Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niech żyje sport!. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niech żyje sport!. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 lutego 2024

Wakacyjne wspomnienia z dziwnymi zawodami sportowymi w tle

Wreszcie wakacje. Można w końcu, choć na krótko zapomnieć o szkole, o tym niezbyt przyjaznym klasztorze. Nie bez kozery nasza szkoła była nazywana klasztorem. I to nie tylko ze względu na dyscyplinę, ale i na historię budynku, w którym się mieściła. Był adoptowany po przedwojennym klasztorze.

No ale nastał czas wakacji, nareszcie mogłam spotkać się ze swoimi kolegami z podstawówki, z którymi od najmłodszych lat się bawiłam, a którzy rozjechali się po Polsce do swoich nowych szkół. Lubiłam słuchać ich opowieści z ich nowego szkolnego życia.

Martin, jeden z moich najlepszych kolegów miał zawsze wiele do opowiadania. Najbardziej zaciekawiła mnie jego relacja z mistrzostw szkół wrocławskich w strzelaniu z KBKS-u, w których zajął pierwsze miejsce i o tym wszystkim, co się potem działo. Sama radość i świętowanie.



To ja rozumiem, docenionym i wyróżnionym chce się chodzić do szkoły. W mojej szkole, a dokładniej — w klasie trudno było się czymś wyróżnić albo coś osiągnąć, bo często już na przedbiegach zostawało się storpedowanym. Dlaczego? Tak działa babiniec.



Z Jasiem też bardzo chętnie się spotykałam, bo to nie tylko wspaniały kolega z podstawówki, ale również syn przyjaciół moich rodziców. Bardzo go lubię, bo jest taki miły i romantyczny. A przede wszystkim oczytany i dobrze ułożony.

Właściwie to spotykaliśmy się najczęściej we trójkę, bo też i ze Staszkiem ciągle trzymamy się razem. Wprawdzie mniej już szalejemy na dwuśladach mechanicznych, bo nasze stare komarki poszły na złom, a innych nie mamy. Niekiedy udaje nam się jednak od kogoś łaskawego pożyczyć. Oczywiście nie za darmo. Ale to już nie to, co wcześniej. Teraz więcej zajmujemy się muzyką. Staszek fajnie gra na gitarze, a Jasiu ładnie śpiewa.

Za każdym razem rozpływałam się w marzeniach, kiedy śpiewał mi piosenkę Jacka Lecha pt. „Bądź dziewczyną z moich marzeń”.

Bądź dziewczyną z moich marzeń, moich wspomnień,
bądź pamięcią, której nie da się zapomnieć,
bądź piosenką, którą rzucam wiatru śladom,
bądź mą myślą, moim światem!

Bądź dziewczyną z moich marzeń, moich wspomnień,
dniom wczorajszym, który dzisiaj wraca do mnie,
moją troską i radością, i tęsknotą,
gwiazdą, która świeci pustą nocą!

Bądź nadzieją, bądź mą wiosną i jesienią,
krzykiem ptaków gdzieś wysoko ponad ziemią,
bądź uśmiechem wśród tysiąca drobnych zdarzeń,
bądź dziewczyną z moich marzeń!

Czas wakacji jak zwykle niemiłosiernie szybko leciał. Połowa wakacji za mną. Robiłam jednak wszystko, aby nie myśleć o szkole. Zgodziłam się nawet, na prośbę tatusia, wziąć udział w Zakładowych Zawodach Sportowych w Chybiu. Wszak jestem dobrą sprinterką już od podstawówki.

Z pełnym zaangażowaniem i oddaniem starowałam na wielu zawodach LA. Z tak pełnym, że po jednych z nich aż w szpitalu wylądowałam. Dlaczego? Ano dlatego, że po falstarcie w biegu na 100 m, o którym nas zawodniczki poinformowano łaskawie dopiero na mecie, kazano nam biec od razu po raz drugi. Wprawdzie i za drugim razem zajęłam pierwsze miejsce, ale niestety po tym jakże ogromnym wysiłku uwięzła mi przepuklina i wylądowałam w szpitalu na operacji. A operację tę, notabene, zrobiono mi na żywca... Kurka wodna! Lekarze stwierdzili, że mam powiększone serce i nie chcą ryzykować. A ja takie duże serce mam od urodzenia... i wcale nie jest to jego wada.

Na rzeczonych zawodach w Chybiu, ku mojemu zadowoleniu i dumie tatusia, zajmuję również pierwsze miejsce w biegu na 100 m. Długo jednak niedane nam było się z tego faktu cieszyć, gdyż po paru minutach powiadomiono mnie, że zostałam zdyskwalifikowana. Za co? Ano za to, że biegłam w kolcach, a nie na bosaka, jak reszta zawodniczek.

Ot i komunistyczna polityka sportowa. Bosonogich sprinterek im się zachciało. A wcześniej nie widziano, że stoję w blokach startowych w kolcach. A tak w ogóle, to co to za bose zawody w drugiej połowie XX wieku... się pytam?

Na drugi start, na bosaka, nie dałam się namówić. Raz, że duma mi nie pozwalała, a dwa, że miałam złe doświadczenie. Wszystkie biegi pozostałych bosonogich zawodniczek przesiedziałam w tych moich nieszczęsnych kolcach z siostrą na murawie boiska, psiocząc na zacofane układy wśród tutejszych działaczy sportowych. No bo co miałam zrobić? Na układy nie ma rady!

Zaczęłam żałować, że tak jak moja siostrzyczka Teresa, nie przyjechałam do Chybia, aby sobie tylko poparadować wystrojonej... Że też mi się zachciało startować! Na szczęścia humor mi się nieco poprawił, bo po godzinie udaje mi się zająć pierwsze miejsce w pchnięciu kulą. No, niech se nie myślą! Cholewcia! Starą, doświadczoną sportowczynię tak potraktować?!

Tatuś znów był dumny. Ja nie, ale przynajmniej nie byłam już taka wściekła. Bo cóż to za wielkie zawody sportowe były? Nie dość, że bosonogie, to jeszcze nieuczciwe. Gdybym nie zajęła pierwszego miejsca, to z pewnością nikt z organizatorów nawet by nie zauważył, że mam kolce na nogach.

Martin też miał biec w kolcach, ale że mężczyźni startowali dopiero po kobietach, to do nich już dotarło, że kolce są be. Po całej tej niby sportowej imprezie mieliśmy czas na odpoczynek i refleksje. No i dwóch zawodników, czyli Martin i ja, trzymając w rękach zakazany detal sportowy, czyli swoje kolce, popsioczyliśmy sobie, ile wlezie na tę dziwolongowatość sędziów sportowych i całe te w rezultacie komiczne zawody.

Dwóch "niezawodników", czyli moja siostra Teresa i kolega Rysiek ochoczo nas wspomagali w psioczeniu. Nie powiem, trochę nam to pomagało. A potem, widząc tatusia zadowoloną minę, to już się nawet cieszyłam, bo też w końcu dla niego wzięłam udział w tych tak zwanych sportowych zawodach.




* Wspomnienie to dedykuję mojej wnuczce Indii, którą bardzo interesuje życie niegdysiejszej i dzisiejszej młodzieży w Polsce.


niedziela, 21 stycznia 2024

Wspomnienia z lat szkolnych z dedykacją*

Zbliża się już koniec roku szkolnego, bo oto jest 1 czerwca, Dzień Sportu. W sali gimnastycznej przygotowujemy się do pokazu sportowego. Trzy klasy naraz. Pokaz był taki sobie, bo wymuszony i nikomu z nas nie dawał większej satysfakcji.


(Hi, hi!... Trzy klasy i tylko jedna blond łepetyna... Moja).


Ciągle spoglądałyśmy na zegarki. Chciało się już być poza murami tego przybytku, bo na dworze cudowna pogoda. A na podwórku szkolnym czekały nas jeszcze krótkie pokazy, ale w promieniach słonecznych zawsze to raźniej i weselej.

No ale póki co, trzeba jeszcze wykonać to, czego od nas wymagano. Potem łaskawie już wypuszczą nas wreszcie na dwór. Wszystkie pokazowe ćwiczenia wykonałyśmy bezbłędnie. Profesorki od WF-u są zadowolone. To i dobrze, bo może ich zadowolenie udzieli się też i nam.





Po gromkich brawach widzów, czyli ciała pedagogicznego i uczniaków, poczułyśmy już w pełni zadowolenie. Ale i tak tęsknym okiem spoglądałyśmy na okna, na których słoneczko ścieliło swoje cudowne złote promienie. Jeszcze tylko jeden pokaz i jazda na podwórko... Huuurrraaa!

