środa, 7 stycznia 2026

Czas, który mnie ukształtował, między marzeniem a życiem

Wczesna młodość płynie wolno. Jest jak długi, jasny poranek — wypełniony planami i marzeniami, na których spełnienie czas dopiero nadejdzie.

Lata mijały, choć w wieku dziewiętnastu lat czas nie zna pośpiechu. Świat stał przede mną otworem, nawet mimo ciężaru komuny. W tamtym wieku mało komu ona naprawdę doskwierała — przeciwnie, zdawała się czymś oczywistym, oswojonym.

My, dzieci tamtych czasów, innego świata nie znałyśmy. Było nam „wsio ryba”, co Gomułka w rządzie wyczyniał, a po nim Gierek zaczynał wyczyniać. Wierzyłyśmy, że damy radę. Że zmienimy Polskę na lepsze.

Młodość jest piękna i ma swoje prawa. Przede wszystkim — prawo do tworzenia. Tworzyło się więc plany na życie, haftowało marzeniami przyszłość, patrzyło na świat przez różowe okulary, które pasowały jak druga skóra.

I ja miałam swoje marzenia. Po maturze, po pięcioletnim technikum i dyplomie ekonomisty wiedziałam, że to jeszcze nie koniec mojej drogi. Szykowałam się do egzaminów na prawo.

Przez pół roku pilnie się uczyłam. Pożyczałam książki od koleżanki z liceum ogólnokształcącego, gdzie program humanistyczny był bogatszy. Szło mi dobrze. Czułam, że otwierają się przede mną nowe drzwi.

Najważniejsze było wtedy to, że szkołę miałam już za sobą — i tę nieszczęsną, niechcianą atmosferę. Od początku jej nie lubiłam. Tylko trzech nauczycieli było nam życzliwych; reszta zdawała się traktować uczniów jak kłopotliwy dodatek do własnych karier. A ponad tym — niewidzialna, lecz wyraźnie odczuwalna granica: Ślązacy i Kresowiacy.

Byłam naprawdę szczęśliwa, że już nigdy nie będę musiała tam wracać. Czułam, że życie otwiera się przede mną szeroko jak droga w słońcu. Zastanawiałam się tylko, jak sobie poradzę, jak mi się powiedzie, czy będę szczęśliwa.

W głowie roiły się tysiące pytań. Odpowiedzi miały dopiero nadejść — wraz z latami. Wierzyłam wtedy, że przyniosą dobro.

Nie wiem dlaczego, lecz gdy myślałam o swoim przyszłym życiu, w uszach brzmiał mi harcerski hymn. Lubiłam go za prostą wzniosłość, za to, że kazał podnosić wzrok wyżej niż codzienność. Zwłaszcza ten fragment:

Urojeń chwile, skrzydła motyle,
odrzućmy precz jako pusty żart.
Usilna praca niech nas wzbogaca,
a każdy z nas niech zdobędzie hart.
Czynem bogaci, myślą skrzydlaci,
z płomiennych serc uczyńmy grot.
Naprzód wytrwale! Śmiało! Zuchwale!
W podniebne szlaki skierujmy lot”.

Serce miałam wtedy pełne ideałów. Wierzyłam w Polskę. Wierzyłam w ludzi. Wierzyłam w dobro, które się spełnia. Zanim życie mnie wchłonęło, zanim zaczęło kruszyć moje wyobrażenia, szłam przez świat wyprostowana, gotowa, aby żyć naprawdę.

A potem los zrobił swoje. Na dwa miesiące przed egzaminami zmarł mój Tatuś. Nauka nagle przestała mieć znaczenie. Zabrakło siły — odłożyłam plany na później.

Od dwóch lat miałam już chłopaka. Powoli spleciona przyszłość stawała się naszym wspólnym planem. Po kilku latach wzięliśmy ślub.



Życie poprowadziło mnie jednak drogą inną, niż sobie wymarzyłam. Zostałam sama z dziećmi. Mąż od prawie trzech dekad już nie żyje. I tak to bywa — życie samo pisze najdłuższe rozdziały.

A jednak — z biegiem lat poukładałam swoją codzienność na nowo. Po swojemu. I dziś, choć na obczyźnie, jestem naprawdę szczęśliwa. Mam blisko siebie moje kochane dzieci i pięcioro wspaniałych wnucząt. I wiem, że mimo wszystkiego — warto było iść.


***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.
Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka