaniale miota ogniem, oniemieli z wrażenia. Chiorunek najpierw też oniemiał, ale wnet poczuł przeogromny podziw dla brata. Trwał w podziwie dobrą chwilę, i stojąc pomiędzy druhami Napolcia, z rozdziawioną buzią biegał tylko oczami po pobojowisku, jakie urządził jego brat w pojedynkę, i to bez boju.
Sławoj był przyzwyczajony do widoku płonącej pochodni w ręku Napolcia, ale kiedy go zobaczył na szczycie Barddejów z pochodnią na głowie, trochę się zdziwił. Zdążył jednak swe oczy do tego dziwnego obrazka przyzwyczaić. Ale teraz, kiedy zobaczył że ta pochodnia na jego głowie już nie tylko płonie, a bucha potężnym ogniem, i w górę, i na boki, nie mógł nie oniemieć.
Natomiast Papkoj, ten to oniemiał całkowicie, i na dłużej. Nic dziwnego. On musiał oniemieć jeszcze bardziej niż Sławoj, bo przecież nie wiedział, co to za pochodnia i po co Napolcio nosi się z nią w biały dzień.
Roland również doznał podobnego uczucia co Papkoj, tyle że nie na tak długo jak on. Dla Rolanda Król Barbedetlandii był wielkim autorytetem i darzył go ogromnym szacunkiem. Podziwiał go zawsze i wszędzie. Tak że teraz, ta jego ognista akcja przeciwko wrogowi wydała mu się tak niezwykła, ale to tak niezwykła, że aż zupełnie normalna. Nawet wszystko to, co rozegrało się w jej następstwie, wydało mu się w końcu całkowicie normalne.
Napolcio zaś, główny sprawca ognistego zamieszania, sam był niesamowicie zaskoczony ogromnym ogniem wokół siebie. A był zaskoczony dlatego, gdyż całkiem zapomniał, że ma płonącą pochodnię na głowie. Ale nawet gdy sobie przypomniał, widząc ogień dookoła, zaskoczenie i tak nie minęło, przeciwnie, jeszcze większe go ogarnęło. Bo też ognia takiego rozmiaru się nie spodziewał. Od początku czuł, że to jakaś cudowna pochodnia. I z pewnością nie na darmo coś karze mu ją mieć ciągle przy sobie. Ale żeby aż tak cudowna była? Napolcio popatrzył z wdzięcznością ku niebu i szepnął: — „Dzięki ci, ojcze Jeremiaszu”. — Po czym, pełen bezgranicznej wdzięczności, zabrał się za tych co na ziemi. Najpierw zajął się ledwo żywym hersztem bandy, którego nadmiar emocji i strachu pozbawił jakiegokolwiek czucia. Podniósł go z ziemi i parę razy próbował postawić na nogi. Niestety, zabieg ten mu się nie udawał. Ale Napolcio uparty, przytrzymał go mocniej i oparł o zad Pegasusa. Jednak i to okazało się daremne. Herszt bandy, jak po równi pochyłej, na powrót zjechał na ziemię. Napolcio, zrezygnowany, zarzucił nieboraka sobie na plecy i zaniósł go Rolandowi. I tak bezwładnego, jak worek piasku, przerzucił mu przez ramię. Wytrzepał dłonie z kurzu, i z zamiarem załatwienia ostatniej sprawy z Królem Cruxlonem, skierował swe kroki w jego stronę. Czyli w stronę góry wymieszanych ciał niewolników i jej szczytu w postaci Cruxlona.
Daj rękę, Królu Cruxlonie, pomogę ci wstać — odezwał się, pochylając nad leżącym. A gdy nie zauważył żadnej reakcji z jego strony, zwrócił się do leżących niewolników: — Powstańcie, nic wam nie grozi, a już na pewno nie z mojej strony. Przysięgam, jakiem Król Napoleon.
Słowa Napolcia dotarły do Króla Cruxlona, ale Cruxlon czuł się tak okropnie przerażony, a jeszcze bardziej poniżony, leżąc jak niemota poniżej swej królewskiej godności, że musiał najpierw sam ze sobą dojść do ładu. To jednak nie było mu dane, gdyż jego niewolnicy natychmiast zareagowali na słowa Króla Napoleona i zerwali się z ziemi, zrzucając go tym samym ze swych pleców. Król Cruxlon poczuł smak ziemi. A za moment, poczuł jak czyjeś silne ręce podnoszą go z tej niezbyt smacznej ziemi i sadzają w lektyce.
No co, Królu Cruxlonie, doszedłeś już do siebie? — odezwał się znów Napolcio, upewniając się najpierw czy go dobrze posadził i czy lektyka pewnie stoi na ziemi. — Bo jeżeli nie, to mogę jeszcze chwilę poczekać z moją ostatnią sprawą do ciebie, aż dojdziesz.
Gadaj, co to za sprawa, bo już mam dość twojego towarzystwa. Chcę wracać… Gdzie są moi rycerze?! — Król Cruxlon najwyraźniej jeszcze nie całkiem doszedł do siebie. — Pytam, gdzie są moi rycerze, najwaleczniejsi z walecznych? Coś zrobił z moimi rycerzami, ty nikczemny Królu Jeremiaszu?! — wrzeszczał wniebogłosy.
