Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pamiętnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pamiętnik. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 stycznia 2024

Wspomnienia z lat szkolnych z dedykacją*

Zbliża się już koniec roku szkolnego, bo oto jest 1 czerwca, Dzień Sportu. W sali gimnastycznej przygotowujemy się do pokazu sportowego. Trzy klasy naraz. Pokaz był taki sobie, bo wymuszony i nikomu z nas nie dawał większej satysfakcji.


(Hi, hi!... Trzy klasy i tylko jedna blond łepetyna... Moja).


Ciągle spoglądałyśmy na zegarki. Chciało się już być poza murami tego przybytku, bo na dworze cudowna pogoda. A na podwórku szkolnym czekały nas jeszcze krótkie pokazy, ale w promieniach słonecznych zawsze to raźniej i weselej.

No ale póki co, trzeba jeszcze wykonać to, czego od nas wymagano. Potem łaskawie już wypuszczą nas wreszcie na dwór. Wszystkie pokazowe ćwiczenia wykonałyśmy bezbłędnie. Profesorki od WF-u są zadowolone. To i dobrze, bo może ich zadowolenie udzieli się też i nam.





Po gromkich brawach widzów, czyli ciała pedagogicznego i uczniaków, poczułyśmy już w pełni zadowolenie. Ale i tak tęsknym okiem spoglądałyśmy na okna, na których słoneczko ścieliło swoje cudowne złote promienie. Jeszcze tylko jeden pokaz i jazda na podwórko... Huuurrraaa!

No wreszcie w słoneczku. Pokażemy jeszcze, co potrafi nasza klasa i wreszcie będzie można odsapnąć. Przed wejściem do sali gimnastycznej zebrała się dość spora grupa widzów, więc staramy się dobrze wypaść. Nawet nam się to udaje, wszak dużo ćwiczyłyśmy na lekcjach WF-u pod okiem naszej pani profesor.

Hmmm... No może tylko Hela stoi w zbyt szerokim rozkroku, ale chyba tego nikt nie zauważył, bo brawa dostałyśmy gromkie. Pamiętam, że Hela zawsze po lekcjach WF-u, kiedy ćwiczyłyśmy układ piramid, psioczyła na Krysię, że całym ciężarem przechyla się na jej rękę i kazała jej choć trochę samej trzymać się ziemi.

Widocznie Krysi to łatwo nie przychodziło, więc nic dziwnego, że i tym razem jest podobnie, i choć Hela robi dobrą minę, rozkracza się zdrowo.

Nie to, co Kazia, ta to stoi równiutko, wyprostowana i zupełnie nie odczuwa mojego ciężaru. Bo też ja, urodzona gimnastyczka, nie jedną figurę, nawet akrobatyczną, potrafię zrobić.



Łatwo jest mnie wszędzie rozpoznać, i to nie tylko ze względu na moje wygimnastykowanie, ale na mój biały łeb, ponieważ jestem jedyną blondynką w klasie. Poza mną większość to szatynki, kilka brunetek i jedna ruda... Ha, coś mi się wydaje, że jestem jedyną właścicielką blond łepetyny w całej szkole.

Śmieszył mnie profesor od Biurowości, bo zawsze zwracał się do mnie: — „Blond Wenus Czerwononóżka”. Fajnie, nie? Nie wiem, czemu "Wenus", a że "Czerwononóżka" to ze względu na moje ulubione czerwone rajstopy, które często miałam na nogach.



Druga piramida wyszła nam wspaniale. Hi, hi!... na solidnej postawie w postaci postawnej Eli nie ma prawa się zawalić. Wprawdzie Ela niewiele musiała się przy niej namęczyć, ale swoją posturą robiła wrażenie stabilności i równowagi piramidy.

Potem jeszcze kilka innych piramid zaprezentowałyśmy i byłyśmy już wolne. Wreszcie mogłyśmy się przebrać w normalne ciuchy, poprawić fryzury... i heya! w miasto.





Cieszyło nas to bardzo, tym bardziej że to tylko ze względu na szkolne święto wspaniałomyślnie pozwolono nam przyjść do szkoły w swoich normalnych ciuchach.

