Pokazywanie postów oznaczonych etykietą półkolonie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą półkolonie. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 lipca 2022

Półkolonijny Teatrzyk Dziecięcy zaprasza do świata bajek. Opowiastka Mexa

Nie wiem, jak wy, dzieci, ale ja bardzo lubię wakacyjne półkolonie. U nas co roku zaczynają się w sierpniu, bo my też dopiero na koniec lipca rozpoczynamy wakacje. Nie tak jak w Polsce pod koniec czerwca, jak mówi moja babcia. A babcia wie, bo w Polsce w szkole pracowała.

Z wielkim wytęsknieniem czekam już na te nasze półkolonie. Na nich jest zawsze mnóstwo dzieci w różnym wieku. Wszyscy jesteśmy podzieleni na grupy i mamy swoich wychowawców. A mieści się ona w takim dużym drewnianym domu położonym w pięknym, zalesionym miejscu na szczycie góry. Tam jemy drugie śniadanie, obiad i podwieczorek. Codziennie mamy dużo różnych atrakcji. Gramy w różne gry, uczymy się śpiewać, jeździmy na wycieczki. Mamy też różne pogawędki z policjantami, strażakami, lekarzami, sportowcami, a nawet aktorami. Fajnie jest na tej naszej półkolonii, mówię wam.

Na zakończenie turnusu urządzamy zawsze przedstawienie dla naszych rodziców, dziadków, ale też i dla innych gości. W tym roku z pewnością będzie podobnie. Póki co, opowiem wam o przedstawieniu z poprzedniego roku:

Pogoda w tym ważnym dla nas półkolonistów dniu była deszczowa i deszcz co rusz popadywał, ale to nie przeszkadzało ani nam aktorom, ani widzom. Bo też wśród aktorów i publiczności atmosfera była gorąca. Przedstawienie odbyło się na dworze, na specjalnie zmontowanej scenie. Do świetlicy wszyscy przenieśliśmy się później, na dalszą część imprezy.

Swoje role z różnych bajek odgrywaliśmy z wielkim przejęciem. Była i mała trema, ale gromkie brawa widzów dodawały nam odwagi i przedstawienie szło jak… z płatka, jak to babcia nieraz mówi.

Wszyscy byliśmy pięknie ucharakteryzowani. Wyglądaliśmy jak prawdziwe postacie z bajek. A scenografia? Ha, ta to była dopiero wspaniała. Jak na teatr przystało, wymagała też trochę wyobraźni, ale przecież o to chodzi, aby każdy z widzów swoją wyobraźnię przyjemnie wytężał. Dzieciaki same scenerię przygotowały, rekwizyty także. Najwięcej dziewczynki ze starszych grup.

 

 

Kiedy graliśmy na scenie, niektórzy aktorzy po wypowiedzeniu swoich pierwszych kwestii, rozglądali się po widowni, szukając wzrokiem swoich bliskich. Ten, który kogoś ze swojej rodzinki wypatrzył, uradowany szybciutko się uśmiechnął, kiwnął rączką… i dalej grał swoją rolę. Jednak zdarzało się i tak, że nie każdy od razu potrafił się przestawić na granie i sufler musiał niektórym z nas tekst podpowiadać. Mnie też raz musiał. Wtedy, gdy rozproszyło mnie szczęknięcie naszego psa Aramisa i na chwilkę się zawiesiłem. Bo moją mamę, tatę, babcię i starszą siostrę to ja już wcześniej widziałem, gdy tylko w roli małpki dumnie wchodziłem na scenę. Wszyscy razem siedzieli uśmiechnięci w drugim rzędzie. Aramis też.

Tak że sufler miał co robić... Tak, tak, jak na szanujący się teatrzyk przystało, mieliśmy też i suflera. Nawet dwóch. Obaj dzielnie trwali w ukryciu, jeden z prawej strony sceny, drugi z lewej i co rusz nam podpowiadali, jak zaszła taka potrzeba.

Po odegraniu wszystkich przygotowanych przez nas inscenizacji, przyszedł czas na tańce i śpiewy. No, to wtedy już było superowo, bo i reszta dzieci, a także widzowie się dołączyli i śpiewali razem z nami, klaszcząc przy tym do rytmu. Och, jakże głośno i wesoło było na scenie i na widowni. Pewnie aż cały las tętnił naszym radosnym śpiewem, a pracowite jak zawsze echo niosło te dźwięki jeszcze dalej.

Na koniec, kiedy już śpiewać przestaliśmy, podziękowaliśmy wszystkim naszym wychowawcom za wspaniały wspólnie spędzony czas i paniom kucharkom za pyszne jedzenie, a także gościom za tak liczne przybycie... i roześmiani zeszliśmy ze sceny. Wszak czekał na nas jeszcze pyszny poczęstunek i wiele innych atrakcji, jak na przykład uwielbiana przez nas loteria fantowa.

W międzyczasie, my, aktorzy teatrzyku, i pozostałe dzieciaki, chętnie pozowaliśmy do zdjęć... I słusznie! Tak myślę, bo był to nasz wielki i radosny dzień. A że widzów, uśmiechów i braw było sporo, to i zdjęć było sporo.

Przed rozejściem się do domów, jak co roku, wszystkie dzieciaki na szybko ustawiły się w dwuszeregu i zawołały chórem:

— Do następnego roku! Zapraszamy wszystkich!

— Do następnego! Dziękujemy za zaproszenie! Będziemy na pewno! — też chórem odpowiedzieli goście.


sobota, 14 sierpnia 2021

Miły miałam dzisiaj dzień, ale…

Byłam zaproszona na zakończeniu półkolonii pierwszego turnusu, na który uczęszczała moja wnuczka. Dzieciaki urządzały przedstawienie dla swoich rodziców, dziadków, opiekunów. Najpierw występy miały dzieci z młodszych grup, potem ze starszych, a na koniec razem. Wszak w półkolonii biorą udział dzieci w wieku od 6 do 15 lat.

Wspaniałe były te ich występy. Wielowątkowe, pouczające i przede wszystkim bardzo radosne.

 


Dzieciaki były bardzo przejęte swoją rolą i dały z siebie wszystko. Były skecze, tańce, piosenki... Przy ich wykonywaniu co rusz zaglądały ze sceny za swoimi bliskimi i kraśniały na twarzyczkach, widząc ich uśmiechniętych i słysząc gromkie brawa. Atmosfera była wspaniała... Ale i tak wróciłam do domu z mieszanym uczuciem.

Niby to dobra rzecz dać dzieciom zajęcie w czasie wakacji i czegoś je nauczyć, ale… właśnie to „ale” mnie męczy. Bo to, co tam oprócz przyjemności z występów dzieci doświadczyłam, podłamało mnie. Zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle to jest dobre miejsce dla mojej wnuczki. Dlaczego? Ano dlatego, że między jednym przedstawieniem a drugim, słyszałam jak niektóre starsze dzieci się do siebie odnoszą. O zgrozo! I żaden z wychowawców nie reagował na ich bezczelność, czy wręcz agresję w niektórych przypadkach. Jeden taki chłopaczek, chyba już piętnastoletni, to i nawet swojej wychowawczyni zdrowo nazdał. A ta nic! Jakby jej uszy woskiem zalano. No to ja zareagowałam, bo zdzierżyć tego ni jak nie mogłam.

— Pięknie się odzywasz… Nie wstyd ci tak brzydko się odnosić do swojej pani?

— To moja sprawa, jak ja się odnoszę! — fuknął w moim kierunku i poszedł sobie.

Trudno zrozumieć, co się teraz z tymi dziećmi porobiło. Ręce opadają. Kiedyś dzieci do starszych tak się nie odzywały. Miały większe poszanowanie i czuły respekt. A teraz? Okropność! Włos się jeży. Mózg staje w poprzek. Ciśnienie się podnosi. I już sama nie wiem, co jeszcze... A wiem, ręka... Jakbym tak trzepnęła jednego z drugim ściętakiem przez łeb, to może by się spamiętali.

Oczywiście żartuję z tym ściętakiem, ale przyznam szczerze, że w takich przypadkach nieraz mnie ręka świerzbi… Oj, świerzbi, jak cholera! Przepraszam za to wyrażenie, ale poniosło mnie na samo wspomnienie chamstwa tych tam niektórych małolatów.

Mimo wszystko chcę jednak wierzyć, że to tylko pojedyncze przypadki były... I ta wiara powoli mnie uspokaja.

Dobrze, że moja wnuczka już jako tako umie sobie radzić z takim chamskim koleżeństwem. Kiedy tylko poszła do szkoły, wiele razy z płaczem wracała do domu. Jej delikatność i wrażliwość przechodziła ogromną próbę. Po raz pierwszy zetknęła się z chamstwem i arogancją. Zawsze wpajamy jej, że na świecie są różni ludzie, i dobrzy, i źli, ba, nawet bardzo źli. Że w życiu nie uniknie kontaktów ze złymi ludźmi, choćby nie wiem jak chciała. Że musi się po prostu nauczyć z nimi żyć — tam gdzie jest to nieuniknione. Ale nigdy nie może dać się im poniewierać. Zaś w życiu osobistym, żeby złych ludzi omijała szerokim łukiem i starała się otaczać tylko dobrymi.

Ogólnie tylko ujęłam te nasze nauki, ale w każdym razie nigdy nie pozostawiamy jej samej w tym buszu ludzkich ułomności... i zawsze mamy rękę na pulsie.

***

Bardzo żałuję, że moje wnuczki nie mają żadnej ciotki czy też pociotki gdzieś na wsi, gdzie mogłyby spędzać wakacje. Żałuję, bo wiem, jakie to dobrodziejstwo. W dzieciństwie miałam właśnie takie cudowne miejsce. Prawie co roku jeździłam do mojej cioci Róży na wieś k/Kłodzka. To był cudowny, niezapomniany czas. Na kolonie jako dziecko nie lubiłam jeździć. Źle się na nich czułam. Właśnie z powodu przypadkowego koleżeństwa, które w większości mi nie odpowiadało, jak i z powodu bezduszności niektórych wychowawców kolonijnych. Jedno takie moje doznanie opisałam we wspomnieniu pt. „Kolonijne doświadczenia dziesięciolatki”.

Wśród swoich zawsze się dobrze czułam. Bo też byli mi bliscy, czuli, serdeczni, oddani. Tak bardzo bym chciała, aby i moje wnuczki miały jak najczęstszy kontakt z takimi ludźmi. Z moimi dziećmi często jeździłam na wakacje śladami swojego dzieciństwa. Byliśmy też parę razy u mojej kochanej cioci. Niestety, dzisiaj już jej nie ma wśród nas. Smutne, tym bardziej, że nie mamy już nikogo do niej podobnego. Nie mamy też takich podobnych miejsc… Na szczęście mamy siebie.