A kuku, to ja, Król Napoleon, syn Króla Jeremiasza! — zawołał Napolcio Cruxlonowi prosto w twarz. — Poznajesz mnie? Ale Król Jeremiasz też tu jest… i to właśnie on ma do ciebie sprawę. Otóż Król Jeremiasz chce ci przypomnieć o waszym Traktacie Pokojowym, a zwłaszcza o tym punkcie traktatu, który mówi o zniesieniu przez ciebie niewolnictwa… Halo, Królu Cruxlonie, dotarły do ciebie moje słowa…? To znaczy… słowa mego ojca, Króla Jeremiasza?
Król Cruxlon nie reagował. Siedział w lektyce i patrzył wybałuszonymi oczami w twarz Napolcia jak w abstrakcyjny obraz... I nic. Żadnego słowa więcej nie potrafił z siebie wydusić. Nie był w stanie. Wszak wszystko za szybko się potoczyło. Cała ta nagła zmiana sytuacji przerosła go. Był górą… i na górze, jest na całkowitym dole, i to ze wszystkim… Miał tylko Króla Napoleona przed oczami… teraz ma dwóch, bo i Król Jeremiasz do niego mówi. I jak tu dojść do siebie? Król Cruxlon nic już nie wiedział, niczego nie rozumiał. Niczego już też nie chciał… Tylko spać.
Halo, Królu Cruxlonie! — Napolcio znów się odezwał. — Król Jeremiasz przekazuje ci swój pierścień z brylantem, abyś zawsze pamiętał o nim i… o zniesieniu niewolnictwa sobie przypomniał…
Tak? Jaki brylant z pierścieniem…? — Król Cruxlon nie całkiem jeszcze oprzytomniał, ale słowa Napolcia gdzieś w oddali usłyszał. I tak jak mu się wcześniej wydawało, że już niczego nie pragnie, tylko spać, tak słowo „brylant”, nie mogło nie zrobić na nim wrażenia. Mowa wróciła mu od razu i zaczął wrzeszczeć: — Dawaj to! Dawaj, mówię! Dawaj mi ten brylant z pierścieniem, i to już!
Pomału, Królu Cruxlonie! — Napolcio śmiał się z chciwości Cruxlona. Czuł, że nic mu już innego nie pozostało. — Zaraz dostaniesz ten brylant z pierścieniem… stop… wróć… pierścień z brylantem, tylko ja muszę być pewien, że ty już całkowicie kontaktujesz i dociera do ciebie, za co miałbyś go dostać. Więc powtórz: kto ci go daje, i za co.
A nie zawracaj mi tu głowy tym twoim „powtórz”, tylko dawaj co moje! — zdenerwował się król Cruxlon i poderwał swoje ociężałe ciało z fotela. — Nakazuję ci natychmiast dać… No właśnie, a co miałeś mi dać?
Napolcio nachylił się nad Królem Cruxlonem jeszcze bardziej i zaglądnął mu w oczy. Och, jak bardzo by chciał, aby ten stary chciwiec doszedł już do siebie. Ukochana czeka, a on zabawia się tutaj bez końca. Postanowił więc działać efektywniej. Podsunął pierścień Cruxlonowi pod sam nos i popatrzył czy reaguje. Zareagował. Oczy wyraźnie zaśmiały mu się do tego świecidełka. — „No, wreszcie!” — krzyknął Napolcio, i zadowolony, jeszcze raz powtórzył mu od kogo ten pierścień i za co i ponowił pytanie. I o dziwo, dostał całkiem sensowną odpowiedź.
Król Cruxlon na tak bliski widok pięknego pierścienia z brylantem oprzytomniał całkowicie. Takiego cacka jeszcze nie widział. Misterna robota, dużo ażuru, zdobień. A ten brylant? Ogromny i połyskujący. Istne cudo! Król Cruxlon natychmiast zapragnął go mieć. Teraz był w stanie na wszystko się zgodzić, byleby tylko ten skarb mieć już w ręce. Zgodził się więc na przestrzeganie Traktatu Pokojowego spisanego przed laty przez niego i jego obecnego darczyńcę, króla Jeremiasza — i pozbyć się niewolników. Tak, powiedział: „pozbyć się”, nie — znieść niewolnictwo. Ale zaraz się poprawił i powiedzieć tak jak stoi w traktacie, czyli: „zobowiązuję się znieść niewolnictwo”, gdyż usłyszał głośny pomruk niewolników i Króla Napoleona. Ale w tym wszystkim, nie ten ich pomruk był dla niego taki straszny. Straszne było to, że wraz z pomrukiem prześliczny pierścień znikł mu nagle spod nosa.
A więc, Królu Cruxlonie, trzymam cię za słowo! — zawołał Napolcio, zadowolony, że sprawy mają się ku końcowi. — Proszę, oto pierścień mojego ojca, Króla Jeremiasza… Ale pamiętaj, jego posiadanie zobowiązuje.
