Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tunele. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tunele. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 stycznia 2026

Krótka historia długich tuneli

Tunele, jak wiadomo, służą do tego, żeby skracać drogę. Przynajmniej w teorii. W praktyce bowiem istnieje też druga, całkiem liczna grupa ludzi, dla których tunele są po to, by je omijać. Ja należę do tej drugiej. Z przekonania. Z doświadczenia. Z urazu.

Mój uraz ma rodowód dziecięcy i kolejowy, a jego ojcem chrzestnym był pewien nierozgarnięty konduktor. Jechałyśmy z Mamusią pociągiem na wakacje do rodziny koło Kłodzka. Miałam siedem lat i już wtedy intuicyjnie wyczuwałam, że mroczne dziury w ziemi nie będą moimi ulubionymi miejscami na świecie.

Po przejechaniu przez dwie długie, czarne jak paszcza potwora czeluście zachciało mi się siusiu. Problem polegał na tym, że bardzo bałam się iść do toalety — bo a nuż pociąg wjedzie do kolejnego tunelu. Mamusia, chcąc mnie uspokoić, zapytała konduktora, czy jakieś jeszcze przed nami. Ten zapewnił z pełnym przekonaniem, że absolutnie nie. Słowo konduktora — rzecz święta. Jak się później okazało: raczej świecka.

No więc poszłam. Grzecznie. Z uśmiechem. Z dziecięcą ufnością w dorosłych. I wtedy, już w środku, usłyszałam zgrzyt zamka od zewnętrznej strony drzwi. A chwilę później — trzask, prask… i pociąg wjechał dokładnie tam, gdzie miał nie wjechać.

O rany. Cóż to był za łoskot! Cóż za smród! A dodam tylko, że okno było otwarte na oścież.

Okazało się, że konduktor — zgodnie z przepisami — zamknął ubikację, bo w tunelu korzystać z niej nie wolno. Najwyraźniej zapomniał o tym, co przed chwilą mówił mojej Mamusi. Albo po prostu miał to gdzieś. Fakt faktem: nie zainteresowało go, że w środku może być siedmioletnie dziecko, które właśnie przeżywa inicjację w horror kategorii „kolejowy”.

Od tamtej pory tunele stały się moim osobistym wrogiem publicznym numer jeden. Przez kilka kolejnych lat Tatuś, który często jeździł służbowo do Jawora, zabierał mnie ze sobą i po drodze wysadzał u wujostwa — byleby tylko ominąć trasę tunelową.

Z czasem odwagi mi trochę przybyło. Trasę pokonywałam, owszem, ale zawsze z duszą na ramieniu. Dyskretnie. Po cichu. Jak bohaterka, która udaje, że wcale się nie boi.

Aż do dnia, kiedy los uznał, że warto mi przypomnieć, kto tu rządzi. Było to już w Niemczech, za Stuttgartem, w upalny sierpniowy dzień. Jechałam z dziećmi samochodem. W tunelu zdarzył się wypadek. Staliśmy w korku mniej więcej w połowie, dusząc się spalinami, podczas gdy klimatyzacja z godnością przegrywała walkę o świeże powietrze. Auta toczyły się jak żółwie na urlopie.

I wtedy — bum! Wybuch pod maską, kłęby pary i serce w gardle. W chłodnicy zagotowała się woda, a para z hukiem wysadziła korek. Strachu najedliśmy się tyle, że starczyłoby dla całej wycieczki szkolnej. Tym bardziej że ciasne i zamknięte przestrzenie zawsze działały na nas podejrzanie nerwowo. Rodzinna cecha. Może jeszcze nie klaustrofobia, ale jej młodsza, złośliwa kuzynka.

Z tunelu w końcu wyjechaliśmy. Chłodnicę podratowała butelka wody mineralnej, a moje dzieci od tamtej pory oficjalnie dołączyły do Klubu Antytunelowców. Nawet dziś, jako dorośli ludzie, objazdy wyszukują z godną podziwu konsekwencją.

Dlatego też, jadąc do Włoch przez Przełęcz Świętego Gotarda, zawsze — jeśli tylko było to możliwe — wybieraliśmy drogę nad tunelem. I słusznie. Przełęcz jest piękna, widoki zapierają dech w piersiach, a fragmenty tunelu ogląda się z bezpiecznej wysokości. Same plusy. Zero klaustrofobii.



Niestety, bywa, że droga nad tunelem jest zamknięta. Wtedy nie ma zmiłuj. Trzeba zamienić się w kreta i wjechać pod ziemię. Gotard szczególnie nie pomaga w budowaniu dobrego nastroju — siedemnaście kilometrów mroku i świadomość, że pochłonął już sporo ofiar, skutecznie studzą entuzjazm.

Myślałam, że na tym moja tunelowa trauma się zakończy. Myliłam się. Trzecia przygoda przyszła niedawno. Z własnej głupoty.

Wybrałam się z najmłodszym wnukiem na przejażdżkę rowerową. W mieście odbywał się wielki Bike-Marathon, więc pojechaliśmy poza jego granice. Gdy wracaliśmy, maraton właśnie się kończył. Odwiozłam wnuczka do domu i ruszyłam w stronę swojego — drogą wzdłuż tunelu. Przez tunel rowerami jeździć nie wolno. Znaki mówią jasno. Ja też to wiedziałam.

I wtedy — niespodzianka. Obsługa maratonu zamknęła mi wjazd na drogę nad tunelem. Dosłownie przed nosem. Sekundy. Ułamek sekundy. Myślenie wyłączone.

Szlaban trach. Ja odbijam. I bach — prosto do tunelu. A tam nie było już odwrotu.

To była jazda. Ciemność. Huk silników. Spaliny. Przeciąg jak w odkurzaczu przemysłowym. W najniższym punkcie tunelu podmuch powietrza tak mną rzucił, że o mało nie wylądowałam pod kamperem jadącym z naprzeciwka. Światełko na rowerze? Oczywiście, że nie.

A jakby tego było mało, dołączyły jeszcze klaksony aut weselników, którzy właśnie wjechali do tunelu, celebrując miłość na pełen regulator.

Myślałam, że to mój koniec. Pedałowałam jak w Tour de France, modląc się o światło na końcu tej betonowej czeluści... I było. Tunel się skończył. Ja przeżyłam.

Dzieci najpierw się wystraszyły, potem mnie ochrzaniły, że mnie znów gdzieś poniosło, a na końcu wszyscy śmialiśmy się do łez. Wnuki ukuły nawet anegdotę: „Jak to babcię przez tunel wichry gnały”.

Po jakimś czasie poświęciłam się i specjalnie pojechałam autem przez tunel, aby zrobić zdjęcie dla zobrazowania swoich przeżyć.



Zdania jednak nie zmieniłam. Nadal uważam, że tunele są po to, żeby jedni skracali sobie drogę do destynacji, a inni — omijali je, gdzie się da i jak tylko się da... Chyba że się nie da.


***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne, często humorystyczne.
Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka


środa, 30 września 2020

Nie każdy lubi tunele

Ja nie lubię. Ba, mam do nich uraz. Nabawiłam się go w dzieciństwie za przyczyną pewnego nierozgarniętego konduktora, kiedy to jechałyśmy z Mamą pociągiem na wakacje do Kłodzka. Miałam 7 lat i już wtedy wiedziałam, że tunele nie przypadną mi do gustu. Po przejechaniu przez dwa, zachciało mi się siusiu. Bałam się iść do toalety, bo a nuż pociąg wjedzie do kolejnego tunelu? Mama spytała konduktora, czy jeszcze będą, a on ją zapewniał, że nie. No to po chwili poszłam. Będąc już w środku, ni stąd, ni zowąd usłyszałam zgrzyt zamka w drzwiach od zewnętrznej strony... Aż tu nagle, trzask-prask, i pociąg wjechał do tunelu. O rany, ależ się wystraszyłam. Tym bardziej, że okno było całkowicie opuszczone. Cóż za potworny łoskot! Cóż za niesamowity smród!

Okazało się, że konduktor zamknął ubikację, gdyż taki jest wymóg. W tunelach nie można używać tego przybytku. Pewnie zapomniał, o czym moją Mamę wcześniej zapewniał. Albo miał to gdzieś! Nie interesowało go, że jakieś dziecko może być w środku. Co ja wtedy przeżyłam, zamknięta w ciemnym i śmierdzącym klozecie, to moje.

W późniejszym okresie, już w Niemczech, pewnego upalnego sierpniowego dnia przeżyłam kolejny szok w tunelu. Tym razem w samochodowym. Jechałam wtedy z dziećmi. W tunelu był wypadek. Staliśmy w korku gdzieś tak w jego połowie, dusząc się spalinami. Klimatyzacja nie nadążała oczyszczać powietrza. Auta posuwały się bardzo powoli. Co rusz trzeba było hamować i stać... Aż tu nagle, głośny wybuch pod maską mojego auta i kłęby pary zaczęły się spod niej wydobywać. Okazało się, że w chłodnicy zagotowała się woda i nagromadzona para z głośnym hukiem wysadziła zakrętkę. O matko, cośmy się wtedy strachu najedli. Tym większego, że każde z nas w ciasnych i zamkniętych pomieszczeniach zawsze odczuwa pewnego rodzaju dyskomfort. Może to jeszcze nie klaustrofobia, ale jakiegoś typu dolegliwości klaustrofobiczne z pewnością. I choć wtedy bez szwanku udało nam się w końcu z tunelu wyjechać, a dzięki butelce wody mineralnej podratować chłodnicę, to jednak od tamtej przygody zauważyłam, że i moje dzieci za tunelami nie przepadają. A ja je unikam tym bardziej, jak diabeł święconej wody.

Zawsze staramy się omijać wszelkie tunele. Kiedy jedziemy na urlop np. do Włoch i musimy pokonać Przełęcz Św. Gotarda, to najczęściej pokonujemy ją drogą nad tunelem.


Przełęcz jest niezwykle piękna. Jest co podziwiać. Widać tam też niewielkie fragmenty tunelu. Nie zawsze jednak jest to możliwe, aby jechać tą drogą. Czasem jest zbyt zaśnieżona i zamknięta. Wtedy niestety nie ma zmiłuj, trzeba się zabawić w kreta i wjechać do tunelu.

Ostatnim razem przed wjazdem do tunelu ponad pół godziny staliśmy w korku. A potem już trzeba nam było niestety jakoś przeżyć te niemalże 17 km tunelowej ciasnoty i ciemności. Brrrr… jak ja nie cierpię tuneli. Gotarda szczególnie. Pochłonął już 31 ofiar. Zrobiłam tylko jedną fotkę — przy wyjeździe, szczęśliwa, że mamy go już za sobą.


Tunelu Św. Gotarda nie lubię dlatego, że jest straszliwie długi. Ma aż 16,92 km długości. (Do 2000 r. był najdłuższym tunelem drogowym na świecie. Od 2000 r. najdłuższym jest tunel Laerdal w Norwegii, ma 24,51 km długości). A po drugie, i pewnie przede wszystkim, że w 2001 r. doszło w nim do wielkiej tragedii. W wyniku zderzenia dwóch ciężarówek wybuch straszliwy pożar. Zginęło wtedy aż 11 osób.