A to dla nas rzeczywiście wielkie święto, bo tak na co dzień to tylko nakazy, zakazy i źle pojęta dyscyplina. Brrr… strasznie niesprawiedliwy to był czas. Chociaż nie, bo z tego, co zaobserwowałam, to chyba jednak nie dla wszystkich był taki znów „brrr”. Dla dziewcząt z klasy tak zwanej "miejscowych" nie był z pewnością. One zawsze miała fory, i to pod każdym względem. Mogły się nawet ubierać bardziej swobodnie niż my, dziewczyny dojeżdżające z innych miast i wiosek.

Wiem, co mówię, bo ja zawsze miałam problemy za swój wygląd. Od kiedy mini weszło do mody, parę razy lądowałam w gabinecie dyrektorki, by się wytłumaczyć ze swojego ubioru i złożyć solenne przyrzeczenie, iż będę ubierała tylko spódniczki do połowy kolan, jak na uczennicę przystało.

Niektóre dziewczyny z klasy miejscowych też zaczynały nosić mini, ale jakoś żadna z nich nigdy nie musiała się z tego tłumaczyć w gabinecie dyrektorki. Co za niesprawiedliwość! Dlaczego tylko ja? Odpowiedź przyszła niebawem.

Nasz wychowawca udzielił mi jej na lekcji wychowawczej. Otóż okazało się, że to profesorka Ekonomii ciągle na mnie nadaje do pani dyrektor. Ta zarozumiała i zadufana w sobie stara panna. Ona od dawna była znana z tego, że z lubością tępiła wszystkie dziewczyny, które w miarę były ładne i potrafiły się podobać. Sama zaś stroiła się aż do przesady i jeszcze do tego romansowała z zastępcą dyrektorki. Aż nieprzyjemnie było na to patrzeć, wszak on był żonatym facetem.

Co za obłudnica! Raz na lekcji wezwała mnie do swojego biurka i ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu z centymetrem w ręku przystąpiła do mierzenia mojej spódniczki. Wreszcie, kiedy już ją zmierzyła, z niesmakiem stwierdziła, iż wygrała zakład z profesorką od Historii.

W końcu wyszło na jaw, że obie się założyły o to, czy moja spódniczka jest krótsza od strony Trybuny Ludu, czy dłuższa. Była krótsza. Cała klasa była zdumiona jej miną. Ja z resztą też. No bo skoro zakład wygrała, to czemu ta jej mina była taka zniesmaczona?

Byłam pewna, że za tą jej miną pójdą dalsze konsekwencje. No i poszły, gdyż już na drugi dzień w gabinecie pani dyrektor, od długiego stania, robiłam doły w jej dywanie. Wkurzyłam się nie na żarty tym ciągłym prześladowaniem mnie za moją spódniczkę i wzięłam się na sposób.

Jaki? Już opowiadam. Otóż przyszyłam do mojej spódniczki jedną część zamku błyskawicznego, drugą zaś naszyłam na kawałek takiego samego materiału co moja spódniczka, i gdy szłam do szkoły, tę część przedłużenia spódniczki doczepiałam, a kiedy ze szkoły wychodziłam, odczepiałam… No i wyszło na to, że i wilk był syty i owca cała.

Dzięki mojemu fortelowi zaznałam chwilowy spokój i przez jakiś czas dołów w dywanie pani dyrektor nie robiłam.


* Wspomnienia te dedykuję mojej wnuczce Indii, którą bardzo interesuje życie niegdysiejszej i dzisiejszej młodzieży w Polsce.


poniedziałek, 20 listopada 2023

Niech żyje sport! Wspomnienia z lat szkolnych w PRL

Każdego roku w naszej szkole 1 czerwca hucznie obchodziliśmy Dzień Sportu. Główne pokazy sportowe odbywały się zawsze w sali gimnastycznej, pozostałe na podwórku szkolnym.

Ja, jako stary sportowiec, zawsze brałam w nich czynny udział, i w pokazach, i w organizowanych w tym dniu zawodach międzyszkolnych.

Najpierw jednak w sali gimnastycznej trzeba było odbębnić swoje. Odbębnić to dobre słowo, przynajmniej w przypadku moich czterech koleżanek z klasy. Dlaczego? Ano dlatego, że w naszym inaugurującym Dzień Sportu pokazie — imitującym rozkwitający kwiat biało-czerwonej róży — tak niedbale wykonywały swoją rolę, że ja, jako jej czarny pręcik mało na łeb nie spadłam z tą swoją nie do końca jeszcze rozwiniętą szarfą: "Niech żyje sport"... Ładnie bym wtedy wyglądała z tym swoim hasłem.