No wreszcie w słoneczku. Pokażemy jeszcze, co potrafi nasza klasa i wreszcie będzie można odsapnąć. Przed wejściem do sali gimnastycznej zebrała się dość spora grupa widzów, więc staramy się dobrze wypaść. Nawet nam się to udaje, wszak dużo ćwiczyłyśmy na lekcjach WF-u pod okiem naszej pani profesor.

Hmmm... No może tylko Hela stoi w zbyt szerokim rozkroku, ale chyba tego nikt nie zauważył, bo brawa dostałyśmy gromkie. Pamiętam, że Hela zawsze po lekcjach WF-u, kiedy ćwiczyłyśmy układ piramid, psioczyła na Krysię, że całym ciężarem przechyla się na jej rękę i kazała jej choć trochę samej trzymać się ziemi.

Widocznie Krysi to łatwo nie przychodziło, więc nic dziwnego, że i tym razem jest podobnie, i choć Hela robi dobrą minę, rozkracza się zdrowo.

Nie to, co Kazia, ta to stoi równiutko, wyprostowana i zupełnie nie odczuwa mojego ciężaru. Bo też ja, urodzona gimnastyczka, nie jedną figurę, nawet akrobatyczną, potrafię zrobić.



Łatwo jest mnie wszędzie rozpoznać, i to nie tylko ze względu na moje wygimnastykowanie, ale na mój biały łeb, ponieważ jestem jedyną blondynką w klasie. Poza mną większość to szatynki, kilka brunetek i jedna ruda... Ha, coś mi się wydaje, że jestem jedyną właścicielką blond łepetyny w całej szkole.

Śmieszył mnie profesor od Biurowości, bo zawsze zwracał się do mnie: — „Blond Wenus Czerwononóżka”. Fajnie, nie? Nie wiem, czemu "Wenus", a że "Czerwononóżka" to ze względu na moje ulubione czerwone rajstopy, które często miałam na nogach.



Druga piramida wyszła nam wspaniale. Hi, hi!... na solidnej postawie w postaci postawnej Eli nie ma prawa się zawalić. Wprawdzie Ela niewiele musiała się przy niej namęczyć, ale swoją posturą robiła wrażenie stabilności i równowagi piramidy.

Potem jeszcze kilka innych piramid zaprezentowałyśmy i byłyśmy już wolne. Wreszcie mogłyśmy się przebrać w normalne ciuchy, poprawić fryzury... i heya! w miasto.





Cieszyło nas to bardzo, tym bardziej że to tylko ze względu na szkolne święto wspaniałomyślnie pozwolono nam przyjść do szkoły w swoich normalnych ciuchach.

A to dla nas rzeczywiście wielkie święto, bo tak na co dzień to tylko nakazy, zakazy i źle pojęta dyscyplina. Brrr… strasznie niesprawiedliwy to był czas. Chociaż nie, bo z tego, co zaobserwowałam, to chyba jednak nie dla wszystkich był taki znów „brrr”. Dla dziewcząt z klasy tak zwanej "miejscowych" nie był z pewnością. One zawsze miała fory, i to pod każdym względem. Mogły się nawet ubierać bardziej swobodnie niż my, dziewczyny dojeżdżające z innych miast i wiosek.

Wiem, co mówię, bo ja zawsze miałam problemy za swój wygląd. Od kiedy mini weszło do mody, parę razy lądowałam w gabinecie dyrektorki, by się wytłumaczyć ze swojego ubioru i złożyć solenne przyrzeczenie, iż będę ubierała tylko spódniczki do połowy kolan, jak na uczennicę przystało.

Niektóre dziewczyny z klasy miejscowych też zaczynały nosić mini, ale jakoś żadna z nich nigdy nie musiała się z tego tłumaczyć w gabinecie dyrektorki. Co za niesprawiedliwość! Dlaczego tylko ja? Odpowiedź przyszła niebawem.

Nasz wychowawca udzielił mi jej na lekcji wychowawczej. Otóż okazało się, że to profesorka Ekonomii ciągle na mnie nadaje do pani dyrektor. Ta zarozumiała i zadufana w sobie stara panna. Ona od dawna była znana z tego, że z lubością tępiła wszystkie dziewczyny, które w miarę były ładne i potrafiły się podobać. Sama zaś stroiła się aż do przesady i jeszcze do tego romansowała z zastępcą dyrektorki. Aż nieprzyjemnie było na to patrzeć, wszak on był żonatym facetem.