Pamiętam, pamiętam… Co bym miał nie pamiętać — wymamrotał Król Cruxlon i wyrwał pierścień z ręki Napolcia.
Król Cruxlon, doszedłszy już całkowicie do siebie, promieniał ze szczęścia. Wreszcie miał w dłoni to cacko nad cackami. Szybko zapomniał o swoim dotychczasowym niepowodzeniu. A wpatrując się w ten pierwszej wody brylant (jak go zrazu oszacował), chichotał w duchu, że Król Napoleon razem ze swoim ojcem zza światów, Królem Jeremiaszem, może mu co najwyżej na puklerz skoczyć, a nie zmuszać do zniesienia niewolnictwa.
No jak, Królu Cruxlonie? Podoba ci się pierścień? — Napolcio odgadywał myśli tego starego chytrusa. — Myślę, że tak. Twoja fizjonomia mi to mówi. A więc pożegnaj się ładnie ze swoimi niewolnikami, przepraszam, byłymi niewolnikami, bo dużo im zawdzięczasz.
Jak to?! Pomału! A kto mnie zniesie ze szczytu Cruxlejów i zaniesie do pałacu? — zdenerwował się król Cruxlon.
Twoi wierni rycerze.
Rycerze, powiadasz? — Król Cruxlon rozglądnął się dookoła. — A gdzie oni są?
Poszli sprawdzić, czy moi rycerze nie nadciągają — odpowiedział Napolcio i zachichotał w kułak.
Co ty mówisz? To twoi rycerze też tu będą?
Nie inaczej.
Król Cruxlon zastanowił się na moment, bo coś mu tu nie pasowało. Zwłaszcza to, że wszyscy jego rycerze zniknęli. — „Czyżbym im wydał jakiś głupi, to znaczy, jakiś nie do końca przemyślany rozkaz?” — pytał siebie w duchu. I pomału, pomału, zaczął sobie przypominać jakiś ogromny ogień. — „Tak, coś miotało ogniem… Na Belzebuba! Toż to ten młokos Napoleonik zionął ogniem!” — wrzasnęła nagle jego strwożona dusza… i wszystko sobie przypomniał. Spode łba popatrzył na Króla Napoleona i wtedy ogarnęło go jakieś dziwne, nieznane mu do tej pory uczucie. Respekt. Tak, poczuł respekt przed tym, którego uważał za gamonia i kpa. Z respektem też patrzył na płonącą pochodnię na jego głowie. — „A to ci broń, no, no!” — pokiwał głową z uznaniem. — „Z takim, to lepiej nie zadzierać” — zmartwił się swoim własnym stwierdzeniem. Poczuł się nieswojo. Odruchowo wyciągnął szyję, aby zaglądnąć za swoimi rycerzami.
Napolcio, przyglądając się twarzy Króla Cruxlona, domyślał się jakie uczucia nim targają. A gdy zobaczył, że on wyciąga szyję i rozgląda się wkoło, odezwał się:
Idą… już idą z powrotem. O, widzisz, tam przy zejściu na wasze zbocze widać już ich hełmy.
Rzeczywiście, rycerze Króla Cruxlona niepewnie bo niepewnie, ale wracali. Dwójkami albo pojedynczo podchodzili powoli do miejsca, z którego jakaś piekielna moc ich wykurzyła i ze spuszczonymi głowami, niektórzy zawstydzeni, niektórzy ciągle jeszcze wystraszeni, ustawiali się powoli za lektyką swego Pana i Władcy.
Król Cruxlon na widok powracających rycerzy chciał na nich nawrzeszczeć i powiadomić, iż mogą zapomnieć o żołdzie, za to że się oddalili i go samego zostawili. Już otworzył nawet usta, ale że nie był pewien czy to on sam w jakimś konkretnym celu takiego rozkazu im nie wydał, usta szybko zamknął i nie powiedział nic.
Niewolnicy Króla Cruxlona cały czas stali ciasno zbici do kupy obok Króla Napoleona i wpatrywali się w niego jak w Boga. A stali tak od momentu, gdy ten do nich przemówił. I choć nie bardzo mogli uwierzyć, że od tego też momentu stali się wolnymi ludźmi, to jednak w duchu zaklinali wszystkie świętości, aby to było prawdą. Widok zbliżających się rycerzy zaniepokoił ich. Obawiali się, że w takiej sytuacji ich wybawca, Król Napoleon, stanie się niedoszłym wybawcą. Jeszcze ciaśniej obstąpili Króla Napoleona i z drżącym sercem patrzyli po sobie, wyczekując co nastąpi.
Król Cruxlon stał w lektyce i spoglądał to na pierścień, to na swych rycerzy. Tlił się w nim jeszcze mały promyczek nadziei, że skoro jego waleczni rycerze już są na powrót (słowo: „waleczni” na wszelki wypadek szybko w myślach wycofał, bo tak mu nakazywało poczucie chwilowej amnezji), to może jednak uda mu się wykolegować tego wstrętnego Napoleonika i zabrać swoich niewolników. Kupił ich przecież i wydał na nich pieniądze. To jak to tak, teraz ma ich stracić? Tak po prostu?