Byłam nimi zawiedziona. Bo żeby mnie aż tak krzywo podnosić? Pozostałe dziewczyny, z młodszych klas, występujące jako płatki rzeczonej róży falowały natomiast jak się patrzy. Tylko te moje jakoś w tym dniu niezbyt w formie były.

W końcu po moim dość głośnym syknięciu ze strachu, że zaraz skompromitujemy się przed jakże ogromną widownią, zebrały się jakoś do kupy i wyrównały postawę pręcika, czyli moją.



Wtedy udało mi się nawet tę pergaminową szarfę do końca rozwinąć z dwóch ruloników, tyle że w moich rękach w międzyczasie się porwała przez te niespodziewane turbulencje i moim balansowaniu ciałem dla utrzymania równowagi.

Było to dla mnie zastanawiające, co poszło nie tak? Na treningach przygotowawczych jakoś ten nasz kwiat róży zawsze nam dobrze wychodził. To dlaczego w tym najważniejszym akurat dniu za czorta prawidłowo wyjść nie chciał?

No cóż, pewnie dziewczyny były stremowane występem przed tak dużą publicznością. Zwłaszcza przed profesorami... Kurcze, ale ja też byłam.


piątek, 2 lipca 2021

Imieniny w dniu urodzin... albo na odwrót

Nieczęsto się zdarza, aby otrzymać od rodziców imię z dnia swoich narodzin. Ja otrzymałam. I muszę się przyznać, że tak po prawdzie, to nie lubię tego swojego podwójnego święta. Tak mi się przynajmniej wydaje, kiedy ono się zbliża. Ale jak już ten dzień nastąpi, to lubię. Nawet bardzo. Skąd więc ten mój ambiwalentny stosunek do własnego święta. Już wyjaśniam.

A więc tak: lubię dzień moich urodzin i imienin dlatego, ponieważ cieszy mnie, że tyle osób o mnie pamięta i zewsząd śle życzenia. Bo to przecież bardzo, ale to bardzo miłe.

Nie lubię zaś dlatego, bo... ha!... no właśnie... Nie, nie dlatego, że mi przypomina ileż to mam już lat i że czas nieubłaganie szybko leci. Nie! Od przekroczenia pewnego wieku to nawet zapominam, ile mam lat. Ot, taka to szczególna amnezja na własny użytek. Z tego też względu staram się nie zaglądać do osobistego dowodu tożsamości, bo a nuż wzrok mi się omsknie i niechcący zerknę na to miejsce, gdzie ta nieszczęsna data urodzenia stoi. Przez ostatnie lata mojego życia nauczyłam się w tym temacie być bardzo ostrożną. Po co sobie niepotrzebnie psuć humor jakąś tam mało istotną datą?

Dlaczego więc swojego podwójnego święta nie lubię? Otóż swojego podwójnego święta nie lubię... już od dzieciństwa. Dziwne, nie? Dla mnie jednak nie. A to dlatego, że swoim przyjściem na świat zburzyłam porządek w mojej kochanej rodzince, bo przyszłam sobie jako trzecia z rzędu dziewczynka, nie bacząc na to, że moi rodzice tak bardzo pragnęli mieć chłopczyka. Dla dziewczynki nawet imienia nie mieli wybranego. Byli pewni, że będzie chłopczyk. Nawet to, że postarałam się zrobić im ogromną niespodziankę i zameldowałam się na świecie w niedzielę, nie zdołało ich w tym dniu uszczęśliwić i załagodzić rozczarowanie moją odmienną płcią.

Rodzice czuli się tak bardzo zawiedzeni, że nie zadając sobie trudu, dali mi takie imię, jakie sobie przyniosłam, czyli takie, jakie stało w kalendarzu w dniu moich narodzin. No a potem, kiedy latek parę mi przybyło i już rozumiałam, co trzeba, to już zawsze musiałam być zazdrosna o swoje starsze siostrzyczki, że one dwa razy w roku obchodziły swoje święta, a ja tylko raz. A co gorsza, dwa razy w roku otrzymywały prezenty. A to dla mnie, jako dziecka, nie mogło być przecież miłe. Bo czymże ja zawiniłam, że tylko w jednym dniu święto miałam? Że podwójne, tym gorzej.