Co za obłudnica! Raz na lekcji wezwała mnie do swojego biurka i ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu z centymetrem w ręku przystąpiła do mierzenia mojej spódniczki. Wreszcie, kiedy już ją zmierzyła, z niesmakiem stwierdziła, iż wygrała zakład z profesorką od Historii.

W końcu wyszło na jaw, że obie się założyły o to, czy moja spódniczka jest krótsza od strony Trybuny Ludu, czy dłuższa. Była krótsza. Cała klasa była zdumiona jej miną. Ja z resztą też. No bo skoro zakład wygrała, to czemu ta jej mina była taka zniesmaczona?

Byłam pewna, że za tą jej miną pójdą dalsze konsekwencje. No i poszły, gdyż już na drugi dzień w gabinecie pani dyrektor, od długiego stania, robiłam doły w jej dywanie. Wkurzyłam się nie na żarty tym ciągłym prześladowaniem mnie za moją spódniczkę i wzięłam się na sposób.

Jaki? Już opowiadam. Otóż przyszyłam do mojej spódniczki jedną część zamku błyskawicznego, drugą zaś naszyłam na kawałek takiego samego materiału co moja spódniczka, i gdy szłam do szkoły, tę część przedłużenia spódniczki doczepiałam, a kiedy ze szkoły wychodziłam, odczepiałam… No i wyszło na to, że i wilk był syty i owca cała.

Dzięki mojemu fortelowi zaznałam chwilowy spokój i przez jakiś czas dołów w dywanie pani dyrektor nie robiłam.


* Wspomnienia te dedykuję mojej wnuczce Indii, którą bardzo interesuje życie niegdysiejszej i dzisiejszej młodzieży w Polsce.


poniedziałek, 20 listopada 2023

Niech żyje sport! Wspomnienia z lat szkolnych w PRL

Każdego roku w naszej szkole 1 czerwca hucznie obchodziliśmy Dzień Sportu. Główne pokazy sportowe odbywały się zawsze w sali gimnastycznej, pozostałe na podwórku szkolnym.

Ja, jako stary sportowiec, zawsze brałam w nich czynny udział, i w pokazach, i w organizowanych w tym dniu zawodach międzyszkolnych.

Najpierw jednak w sali gimnastycznej trzeba było odbębnić swoje. Odbębnić to dobre słowo, przynajmniej w przypadku moich czterech koleżanek z klasy. Dlaczego? Ano dlatego, że w naszym inaugurującym Dzień Sportu pokazie — imitującym rozkwitający kwiat biało-czerwonej róży — tak niedbale wykonywały swoją rolę, że ja, jako jej czarny pręcik mało na łeb nie spadłam z tą swoją nie do końca jeszcze rozwiniętą szarfą: "Niech żyje sport"... Ładnie bym wtedy wyglądała z tym swoim hasłem.

Byłam nimi zawiedziona. Bo żeby mnie aż tak krzywo podnosić? Pozostałe dziewczyny, z młodszych klas, występujące jako płatki rzeczonej róży falowały natomiast jak się patrzy. Tylko te moje jakoś w tym dniu niezbyt w formie były.

W końcu po moim dość głośnym syknięciu ze strachu, że zaraz skompromitujemy się przed jakże ogromną widownią, zebrały się jakoś do kupy i wyrównały postawę pręcika, czyli moją.



Wtedy udało mi się nawet tę pergaminową szarfę do końca rozwinąć z dwóch ruloników, tyle że w moich rękach w międzyczasie się porwała przez te niespodziewane turbulencje i moim balansowaniu ciałem dla utrzymania równowagi.

Było to dla mnie zastanawiające, co poszło nie tak? Na treningach przygotowawczych jakoś ten nasz kwiat róży zawsze nam dobrze wychodził. To dlaczego w tym najważniejszym akurat dniu za czorta prawidłowo wyjść nie chciał?

No cóż, pewnie dziewczyny były stremowane występem przed tak dużą publicznością. Zwłaszcza przed profesorami... Kurcze, ale ja też byłam.