Napolcio podejrzewał, że Król Cruxlon nie tak łatwo będzie chciał zrezygnować z niewolników. Pomimo przyrzeczenia. Znał dobrze tego chytrusa. Dlatego postanowił kuć żelazo póki gorące i nie dać mu czasu do myślenia.
Który z was jest najstarszy? — zwrócił się do ósemki niewolników. A mówił głośno, by Król Cruxlon wyraźnie słyszał.
Ja, Królu Miłościwy! — zawołał jeden z niewolników.
Powiedz mi, ilu was jest w pałacu Króla Cruxlona?
Oprócz nas, jeszcze czterdziestu.
No, no, Królu Cruxlonie! Jak mogłeś?! — Napolciowi aż głos się załamał.
Król Cruxlon milczał. Milcząc, popatrzył na Napolcia, a właściwie na jego płonącą pochodnię. Widok ten zmierził go. Jeszcze mocniej zacisnął usta i zajął się już tylko oglądaniem pierścienia.
Napolcio, widząc że nie ma z kim rozmawiać, na powrót zwrócił się do niewolników.
Posłuchajcie mnie. Od dziś jesteście wolnymi ludźmi…
Wielki Królu Napoleonie, nigdy my tobie tego nie zapomnim! Idziem z tobą do twojego królestwa, by móc ci służyć. Do końca naszych dni będziem cię wielbić za naszą wolność… i nasze dzieci, i nasze wnuki będą cię wielbić — wyszeptał wzruszony a i uradowany najstarszy z niewolników. W końcu radość jego eksplodowała, i jak nie wrzaśnie: — Niech żyje nam Jedyny Nasz Król, Wielki Król Napoleon!
Niech żyje Nasz Jedyny i Kochany Król Napoleon! — huknęło pozostałych siedem gardeł.
Cruxlandscy rycerze zdębieli. Nie wiedzieli co się stało. I nic nie rozumieli.
Król Cruxlon rozumiał, ale było mu już wszystko jedno. A gdy na moment podniósł głowę i ponad głowami swych rycerzy zobaczył barbedetlandskich rycerzy nadciągających od zachodniej strony szczytu, zrezygnowany całkowicie klapnął z powrotem na fotel.
Cruxlon jako pierwszy miał okazję zobaczyć rycerzy Króla Napoleona. Wprawdzie jego lektyka stała teraz na ziemi, a nie na ramionach niewolników, ale stojąc w niej i tak miał oczy o wiele wyżej od wszystkich pozostałych, którzy stali obok lektyki. Widok ten nie był miły jego oczom. Natychmiast więc przeniósł swe spojrzenie na to cudo, które trzymał w dłoni. Chciał już wracać do swego pałacu. Czuł się zmęczony. Ale przede wszystkim nęciło go, by jak najszybciej pod szkłem powiększającym przypatrzeć się swemu nowemu nabytkowi. Wprost marzył, aby zamknąć się wreszcie w swojej królewskiej komnacie i przez nikogo już więcej nie niepokojonym rozkoszować się brylantem najczystszej wody.
Napolcio z uśmiechem poklepał po ramionach nowych obywateli swojego królestwa, i zwracając się do najstarszego wśród nich, mówił dalej:
Jesteś najstarszy, więc mam do ciebie prośbę byś wybrał kogoś spośród was, kto by wrócił wraz z Królem Cruxlonem do jego pałacu i osobiście przekazał czterdziestu waszym towarzyszom tę wiadomość, iż stali się wolnymi ludźmi.
Królu Najłaskawszy, pozwól, że to ja wrócę — rzekł najstarszy spośród byłych niewolników.
Dobrze. Dam ci dwie sakiewki złotych dukatów — oznajmił Napolcio, a sięgając za pazuchę, popatrzył na Cruxlona, bo ten nagle zaczął tupać nogami o podłogę lektyki. Napolcio nie przejął się tym jednak i mówił dalej: — Podziel je pomiędzy wszystkich i powiedz im, że mogą iść dokąd tylko chcą.
Królu Wielmożny, a czy my wszyscy możemy żyć w twoim królestwie, w twojej przepięknej Barbedetlandii? Przyjmiesz nas wszystkich? — spytał najstarszy drżącym głosem.
Będzie mi bardzo miło. Przyjmę was z szeroko otwartymi ramionami i z gorącym sercem — odrzekł Napolcio. — W którejś z moich wsi dostaniecie miejsce na budowę własnego domu i ziemię pod uprawę. Będziecie mogli żyć u mnie spokojnie i dostatnio.
Napolcio musiał przerwać swoją mowę, gdyż nagle, jak spod ziemi, urósł przed nim Krzesimir.
Królu Kochany, rozkazuj, co nam czynić? Będziem bój toczyć? — Krzesimir z wielkim przejęciem zasalutował mieczem.