No i co? Czy nie mogłam nabawić się urazu do tego swojego podwójnego święta przez te wszystkie lata dzieciństwa? Ano mogłam… i się nabawiłam. I to paskudztwo w pewnym sensie trzyma mnie do dziś.

Jednak samą datę 1 lipca przyszło mi w przyszłości z pewnego cudownego względu bardzo, ale to bardzo polubić. Ponieważ, będąc w słusznym już wieku, w dniu tym urodziłam ukochanego syneczka. Szczęściara ze mnie, nie? To pewnie dlatego, że się w niedzielę urodziłam. Nie, nie dałam mu na imię Marian. Był wyczekiwanym chłopczykiem. Dziewczynkę już miałam. Trzy lata starszą.

 


No trudno, trzeba się z tymi cyferkami pogodzić... i dalej żyć radośnie. ;)


poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Pociąg do sportu w czasach komuny

U mnie pociąg do sportu to pewnie dziedziczny jest. Mój ojciec za młodych lat był sportowcem. Grał w piłkę nożną. Dzieciństwo spędziłam na boisku, i to nie tylko na meczach, między meczami również. W późniejszych latach ojciec pełnił społeczną funkcję prezesa Klubu Sportowego, toteż boisko stało przede mną i moimi starszymi siostrami otworem. Ale tylko ja załapałam bakcyla sportowego. I to na całe życie.

Kiedy się urodziłam jako trzecia córeczka kochanych rodziców (a miałam być syneczkiem), ojciec jeszcze grał przez parę lat, ale ja tego nie pamiętam. Byłam pewnie zbyt mała. Pamiętam natomiast późniejsze lata, kiedy ojciec był już prezesem i zabierał mnie na mecze. Bardzo lubiłam być na meczach, zwłaszcza wtedy, kiedy ojca drużyna strzelała gole. Nie to, że aż tak bardzo jej kibicowałam, no, może trochę też, ale przede wszystkim dlatego, że co gol, to ja frrruuu!... w powietrze. Tak tatulko w szale radości za każdym golem podrzucał mnie jak piłkę. Wysoko, bardzo wysoko. Ależ to była dla mnie radocha!


Kochałam sport od dziecka i przez wszystkie lata szkolne byłam sportsmenką. Startowałam na wielu zawodach lekkoatletycznych. Chybabym nie zliczyła na ilu. Wyniki miałam różne, ale nigdy złe. Niekiedy nawet bardzo dobre. Zwłaszcza w sprincie.
Oto moje hasło z tamtych lat: „Niech żyje sport!”. I nie tylko z tamtych. Zdjęcie pochodzi z uroczystych obchodów Dnia Sportu w szkole średniej.

Robiłam za pręcik (hmm... a może za słupek? Nieważne) wyłaniający się z falującej na wietrze biało-czerwonej róży. Pamiętam, że dziewczyny tak krzywo mnie podnosiły, że ledwie utrzymałam równowagę. Mało na łeb na szyję nie spadłam… Ładnie bym wtedy wyglądała z tym swoim hasłem. Ale szarfa z pergaminu i tak mi się porwała przy tym moim balansowaniu ciałem dla utrzymania równowagi.


Niekiedy nawet i w czasie wakacji startowałam w różnych zawodach. Najbardziej upamiętniły mi się zawody sportowe w Chybiu, w których brałam udział na prośbę mojego ojca. Bo to ojca Zjednoczenie organizowało tam zawody, a ojciec koniecznie chciał, aby jego zakład pracy te zawody wygrał. Ku wielkiej radości mojego tatulki zajęłam pierwsze miejsce w biegu na 100 m. Długo jednak nie było nam dane z tego faktu się cieszyć, ponieważ po paru zaledwie minutach zdyskwalifikowano mnie. Za co? Ano za to, że biegłam w kolcach (sic!) a nie na bosaka, jak kilka innych zawodniczek. Ot i komunistyczna polityka sportowa. Bosonogich sprinterek im się zachciało. Wcześniej nie widziano, że stoję w blokach startowych w kolcach? A tak w ogóle, to co to za bose zawody w drugiej połowie XX wieku ja się pytam? To znaczy — pytałam. Wtedy. Bo dziś to jedynie ubaw mam z tych wspomnień.


Doskonale jednak pamiętam jaka zła byłam na siebie po tej dyskwalifikacji, że mi się zachciało startować w takich dennych zawodach. Na szczęście później humor mi się nieco poprawił, bo udało mi się zająć pierwsze miejsce w pchnięciu kulą. Na bosaka oczywiście. Tatuś znów był dumny. Ja mniej, ale przynajmniej już taka zła nie byłam. Ale gdy zobaczyłam jego zadowoloną minę, powoli zaczynałam się już nawet cieszyć, bo to też w końcu dla niego wzięłam udział w tych tzw. „zawodach sportowych”.
Później jeszcze wiele lat startowałam w różnych zawodach. Nawet kiedy miałam już rodzinkę i dziecko.

Byłam w 2-gim miesiącu ciąży z drugim dzieckiem i nadal brałam udział w zawodach LA. Startowałam m.in. w Młodzieżowych Zawodach Sportowych w Riesie w NRD. Chociaż nigdy do tej „ferajny” nie należałam, udział w igrzyskach wzięłam. Wszak sport to taka dziedzina życia, w której rywalizuje się ponad podziałami.
Wtedy jednak jeszcze nie wiedziałam, że rodzinka mi się powiększy. Spokojnie wzięłam więc udział jeszcze i w Igrzyskach Młodzieżowych zorganizowanych przez ZMS w naszym mieście. A po igrzyskach uczestniczyłam naturalnie w wielkim bankiecie i odbierałam dyplomy. Po tych igrzyskach przeszłam jednak w stan spoczynku. Po paru miesiącach zostałam po raz drugi szczęśliwą mamą.
Nie bez powodu najbardziej zapamiętały mi się te Igrzyska Młodzieżowe, bo jak się okazało, były to moje ostatnie zawody. Zawody, bo ze sportu nie zrezygnowałam do dziś. 

sobota, 7 marca 2020

Do epidemii każde podejście jest lepsze niż panika

Nie cierpię latać po lekarzach, a w tym tygodniu już po raz drugi u lekarza byłam. W środę byłam u stomatologa, dzisiaj u domowego. Nie, nie czuję się chora. Byłam jedynie w celu zaszczepienia się przeciw grypie… zwykłej grypie. Nie uległam społecznej fobii pod tytułem: „świńska grypa”, a rozdmuchanej przede wszystkim przez firmy farmaceutyczne. W tym „rozdmuchu” wiadomo o co chodzi. Chodzi o pieniądze. Ogromne pieniądze. Firmy farmaceutyczne celowo straszą świat pandemią, by wykorzystać nadarzającą się okazję na zbicie fortuny. A że jesień i zima to sezon na grypę, więc w tym akurat okresie muszą swoje szczepionki wprowadzić do sprzedaży. No i wprowadzają. Na gwałt. E tam, wprowadzają… wciskają! Tak, wciskają nam je bez dokładnego przetestowania pod kątem skutków ubocznych. Pewnie zdają sobie sprawę, że czas działa na ich niekorzyść, gdyż wiosną ludzie przekonają się, iż ta odmiana grypy w ogóle nie jest taka straszna. Na chybcika wciskają nam więc to, co na już mają, aby jak najszybciej zarobić te swoje ogromne pieniądze.

O nie, nie ze mną... Wkurza mnie ta sytuacja. A nawet sama nazwa tej grypy. Bo jakaż to ona świńska, hę?... Była, lata temu (jakieś 90), a teraz ludzie ją przede wszystkim przenoszą. Biedne świnki! Amerykańscy producenci wieprzowiny też głośno protestują przeciwko tej nazwie. A co mają o niej powiedzieć wegetarianie? Albo wyznawcy islamu? Świń nie jedzą a się zarażają. Pewnie dlatego firmy farmaceutyczne, mając i takich ludzi na względzie, używają częściej jej naukowej nazwy: A/H1N1.
Wkurzająca jest ta bezduszność i zachłanność potentatów farmaceutycznych. Człowiek już dawno przestał się dla nich liczyć. Liczą się tylko pieniądze. Ludzie powinni im a kuku! zrobić i w ogóle szczepieniu się nie poddawać. Niechaj się sami szprycują tymi świńskimi szczepionkami.

