sobota, 10 stycznia 2026

Las. Cisza. I przeraźliwy krzyk, który zmienił wszystko

Często bywam w lesie. Zimą — tej prawdziwej, śnieżnej — najczęściej z kijkami. Rower w tym czasie zapada w sen zimowy w piwnicy i czeka na łaskawsze warunki atmosferyczne.

Wczoraj też byłam w lesie. I to, jak mi się wtedy wydawało, całkiem sama. Nie wiedziałam jeszcze, że to poczucie samotności jest raczej krótkoterminowe.

Las był ogromny i cichy jak po apokalipsie. Cisza taka, że aż dzwoniła w uszach — jak makiem zasiał. Najwyraźniej nikt nie odważył się w taką śnieżycę i siarczysty mróz wyściubić nosa z domu.

Mnie ani jedno, ani drugie nigdy nie zniechęcało. Wręcz przeciwnie. Zresztą, jeśli mam zaplanowane, że danego dnia idę z kijkami do lasu, to niech się wali i pali — po prostu idę. Charakter mam stabilny.

Kiedy tak sobie spokojnie maszerowałam po zaśnieżonych dróżkach, zajęta myślami o wierszu satyrycznym, który akurat miałam „na tapecie”, nagle, ni stąd, ni zowąd, usłyszałam przeraźliwie głośny… no właśnie — nie wiem co. Bardziej brzmiało to dla mnie jak krzyk rozpaczy. Taki prawdziwy, z głębi duszy. Mój organizm natychmiast przeszedł w tryb: uwaga, zagrożenie.

Automatycznie prawa ręka powędrowała do lewej kieszeni kurtki. Dotknęłam jej i od razu poczułam ulgę. Jest! Nie zapomniałam! Gazu.

Zawsze staram się mieć go przy sobie, kiedy idę do lasu. I to już od dobrych trzydziestu lat — odkąd takie „cudeńka” w ogóle pojawiły się w sklepach. Przezorny zawsze… no właśnie — uzbrojony.

Zanim jednak gaz w spreju zajął stałe miejsce w moim ekwipunku, miałam coś znacznie poważniejszego. Kumpel mojej córki ze szkoły — Niemiec, żołnierz Bundeswehry — przytargał mi kiedyś… ciii!… pistolet na gaz. Oczywiście w celach czysto obronnych, bo w tamtym czasie przytrafiła mi się przygoda, po której zdrowy rozsądek zaczął mówić głośniej niż romantyczne „nic mi się nie stanie”.

Było wcześnie rano. Jechałam samochodem do pracy w innym mieście, i nagle, niech to szlag!... złapałam kapcia. A w pracy miałam być za pół godziny. Opcji brak. Jak na już. Zepchnęłam auto na pobocze i postanowiłam ratować się autostopem.

Los był łaskawy — pierwsze auto się zatrzymało. Za kierownicą młody mężczyzna, miły, uprzejmy. Trochę rozmawialiśmy. Ja oczywiście łamaną niemczyzną, ale jakoś się dogadywaliśmy.

Jedziemy, jedziemy… aż tu nagle widzę, że kierowca zjeżdża z głównej drogi i skręca w stronę lasu. Zamarłam.

Zawracaj! Zawracaj natychmiast! — krzyczałam, po niemiecku oczywiście.

Facet zamiast zawrócić, uśmiechnął się jakoś tak… niepokojąco. I wtedy wszystko się wyjaśniło. Najzwyczajniej w świecie wziął mnie za kobietę tych… no… „lżejszych” obyczajów.

Na szczęście błyskawicznie „przypomniałam” sobie, że mój fikcyjny mąż jest Niemcem i — uwaga — pracuje w policji.

Zadziałało natychmiast. Auto zawróciło szybciej niż ja zdążyłam dokończyć zdanie.

Do pracy dotarłam z opóźnieniem, bo resztę drogi pokonałam pieszo, ścieżką rowerową. Na szczęście nie było już daleko.

Kiedy opowiedziałam o wszystkim córce, była tak przerażona, że jeszcze tego samego dnia sprawa została „załatwiona”. Wieczorem w mojej torebce spoczywał prawdziwy pistolet z Bundeswehry, przerobiony na gaz. Ciężki jak cholera, ale nosiłam go dzielnie.

Nigdy na szczęście nie musiałam go użyć. Po niespełna roku oddałam go kumplowi córki, bo został przeniesiony do służby w Belgii.

W zamian dostałam gaz w spreju. Lżejszy, poręczniejszy i również bardzo skuteczny. Użyłam go tylko raz — kilka lat później, w lesie.

Uskuteczniałam wtedy nie nordic walking, a jogging. I nie użyłam go na człowieku, lecz na psie.

Zaatakował mnie ogromny rottweiler. Pisałam o tej historii w poście pt. „Jogging z niebezpieczną przygodą w tle” (kliknij, jeśli masz ochotę przeczytać tę dramatyczną historię).

Wracając do wczorajszego „krzyku” — oczywiście natychmiast przełożyłam gaz z kieszeni do torebki na brzuchu i zostawiłam ją otwartą, żeby w razie czego działać bez zbędnych ceregieli.

Po kilkunastu sekundach dźwięk ucichł, a zza zakrętu wyłonił się wysoki mężczyzna, cały na czarno. Zbliżał się do mnie z szerokim uśmiechem. Co, muszę przyznać, trochę mnie uspokoiło. Człowiek krzyczący z uśmiechem wydaje się jednak mniej groźny.

Kiedy doszedł, miło się przywitał i… nic! Więc spróbowałam zapytać:
— To pan tak głośno… no… to, co było słychać… — jąkałam się.

Tak, tak — odpowiedział radośnie. — Myślałem, że jestem sam w lesie. Chciałem sobie poćwiczyć arię operową. I przy okazji dotlenić płuca.

I wszystko stało się jasne. To nie był krzyk rozpaczy. To był śpiew. Chwilę wesoło pogadaliśmy, na koniec pożyczyliśmy sobie szczęścia w nowym roku i w miłym nastroju — z uśmiechem na ustach — rozeszliśmy się.

Po kilku metrach zamknęłam torebkę z gazem… i buchnęłam głośnym śmiechem.