Nic nie musicie czynić. A o boju to ani mowy nie ma — zaśmiał się Napolcio. — Zaraz będziemy sprowadzać z Barddejów moją ukochaną Księżniczkę Indię i naszych szanownych weselnych gości… Czołem, moi kochani rycerze! Bardzo się cieszę, że już jesteście!
Napolcio tryskał radością, bo oto wszystko ma swój dobry finał. A najpiękniejszy i najmilszy, czyli ślub z Księżniczką Indią — ciągle przed nim. Z radością więc kończył ostatnią rzecz z Królem Cruxlonem, i żeby być pewnym iż została należycie zakończona, zwrócił się jeszcze raz do niego.
Królu Cruxlonie, możesz już spokojnie wracać do swego pałacu. Proszę cię tylko o jedno, żebyś nie przeszkadzał swoim byłym niewolnikom w opuszczeniu twojego królestwa. Specjalnie wysyłam jednego z nich z tobą, abym mógł być pewien, że tak będzie. I pamiętaj, gdyby mu się coś stało, albo gdyby nie przybył do mnie ze swoimi czterdziestoma towarzyszami w ciągu dwóch dni, przyjdzie mi najechać na twoje królestwo. A wtedy pozbawię cię nie tylko darów, jakie ode mnie dostałeś, pozbawię cię królestwa i zdetronizuję. A potem całą Cruxlandię przekażę na rzecz twojego bratanka, Księcia Karola, wraz z twoją koroną… i z pierścieniem z brylantem.
No, no… Już cicho, Królu Napoleonie…! — wrzasnął Król Cruxlon, przerażony, że słowa jego mogłyby się spełnić. — Nie najeżdżaj na moje królestwo… nie musisz najeżdżać. Nigdy nie będziesz musiał najeżdżać. Chcę być Królem Cruxlandii do końca mojego żywota. Książę Karol, po mojej śmierci… Nie szybciej!
To tak też i będzie, skoro to od ciebie zależy — rzekł Napolcio i skłonił się uniżenie. Po czym się odwrócił i skierował kroki w stronę swoich rycerzy.
Rycerze Króla Napoleona nie mieli bladego pojęcia, co też tu mogło się stać, ale słysząc słowa swojego Króla, jak przemawiał do nieustraszonego Króla Cruxlona, czuli wielki podziw dla niego. Czuli też ogromną dumę, że są rycerzami tak dzielnego, mądrego i dobrego Króla.
Napolcio wydał rozkaz do odwrotu. I nie oglądając się już na nikogo, wskoczył na grzbiet Pegasusa i pognał do ukochanej. Pędził z sercem na ramieniu, co sił w nogach Pegasusa. I kiedy dojechał na miejsce, zauważył, że wszyscy virginislandcy rycerze i dworzanie nadal stoją wokół kryjówki Księżniczki Indii, tak jak ich zostawił. Poczuł ogromną wdzięczność do tych ludzi. Zeskoczył z konia i natychmiast pobiegł do ukochanej.
Księżniczka India na widok Napolcia bardzo się ucieszyła. A kiedy Napolcio bez zbędnych słów wyniósł ją na zewnątrz, uścisnęła go mocno i złożyła gorący pocałunek na jego policzku. Po czym spąsowiała jak czerwona róża, i by ukryć swoje zawstydzenie, pocałowała go w drugi policzek. Potem czym prędzej schowała twarz w swych gęstych i długich włosach.
To, co Napolcio poczuł w tym momencie, było to najpiękniejsze uczucie jakiego doznał w całym swoim życiu. Z miłości do tej istoty mało mu serce z piersi nie wyskoczyło.
Wszyscy Virginislandczycy, mając przed sobą tak cudowny obrazek, zrozumieli, że ich Księżniczka India jest uratowana i że oni też mogą czuć się uratowanymi. Uszczęśliwieni, i tym widokiem, i tą świadomością, zaczęli bić brawo. A Hrabina Amoroso krzyknęła: — „Niech żyje Król Napoleon! Niech żyje Księżniczka India! Niech żyje nam Kochana Młoda Para!” — Jak echo odpowiedziały jej wszystkie gardła. A po chwili dołączyły do nich gardła nadchodzących, a właściwie nadbiegających rycerzy Króla Napoleona i byłych niewolników. Nawet herszt bandy (a może jednak już były herszt bandy?), popychany do przodu przez Rolanda bił brawo i wołał: — „Niech żyje Królewska Młoda Para!”.
Chiorunek biegł na przedzie tej przedziwnej i rozkrzyczanej kolumny i krzyczał najgłośniej. Ale po swojemu: — „Sto lat Napolcio! Sto lat India!” — A kiedy dobiegł już do roześmianego Napolcia i Indii, zaśpiewał: — „Sto lat, sto lat, niechaj żyją nam…!”.
Wesoło zrobiło się na szczycie Barddejów. Pomimo trudów i znojów, jakie wszyscy przeżyli, nikt nie odczuwał w tej chwili zmęczenia. Każdy tryskał dobrym humorem i niespożytą energią.
Napolcio, najszczęśliwszy ze szczęśliwych, oddał Księżniczkę Indię pod opiekę Hrabiny Amoroso i natychmiast przystąpił do organizowania zejścia z góry. Zwrócił się do rycerzy i dworzan by pozbierali wszystko to, co pozostało jeszcze po grabieży cruxlandskich rabusiów i ułożyli w jednym miejscu. Sławojowi, Papkojowi i Rolandowi nakazał wybrać z tych rzeczy tylko te, które da się znieść. Resztę kazał im zakopać w kryjówce po Księżniczce Indii. Sam zaś zabrał ze sobą Chiorunka i byłych niewolników, nowych obywateli Barbedetlandii, i poszedł do koni, aby się zorientować w jakim są stanie. Zamierzał wszystkie konie sprowadzić w dół. Tylko nie bardzo jeszcze wiedział, jak ma to zrobić. Wszedł pomiędzy wylęknione i wycieńczone konie, i gdy zobaczył jak bardzo są słabe, serce mu mało nie pękło. Konie słaniały się na nogach z głodu, a przede wszystkim z pragnienia. Niektóre były tak słabe, że opierały się łbami o inne konie, i chrapały tylko cichutko. A gdy zauważył, że niektóre z koni, które należały do zaprzęgów karet z orszaku królewskiego, stały nawet z dyszlami, a pomiędzy nimi na ziemi siedzieli do cna przerażeni stangreci, łzy mu się w oczach zakręciły. Widok był naprawdę bardzo smutny i wzruszający. Nie mógł dłużej patrzeć bezczynnie na ten rozmiar tragedii. Pobiegł z powrotem do rycerzy i nakazał im zostawić wszystkie dobra materialne, a zająć się ratowaniem koni. Wpadł na pomysł, aby wszyscy rycerze barbedetlandscy i virginislandscy ustawili się szpalerem na całą długość zbocza, aż po samo Jezioro Bardeńskie, i w bukłakach podawali wodę z jeziora na szczyt. Napolcio zdawał sobie sprawę, że wycieńczone przede wszystkim brakiem wody konie, sprowadzać w dół nie ma nawet co próbować. Trzeba je najpierw napoić. Inaczej pójdą na zmarnowanie. A tego by sobie nie darował.
Ruch zrobił się na szczycie Barddejów niesamowity. Wszyscy rycerze rzucili się do wykonania rozkazu Króla Napoleona. Pozbierali wszystkie bukłaki, jakie tylko udało im się znaleźć przy koniach i puścili się biegiem na zbocze. Za nimi pobiegli też dworzanie.
Napolcio zawrócił z drogi biegnącego z rycerzami Krzesimira i wydał mu inny rozkaz. Otóż rozkazał mu, by zszedł do Korfantego i żeby razem wyznaczyli jednego z dziesięciu rycerzy pozostających u podnóża góry do dowodzenia pozostałymi rycerzami oraz do sprawowania opieki nad Zefcią. Sami zaś, żeby ruszyli niezwłocznie w drogę powrotną do pałacu w celu powiadomienia Królowej Beatrycze i Króla Virginusa, że Księżniczka India wraz z orszakiem królewskim odnaleziona i ma się dobrze. I że wszyscy razem przybędą do pałacu dopiero na drugi dzień, gdyż zostają na noc u podnóża Barddejów. No i też, żeby powiadomili wszystkich jego dworzan, iż ślub i wesele odbędzie się w niedzielę wieczorem. A potem kazał im ruszyć w dalszą drogę, do wsi Barbedów, z furą pełną jedzenia i picia i z sześcioma pustymi furami do przewiezienia wszystkich Barbadejanów z powrotem do ich wsi. Zaprzężone fury kazał im pozostawić do dyspozycji mieszkańców obu wsi, aby mieli nazajutrz czym na wesele przyjechać. Po wykonaniu tego zadania kazał im wracać do pałacu i zająć się przygotowaniami do ich przybycia spod Barddejów oraz dopięciem na ostatni guzik opóźnionej, ale przez to i huczniejszej jeszcze uczty weselnej.
Serce rosło Napolciowi, kiedy wydawał rozkazy Krzesimirowi. Nic dziwnego, rozkazy dotyczyły jego i Księżniczki Indii wesela. Napolcio doznał przypływu świeżej energii i zabrał się ochoczo do wyszukiwania kufrów podróżnych, które nadawałyby się na zrobienie czegoś na kształt koryt, w których można by było poić konie. Do Napolcia natychmiast dołączył Chiorunek i siódemka nowych Barbedetlandczyków. Napolcio wyciągał ze splądrowanych kufrów pozostałości po grabieży, i to co było jeszcze dobre odkładał na bok, a porwanymi ubraniami kazał swoim pomagierom owijać koniom kopyta. Przynajmniej u dwóch przednich nóg. Napolcio zdawał sobie sprawę, że koniom ciężko jest schodzić z góry w dół. A co dopiero tak osłabionym koniom. Wiedział też, że zbocze Barddejów jest szczególnie kamieniste, toteż z podkutymi kopytami konie ślizgałyby się okrutnie i padały. Owijanie im kopyt, czym się tylko da, wydało mu się więc najlepszym w tej sytuacji sposobem, aby tym biednym zwierzętom zapewnić w miarę bezpieczne zejście.