Z tego co wiem od mojego lekarza, to mało kto chce się narażać i robić z siebie królika doświadczalnego. W jego przychodni lekarskiej dopiero jedna osoba pytała o tę szczepionkę, ale kiedy on jej powiedział, że musi podpisać oświadczenie, że na swoją odpowiedzialność chce być zaszczepiona, momentalnie zrezygnowała. Nic dziwnego, nikt nie lubi świadomie brać na siebie takiego ryzyka. Wiem też, że są i takie osoby, które choć należą do grupy ryzyka, również nie mają zamiaru poddać się szczepieniu. Mój lekarz zaszczepił się tylko przeciwko zwykłej grypie, bo jak mówił, nie wierzy w skuteczność szczepionki, a obawy co do skutków ubocznych ma wielkie. Śmiał się, że to zwykła manipulacja firm farmaceutycznych. Zresztą, sama statystyka przemawia za tą tezą. Bo skoro w tym roku na zwykłą grypę, chociażby tutaj w Niemczech, zmarło kilkaset osób i nikt nie podnosił larum, że to epidemia, a na A/H1N1 tylko jedna, i wmawia się nam groźbę pandemii, to co innego to może znaczyć?

Drugi lekarz, którego znam, homeopata, twierdzi zaś, że nawet te coroczne szczepienia przeciw grypie nic nie dają. Są dla organizmu wręcz szkodliwe. On sam nigdy się nie szczepi. Nie szczepi też nikogo ze swojej rodziny.
No i bądź tu człowieku mądry i… Nie będę nawet dodawać, co po „i” następuje, bo też dla każdego człowieka następuje co innego. Ale zdrowie, wiadomo, dla każdego jest takim samym dobrem… Najwyższym dobrem. Kurcze, no i co tu robić? Szczepić się, czy się nie szczepić? Oto jest pytanie… i dylemat.

Przyszło nam żyć w czasach szalonego postępu technicznego, i to w każdej dziedzinie życia. Z pewnością jest to ogromny sukces ludzkości, ale czy te wszystkie zdobycze techniki tak do końca są nam przyjazne? Nikt z nas pewnym być nie może. No bo jak, skoro zewsząd docierają do nas sprzeczne informacje o ich oddziaływaniu na ludzki organizm. Cóż, z pewnością za naszego życia prawdy nie przyjdzie nam poznać. Pewnie przyszłe pokolenia dopiero ją poznają. Nam przyszło być testerami wszystkich tych cywilizacyjnych zdobyczy... Dla potomnych. Sami jednak też bardzo skrzętnie z nich korzystamy. Wręcz nie wyobrażamy sobie już dziś życia bez niektórych z nich. Na przykład bez komórki albo komputera... Olaboga! tylko nie to!


30 października 2009 roku



Załapałam wirusa A/H1N1


Niestety. To pewne. Mam go w sobie. Skąd ta pewność? No bo skoro mój najmłodszy wnuczek załapał go w przedszkolu i od wczoraj jest chory, a ja przez cały czas z nim byłam, wszystko przy nim robiłam, na rękach biedulkę nosiłam — to jakżeby inaczej? Teraz tylko czekać, czy ten świński wirus, o przepraszam, A/H1N1 się we mnie rozpanoszy… i z nóg powali. Wcześniej go lekceważyłam, a teraz stanęłam z nim oko w oko... A to ci dopiero! Zaraza jedna!

Wczoraj wieczorem, kiedy od mojego wnuczka wróciłam do domu, nafaszerowałam się czosnkiem. Tak na wszelki wypadek. Może przepędzi tego skubańca z mojego organizmu. Zaś dzisiaj z samego rana pognałam do lasu, aby się porządnie wypocić. Zasuwałam świńskim truchcikiem po leśnych ścieżynkach ponad godzinę i rzeczywiście spociłam się jak prosiak. Mam nadzieję, że wypociłam tego świntucha. Zobaczymy… Najbliższy czas pokaże.

Przed chwilą rozmawiałam telefonicznie z moją córką. Mówiła, że mój wnusio chorutki jest jeszcze bardzo, ale trzyma się dzielnie. Po chwili i sam wnusio zadzwonił do mnie.
Babciu, ale ty nie możesz być chora — powiedział między jednym kichnięciem a drugim. — Bo jak ja wyzdrowieję, to kto mnie z przedszkola odbierze? Mama musi pracować. Tata też.
No nie mam wyjścia. Muszę być zdrowa. Dla mojego wnuczka. Dla pozostałych wnuków także. Najstarszy wnuk (z kolei syn mojego syna) jest już po chorobie. Jakieś dwa tygodnie temu chorował. Ale ja wtedy nie miałam z nim bezpośredniego kontaktu i z jego świńską… o pardon… grypą A/H1N1. Tym razem kontakt miałam, i z wnuczkiem, i z… e tam, będę się przejmować! Co ma wisieć, nie utonie.

Gdybym w najbliższych dniach zamilkła, oznaczać będzie niezbicie, że ten skubany wirus się we mnie jednak rozbisurmanił. No dobra, nie będę już przynudzać tym świńskim tematem, bo z pewnością każdy ma go już dość. Pożyjemy to i zobaczymy jak będzie. Ale tak na wszelki wypadek, każdemu mocnego układu immunologicznego życzę. Sobie również.


28 listopada 2009 roku

Meldunek z pola walki


Melduję posłusznie, że mój wnuczek jest już całkiem zdrowy i dzisiaj poszedł pierwszy raz po chorobie do przedszkola. A ja? Ja nadal jestem zdrowa. Świński wirus A/H1N1 się mnie nie ima. Chociaż przez cały czas choroby mojego wnuczka byłam przy nim. Wygląda na to, że maszyneria w moim układzie odpornościowym pracuje jak się patrzy. Pewnie też i moja codzienna profilaktyka dobrze się mu przysłużyła. No ale że nieszczęścia muszą jednak chodzić parami, żeby nie wiem co, to zamiast mnie, wirus zaatakował mój komputer... i szlag go z kretesem trafił. Rozkraczył się na amen. A może obraził się na mnie za to, że go trochę zbluzgałam, kiedy stawiał opory przy odpalaniu? No cóż, może i dlatego. Ponoć maszyny też mają dusze i czują. Jakkolwiek by nie było, fakt faktem, że od tygodnia nie mam komputera a jedynie laptopa. Córka mi pożyczyła. Ale cóż to za dziwne ustrojstwo? Malutkie to to... i ni jak do moich niezgrabnych, wręcz bokserskich rąk nie pasuje. Ciągle coś nieopatrznie paluchami zahaczam i cuda niewidy mi z mojego pisania wychodzą. Tym bardziej, że moje paluchy ciągle pamiętają zwykłą maszynę do pisania i silą rzeczy mają w sobie zakodowaną siłę uderzenia. A jeszcze do tego wszystkiego, laptopek ten ma klawiaturę niemiecką. No niby też na zasadzie "Qwerty", ale jednak nie całkiem, bo chociażby właśnie literka "y" jest tam gdzie w polskiej klawiaturze "z"... i na odwrót. Dlatego też ciągle się mylę i moje pisanie wygląda jak wygląda. A takich różnic w klawiaturze jest więcej. A już zwłaszcza brak jest na niej naszych polskich ogonków. I jak mi pisać bez nich? Ja kocham nasze polskie ogonki i moje pisanie bez nich wcale mi się nie podoba. Ale jeszcze parę dni i na nowo rozszaleję się z pisaniem... A co?! Przecież pisanie jest esencją mojego życia.

Huuurrraaa!!! Przed chwilą dzwonił mój kochany syn z cudowną wiadomością. Otóż mój komputer, przez niego zamówiony, przed chwilą dostarczono. Jakże się cieszę! Teraz tylko mój syneczek wszystkie moje programy w nim zainstaluje, no i najważniejsze... zajmie się odzyskiwaniem danych z twardego dysku mojego rozkraczonego komputera. Kurczę pieczone...! aż mi ciary po plecach przelatują na samą myśl, że mógłby mieć problemy z ich odzyskaniem. Toż to na tym szanownym twardziutkim dysku moja kilkuletnia krwawica jest zapisana. I nie tylko, bo wiele jeszcze albumów ze zdjęciami i innych ciekawych, potrzebnych rzeczy. No nic, najbliższy czas pokaże jak będę wyglądać w nowym kompie. Mam nadzieję, że nie jak... przez okno.


4 grudnia 2009 roku