Kolorowa fotografia pojawiła się już w XIX wieku, ale dopiero XX wiek rozwinął skrzydła, rozlał farbę i dopuścił kolory do głosu. Pomogli w tym bracia Lumière, którzy w 1907 roku wprowadzili płyty autochromowe, posypane drobnymi ziarenkami skrobi ziemniaczanej. Innymi słowy — ziemniak nie tylko karmił narody, ale i zaczął je upiększać.
Na początku kolor był luksusem. Obróbka kosztowała fortunę, odbitki jeszcze większą, więc fotografowało się z namysłem, a nie jak dziś — trzydzieści razy ten sam kot albo pies.
Dopiero w latach siedemdziesiątych kolory potaniały i zaczęły dostępniej machać do ludzi z półek sklepowych. Wtedy i ja dorwałam się do kolorowej kliszy i włożyłam ją do mojego zasłużonego, już trzynastoletniego aparatu ФЭД-2.
Przyznam szczerze: zachwytu barwami nie doznałam. Świat na moich zdjęciach wyglądał, jakby piorunująca rzeczywistość włożyła wyblakły sweterek.
Być może winny był mój poczciwy aparat. Wiele w życiu przeszedł. Mój Tatuś kupił go w Zbarażu podczas naszych tam odwiedzin. Miałam wtedy dziesięć lat i oczy wielkie jak obiektyw. Po powrocie do domu Tatko aparatem interesował się umiarkowanie, więc z czasem przekazał go mnie — na wyłączne, królewskie władanie.
O dziwo, moje starsze siostrzyczki nie protestowały. Najwyraźniej „ciężka praca fotografa” nie pachniała im karierą. A ja sprytnie nie zdradziłam, że fotografowanie kocham — bo jeszcze by zmieniły zdanie i trzeba by się było dzielić tronem.
I zaczęło się. Pstrykałam wszystko: ludzi, drzewa, rowery, rzeczy stojące, lecące i takie, co same nie wiedziały, co robią. Oczywiście — z artystycznym polotem, bo inaczej migawka podobno nie działa.
Zdjęcia trafiały do naszego znajomego fotografa, który cudownie nie zdzierał z nas skóry — jedynie delikatnie ją przypudrowywał rachunkiem.
Dbałam o aparat jak o skarb, aż pewnego dnia wpadł w ręce, a raczej rączki, mojego czteroletniego wówczas braciszka. Nacisnął gdzie nie trzeba, odkręcił co się dało — i aparat zamilkł na wieki… a przynajmniej na jakiś czas.
Ja byłam w rozpaczy, on w niewinności, a różnica wieku jedenastu lat zobowiązywała mnie do dojrzałości. Musiałam mu wybaczyć — w końcu bardzo go kochałam. Zresztą on doskonale o tym wiedział i wykorzystywał to z precyzją szwajcarskiego zegarka. Do dziś twierdzi, że wspaniale mu matkowałam.
W tamtych latach, na początku wakacji, starsze dzieci dorabiały na zrywaniu czereśni przy drogach. Ja też. Ile zarabialiśmy? Nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że jedną wypłatę niemal całą oddałam na reanimację mojego ФЭД-2.
Fotograf kręcił nosem, że to grzebanie w trupie, ale w końcu zgodził się na operację. Dla mnie to był majątek. Dla niego — jak twierdził — tylko koszt części. Za pracę nie wziął nic. Do dziś mam ochotę stawiać mu pomnik ze zużytych klisz.
Aparat wrócił do życia i jeszcze długo dzielnie służył. Kiedy zostałam „prawdziwą” mamą, fotografowałam nim moją córeczkę z czułością i zacięciem rasowego reportera.
A to właśnie moje pierwsze kolorowe zdjęcie z 1974 roku — dowód, że świat już wtedy był kolorowy, tylko trochę nieśmiały.
Czarno-białych zdjęć mam jednak najwięcej. Kolorowe długo nie zdobyły mojego serca — wydawały mi się blade i zbyt skromne. Czarno-białe natomiast miały charakter: potrafiły powiedzieć „mało nas, ale z nami nie ma żartów”. I choć dziś kolory są piękne, nasycone i pewne siebie, ja wciąż wracam do czerni i bieli. Najwyraźniej mój sentyment jest monochromatyczny.
***
Piszę z potrzeby serca i
dzielenia się tym, co ważne.
Jeśli moje słowa są Ci bliskie i
masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić
tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Samo czytanie już jest dla mnie darem.
Dziękuję 💓 Halszka