Chiorunkowi pomysł Napolcia bardzo się spodobał. Zaczął się więc sam rozglądać za czymś, co by nadawało się na takie szykowne końskie buciki. Biegał to tu, to tam, i zaglądał wszędzie gdzie się tylko dało. Wreszcie to coś, czego szukał, znalazł w połamanych karetach. Bo też wszystkie karety z orszaku Króla Virginusa od wewnątrz obite były grubym pluszem. Materiału miał więc co niemiara. Zadowolony z siebie, pozrywał obicia z pogruchotanych szczątków karet i zabrał się za wykrawanie nożem odpowiedniej wielkości kawałków. I gdy wykroił ich już całą stertę, natychmiast pobiegł z nimi do stłoczonych koni. Będąc już przy koniach, w pośpiechu i bez żadnych ceregieli, zabrał się za staranne obwiązywanie ich kopyt. Kopyto po kopycie. Był dumny ze swojego dzieła. Buciki wyszły mu jak się patrzy. Solidne i wytrzymałe.
Wyszło na to, że nie tylko Napolcio z Chiorunkiem i z nowymi Barbedetlandczykami krzątał się na szczycie, krzątały się też i niewiasty wraz z Księżniczką Indią i Hrabiną Amoroso. Zbierały z ziemi wszystko co miało jeszcze jakąś wartość i co się opłacało zabrać z sobą. A żeby nie było ciężko znosić tego w dół, zamiast pakować do ocalałych kufrów, układały to wszystko w zgrabne stosiki i obwiązywały… czymś. No właśnie, czym?
Napolcio zerkał parę razy kątem oka, by sprawdzić skąd one biorą tyle kolorowych i różnej długości powiązanych ze sobą wstążeczek. A kiedy się zorientował skąd, bo zauważył, że niewiasty jedna po drugiej wskakują do byłej kryjówki Indii i wychodzą stamtąd z kawałkami materiału w ręce, to aż spłonął rumieńcem. Tak bardzo się sam przed sobą zawstydził. Ale gdy zawstydzenie minęło, z wielką tkliwością pomyślał o tych wspaniałych niewiastach, które dla dobra sprawy, pozbywały się nawet części swojej spodniej garderoby.
Był jeszcze ktoś, kto pracował w pocie czoła na szczycie Barddejów. Ale o nim w ferworze pracy zapomnieli wszyscy. Nawet Roland. Nawet Napolcio. Był to herszt bandy. I dopiero kiedy on sam z jakimś skrawkiem materiału napatoczył się Napolciowi pod rękę, wtedy Napolcio sobie o nim przypomniał. I już chciał się do niego odezwać, by go przestrzec przed ponowną próbą ucieczki, gdy nagle zauważył, że on rzucił na ziemię to co miał w ręce i cichaczem się oddala. Napolcio rozeźlił się okrutnie i puścił się za nim biegiem, bo też zauważył, że ten złoczyńca znika gdzieś między niewiastami. Zziajany, dopadł go dopiero przy Księżniczce Indii, jak ten leżał plackiem u jej stóp i szeptem coś do niej mówił.
A tobie co?! — krzyknął zły na niego, że znów straszy jego ukochaną. — Czego chcesz jeszcze od Księżniczki Indii? Mało jej i wszystkim damom nadokuczałeś? Idź precz!
Nie, zostaw go Królu! — zawołała Księżniczka India. — On właśnie mnie przeprasza, i to w barbedetlandskim języku.
Herszt bandy (a właściwie — były już herszt, bo on sam już tak o sobie myślał), widząc wszystkich tych niezwykłych ludzi, czując ich ciepło i serdeczność, bardzo był nimi zachwycony. Podziwiał ich. I to podziwiał tak mocno, że nie mógł z podziwu wyjść. Trwał więc w podziwie dłuższy czas. I kiedy tak w nim trwał i trwał, wtedy właśnie coś sobie postanowił. Bo też tak długie trwanie w podziwie musi czymś zaowocować. Otóż postanowił, że z podziwu dla wszystkich, a zwłaszcza dla Króla Napoleona, na już zmieni swoje dotychczasowe życie. Króla Napoleona podziwiał przede wszystkim za jego wspaniałą, szlachetną postawę i jego postępowanie wobec innych ludzi. Najbardziej ujęło go to, jak on sam został przez niego potraktowany. Takiego traktowania nie doświadczył nigdy wcześniej od żadnego króla. A przecież zdążył ich poznać wielu, gdyż od dawna wraz ze swymi kamratami łupił wszystkie pobliskie królestwa. Zdarzało im się złupić nawet i odległe. Wiedział, co to znaczy kara. Nieraz siedział w lochach i był torturowany za swoje czyny. A Król Napoleon, nie dość że go wykupił sakiewką złotych dukatów, to jeszcze go w ogóle do tej pory nie ukarał. Och, jakże wdzięczny był mu za to. Król Napoleon i jego ludzie byli dla niego żywym przykładem na istnienie innego, lepszego świata — mentalnego i fizycznego, którego on dotychczas nie znał. Spodobał mu się ten świat. Całym sercem zapragnął w nim pozostać.
Łaskawy Królu Napoleonie, jam twoim niewolnikiem do końca życia! — zawołał uroczystym głosem, i od stóp Księżniczki przerzucił się do stóp Napolcia. — I Księżniczki Virginislandii…
Ja nie mam niewolników i mieć nie chcę — odrzekł Napolcio.
A ja ci wybaczam. Jesteś wolny — wtrąciła swoje zdanie Księżniczka India i z wielką prośbą w swych pięknych oczętach popatrzyła na Napolcia.
Królu Napoleonie, mój Panie i Władco, pozwól mi zostać przy tobie, będę służył Jego Królewskiej Mości i… innym również. Chcę odkupić swoje winy… a mam co odkupywać. Bóg mi świadkiem, że mam! Błagam pozwól mi zostać z tobą — skamlał były herszt u stóp Napolcia.
Dobrze, już dobrze! Zobaczę na co cię stać — zaśmiał się Napolcio. — Ale pamiętaj, teraz masz jeszcze szansę odejść, nie ponosząc żadnej kary za swój czyn, lecz gdy zdecydujesz się jednak zostać w moim królestwie, to będziesz musiał żyć jak prawy człowiek, inaczej, zostaniesz ukarany… i to za wszystkie twoje czyny naraz.
Tak, Miłościwy Królu, chcę zostać w twoim królestwie i być prawym człowiekiem, i żyć jak prawy człowiek… Tak mi dopomóż Bóg! — Byłemu hersztowi głos się załamał, skrył twarz w dłoniach i nagły spazm targnął jego ciałem.
Przede wszystkim to ty sam sobie musisz pomóc. — Napolcio podniósł byłego herszta z ziemi i postawił na nogi. — Ty sam przed sobą musisz zrobić rachunek sumienia i przyznać się do grzechów. Zrozumieć je i postanowić nigdy więcej ich nie popełniać. Bo też nikt i nic nie jest w stanie ciebie zmienić… Tylko ty sam. Sam sobie musisz wytyczyć właściwą drogę i kroczyć nią wytrwale. I co najważniejsze: musisz uwierzyć w siebie i… w dobrego człowieka! Być dobrym, prawym człowiekiem, to najwspanialsza rzecz, jaką człowiek może osiągnąć za życia. I żebyś i ty mógł się nim stać, musisz uwierzyć, że ci się to uda… A że wiara czyni cuda, to ja już wierzę, że pozyskałem dla swojego królestwa dobrego obywatela.
Och, Królu Napoleonie, jaki ty jesteś mądry — szepnęła Księżniczka India, wpatrzona w Napolcia z miłością w oczach.
To mądrość mojego ojca, Króla Jeremiasza. Zawsze mam w pamięci jego słowa i często je analizuję. Dziś wiem, że są szlachetne i prawdziwe... Bo żeby iść przez życie z głową podniesioną, trzeba żyć w zgodzie z własnym sumieniem. A żeby żyć w zgodzie z własnym sumieniem, trzeba być prawym człowiekiem. Inaczej życie nie jest nic warte. Ot, żyje się po to, aby tylko żyć. Zwykła wegetacja. Żadnych wzniosłych doznań, żadnych prawdziwych rozkoszy… — Napolcio zawstydził się nagle przed Księżniczką Indią, że mówi o rzeczach zupełnie jej oczywistych. I by ukryć swe zawstydzenie, zwrócił się ponownie do byłego herszta bandy: — Pojmujesz o czym mówię?
Nie bardzo… jeszcze nie bardzo, ale Bóg mi świadkiem, że pojmę — drżącym głosem odpowiedział były herszt bandy i w pośpiechu zaczął coś wyszarpywać zza pazuchy. — Proszę, szlachetna Księżniczko Virginislandii, oto dukaty, które dostałem za swój niecny czyn od Króla Cruxlona. Przyjmij je ode mnie… Chcę odkupić swoje winy.
Nie, zatrzymaj je! — zaśmiała się India.
Ale… ale one mi się nie należą — zająknął się były herszt bandy.
I masz rację! — ocenił Napolcio. — Więc możesz je rozdać dzieciom ze wsi Barbadejowo i Barbedów, które przybędą na nasze wesele jutro wieczorem.
Taaak, że… że dzieciom dać?! — żachnął się były herszt, ale po krótkiej chwili, cedząc słowa, dodał: — Tak właśnie zrobię…! Niech mają… one są… Nie, one nie są… niczemu winne i… na pewno zrobią z nich dobry użytek… Na pewno lepszy, aniżeli ja bym zrobił… Tak, tak… tego jestem pewien… że lepszy… No! Tak zrobię!...

ciąg dalszy nastąpi


Link do wszystkich części baśni  > "Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona"