Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspomnienia Halszki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspomnienia Halszki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 marca 2024

Wspomnienia z ostatnich zawodów sportowych... i nie tylko

Kiedy weszłam w dorosłość jeszcze wiele lat startowałam w różnych zawodach sportowych. Nawet kiedy miałam już rodzinę i dziecko.

Co więcej, kiedy byłam w drugim miesiącu ciąży z drugim dzieckiem, to też brałam udział w zawodach LA. Startowałam m.in. w Młodzieżowych Zawodach Sportowych w Riesie w NRD. Chociaż nigdy do tej „ferajny” nie należałam, udział w igrzyskach wzięłam. Wszak sport to taka dziedzina życia, w której rywalizuje się ponad podziałami.

Wtedy jednak jeszcze nie wiedziałam, że rodzinka mi się powiększy. Spokojnie wzięłam więc udział jeszcze i w Igrzyskach Młodzieżowych zorganizowanych przez ZMS w naszym mieście. A po igrzyskach uczestniczyłam naturalnie w wielkim bankiecie i odbierałam dyplomy za dobre wyniki.

Po tych igrzyskach przeszłam jednak w chwilowy stan spoczynku (sic!). Po paru miesiącach zostałam wszak po raz drugi szczęśliwą mamą. 



Nie bez kozery najbardziej zapamiętały mi się te Igrzyska Młodzieżowe, bo jak się później okazało, były to jednak moje ostatnie zawody. Zawody, bo ze sportu nie zrezygnowałam.

Pół roku po urodzeniu drugiego dziecka zaczęłam trenować w Klubie Badmintona. A gdy pracowałam już w SMS (Szkoła Mistrzostwa Sportowego), zaczęłam uprawiać jogging. Wtedy też dołączyło do mnie kilka koleżanek i nazwałyśmy swój babski klub "Klubem Igiełka".

Potem przyszedł jeszcze czas na aerobik. Z wielką przyjemnością uprawiałam tę wspaniałą dyscyplinę w Fitness Club przez wiele lat. Po latach już razem z córką.

Dziś nadal uprawiam sport, zwłaszcza jazdę na rowerze, Nordic Walking i pływanie. Chociaż od momentu pandemii koronawirusa przestałam chodzić na krytą pływalnię. Pozostały jednak otwarte akweny.

Z Inline Skates zrezygnowałam parę lat wcześniej, kiedy to poważnie strzaskałam sobie kość ogonową, padając jak ta melepeta na dupsko przy dużej szybkości. Jak się okazało, wjechałam na jakiś metalowy przedmiot leżący na drodze, bo zamiast na drogę, patrzyłam w niebo, pokazując akurat ogromny balon jadącej obok mnie synowej. Wprawdzie potem jeszcze trochę jeździłam, ale już bez większych szaleństw, bo z wnuczkami.

Dziś poszaleć mogę jedynie na rowerze. Za co, co rusz dostaję burę od dzieci. Dlatego też najbardziej lubię jeździć w pojedynkę. Nikt wtedy nie widzi, jak jeżdżę i gdzie. A jeżdżę tylko po górach i lasach.

Na kijkach z kolei maszeruję po lesie przynajmniej dwa razy w tygodniu. To jednak dla mnie zbyt stateczny sport, bo z niewielką dawką adrenaliny. No ale w sumie dobrze mi robi. Zawsze spocona wracam do domu.

Każdego wieczora jeszcze biegam — 2 km. Gdzie?... A po domu. Mam taką wyznaczoną trasę i zasuwam po niej zawsze, trzymając w jednym ręku głośnik JBL (nie znoszę słuchawek) i słuchając różnych audycji, i w drugim komórkę ustawioną na program mierzący puls i odległość.

Może to się wydać komuś śmieszne, że ja tak po domu... ale to nic. Najważniejsze, że mnie bawi i pozwala utrzymać dobrą kondycję.

Widać to po mojej apteczce, w której, jak do tej pory, oprócz środków opatrunkowych nie ma żadnego lekarstwa... Oby tak dalej. I jak najdłużej!



wtorek, 2 marca 2021

Kartka z kalendarza prawdę ci powie?

Zaglądanie do kalendarza i czytanie, co stoi w nim zapisane w kolejnych dniach, to dobry nawyk. Wiele ciekawych rzeczy można się z takich karteluszek dowiedzieć. Ale trzeba czytać dokładne. Wiem, co mówię, bo gdybym sama czytała tak jak trzeba, tobym może wiedziała, że 2 marca mam imieniny. I chyba nigdy bym się o tym nie dowiedziała, gdyby nie mój znajomy z Internetu, Stefan, który „wystartował” do mnie w tym dniu z życzeniami. Wprawdzie z ”profilaktycznymi” tylko, jak to określił... ale jednak. Miłe to bardzo. Tym bardziej, że od kiedy żyję na Obczyźnie, zupełnie zapomniałam o czymś takim jak imieniny. Bo też tutaj ich się w ogóle nie obchodzi. Urodziny tylko.

Zresztą, już nawet w Polsce swoich imienin nie obchodziłam, bo i po co, skoro sama sobie je przyniosłam wraz z zameldowaniem się na tym pięknym świecie. Bo tak po prawdzie, to ja Halina... ale też i Michalszka oraz Halszka, ponieważ tak do mnie od dzieciństwa zwracają się moi bliscy i wielu znajomych. Jednak wcześniej nigdy by mi nawet na myśl nie przyszło, że Halszka też ma zapisane w kalendarzu imieniny. Szkoda, bo może bym je nawet polubiła, skoro mogłabym je oddzielnie od urodzin obchodzić. No i może obchodziłabym je hucznie już od dawna? Pewnie nic straconego. Dzięki Stefanowi dowiedziałam się, że imieniny Halszki w ogóle istnieją. Wszak stoi to jak byk na kartce z kalendarza z dnia 2 marca, którą Stefan mi przysłał.

 


A jaka mądra sentencja widnieje na tej kartce... Ho, ho, ho! I to nie byle kogo, bo samego Napolcia Bonapartego: „Słabość władzy najwyższej jest najgorszym nieszczęściem ludów”... No i czyż nie warto czytać kartek z kalendarza?

Od tamtej pory czytam zawsze i zawsze też pamiętam (bo to przyjemne), że mam imieniny... Ale tutaj tylko ja pamiętam, bo tak jak wspominałam, tutaj imienin... itd.  

 

***

A nasza korespondencja ze Stefanem w tamtym dniu wyglądała tak:

* Cześć, Halszka. Patrzę, a w kalendarzu stoi dziś Halszki!
Profilaktycznie — Wszystkiego Najlepszego — Stefan.

* Dzięki, Stefan, za wieczorną wizytę! No to ja profilaktycznie dziękuję za Twoje profilaktyczne życzenia! :D Wprawdzie w kalendarzu stoi Heleny, nie Halszki, i... aha... no tak, stąd te Twoje "profilaktyczne życzenia”. O kurcze... ale się profilaktycznie zrobiło.

No nic, pozdrawiam oraz dobrej nocki życzę... i to nie tylko profilaktycznie! Halszka

* No coś Ty, Halszka! Na dowód, że Halszki było wysłałem Ci pocztą mailową kartkę z kalendarza. Troszkę pracy sobie zadałem... Ale ja lubię porządek, nie tylko w papierach.
Wszystkiego najlepszego raz jeszcze. I oczekuje na prezent.

Profilaktycznie mam dowód, że nie jest ze mną jeszcze tak źle! A wasz kraj jakiś taki dziwny? Żadnych kiepskich dróg. Nie stać was na Kaczyńskiego. I jeszcze do tego kalendarze do d..y. Stefan

* O kurczę, Stefan, rzeczywiście 2 marca są imieniny Halszki. Ty wiesz, że ja o tym nigdy nie wiedziałam? Zwracam honor... nie tylko profilaktycznie. Ba, nawet o czymś takim, jak imieniny, zupełnie zapomniałam, żyjąc w Niemczech... bo też tutaj imienin się nie obchodzi.
Zaraz, a na jaki Ty prezent czekasz, skoro to ja mam (miałam) imieniny, nie Ty? No dobra, Twoje „profilaktyczne życzenia" wystarczą... A już Twoja fatyga wręcz zobowiązuje. Dobrze, że jesteś! Dobrze, że jesteś taki, jaki jesteś! Czyli porządkowy — "nie tylko w papierach". Lubię takich, bo sama jestem "porządkowa".
Aha... nigdy do mnie nie mów: "wasz kraj", bo też moim krajem zawsze była, jest, i będzie — Polska. Niemcy, mnie tylko — przy moim dziwnym zrządzeniu losu — zaadoptowały. Są więc moim krajem adopcyjnym, że się tak wyrażę. Przyznam jednak, że wcale nie żałuję, że nie ma tu takich "kiepskich dróg... i Kaczyńskiego”. Rany, już bym szybciej kiepskie drogi zniosła, niż Kaczyńskiego, Wszystko, tylko nie on!

OK... a więc tak: w podziękowaniu za Twoje życzenia, a także i fatygę, dedykuję Ci piękną piosenkę z tamtych lat. Masz ją już w poczcie mailowej.

Chciałam Cię też poczęstować szampanem... ale że tutaj jest to niemożliwe, lejącego się szampana musisz sobie wyobrazić sam... Iii... Eee tam... co się będę certolić! Z różą w zębachzapraszam Cię do tańca! Halszka 

s_f_01_875_01_02


Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"


niedziela, 21 lutego 2021

Z kijkami przez swój mały świat

Kiedyś nawet nie myślałam, żeby sprawić sobie kijki Nordic Walking. Nie to, żebym leniwa była albo mało wysportowana. Nie. W swoim życiu wiele różnych sportów uprawiałam i zawsze się zdrowo ruszałam: bieganie, pływanie, rower, czasem badminton a nawet piłka nożna z wnukami.

Do kijków jednak podchodziłam jak pies do jeża. Nie wierzyłam, że dam się kiedyś na nie skusić i będę z nimi maszerować, czyli uprawiać Nordic Walking, mówiąc fachowo. Dlaczego? Ano dlatego, że ja po prostu, nie lubię mieć zajętych rąk. Zwłaszcza będąc w lesie. Uwielbiam fotografować, a w lesie co rusz znajduje się przecież wdzięczny obiekt do obfotografowania. No to jak tu ręce mieć zajęte?

Moja córka często namawiała mnie na ich kupno. Sama już wtedy ponad pięć lat uprawia Nordic Walking. Lecz ja, uparciuch niemożebny, nie dawałam się jej namówić. — Że co, że kijki? Nigdy w życiu! — za każdym razem odpowiadałam. W końcu załatwiła mnie na cacy. Jak? Ano tak, że kupiła mi kijki w prezencie.

Przyznam szczerze, że byłam bardzo niezadowolona z tego jej prezentu. Kurczę… no nie lubię jak mnie ktoś do czegoś zmusza. Nawet moje dzieci. Ale córka mnie dobrze zna i wie, że nie lubię też kiedy jakieś rzeczy zużywają się moralnie, i wtedy, chcąc nie chcąc sama zaczynam je zużywać fizycznie. Tak też się stało z kijkami. I znów się potwierdziło powiedzonko: „Nigdy nie mów nigdy”. Bo kijki jednak wzięłam do ręki. Ba, biorę nadal. I to już przeszło 9 lat.

Z ręką na sercu przyznaję, że bardzo polubiłam ten rodzaj sportu i ciągnie mnie teraz do lasu jak przysłowiowego wilka. A zdjęcia? Ha, a zdjęcia i z kijkami nauczyłam się robić. Na nich jest taki przycisk, dzięki któremu można dłonie wraz z paskiem szybko wyswobodzić, odstawić kijki, porobić sobie zdjęcia i równie szybko pasek z dłońmi do kijków na powrót przytwierdzić. Wystarczy zawieszkę paska włożyć do dziurki przy kijku, przycisnąć, klik… i gotowe. I dalej można zamaszyście maszerować.

Ostatnio tak się już wyszkoliłam, że robię zdjęcia nawet z kijkami przymocowanymi do dłoni. W ogóle ich nie ściągam… O przepraszam, w jednym przypadku muszę. W czasie przerwy na... no, wiadomo.

Nordic Walking to wspaniała aktywność fizyczna przeznaczona dla osób w różnym wieku. Mobilizuje wiele mięśni, a przy tym odciąża stawy i kręgosłup. Kijki wyposażone są w antypoślizgowe uchwyty i specjalne zapięcia. Mają także dwie końcówki: gumową — przeznaczoną do chodzenia po twardym podłożu, oraz szpiczastą — do chodzenia po lesie czy plaży. Można je kupić z regulowaną długością, czyli teleskopowe, ale również jednoczęściowe, dobierane do wzrostu.

Regularnie uprawianie tego sportu znakomicie wpływa na stan zdrowia. Technika jest prosta. Bardzo szybko można ją opanować. W Internecie jest wiele porad. Trzeba tylko pamiętać, aby dopasować kijki do swojego wzrostu, i kiedy się już maszeruje, nie należy się nimi podpierać, a odpychać od podłoża — pod odpowiednim kątem.

Od tylu już lat uprawiam kijkowanie o każdej porze roku (zmieniając kijki na bardziej profesjonalne) i muszę przyznać, że naprawdę czuję się świetnie. Najczęściej jadę do swojego ulubionego lasu na szczycie tutejszej góry, pod lasem parkuję auto, przyczepiam kijki… i maszeruję dróżkami i ścieżynkami. Lasów mamy tutaj bez liku, dróżek leśnych jeszcze więcej. Tylko wybierać… i maszerować. Ostatnim razem zawędrowałam na sam szczyt góry, aby porobić sobie zdjęcia naszego miasta z lotu ptaka (a`propos krzyża: w tym krzyżu nie ma cierpienia, w tym krzyżu jest satysfakcja, że się szczyt zdobyło). 

 

 

Po kilkuminutowej sesji zdjęciowej pomaszerowałam dróżkami dookoła szczytu. W sumie zrobiłam 8 km. Pogoda była wspaniała, więc bardzo przyjemnie się maszerowało. Po drodze zrobiłam oczywiście jeszcze dużo zdjęć. Bo jak coś zwróci moją uwagę, nie mogę ot tak sobie przejść obojętnie i tego czegoś nie uwiecznić. Tak że za każdym razem mnóstwo zdjęć do domu przynoszę. Różnych. Robię je oczywiście już bez ściągania kijków.

Bardzo żałuję, że byłam takim uparciuchem i że szybciej nie zaczęłam uprawiać Nordic Walking. Przecież to taka wspaniała forma aktywności ruchowej. Do tego łatwa i przyjemna, przynosząca ogrom korzyści dla zdrowia oraz samopoczucia. Polecam ją z całego serca!... I już pędzę na niedzielne, rodzinne kijkowanie.

 


 

wtorek, 6 października 2020

Jeden dzień, trzy przygody, każda z rowerem w tle

Wiosną, latem, jesienią sezon rowerowy w pełni. Kto żyw i jazdę na rowerze lubi, rusza w drogę. Po ulicach, po parkach, po lasach, po górach. U nas szczególnie dużo rowerzystów można spotkać. Wszędzie. W lasach przede wszystkim. Bo też u nas od 26 lat co roku w lipcu odbywają się międzynarodowe zawody w kolarstwie górskimBike Marathon (oprócz tego roku oczywiście. Wiadomo, koronawirus). Wielu obywateli naszego miasta bierze w nim udział. A żeby móc wziąć udział w tak morderczym maratonie po górach i lasach — trzeba trenować. Dlatego nasi obywatele trenują na okrągło przez cały rok. Dowód? Proszę bardzo:


Tak jak wspominałam, rowerzystów można spotkać u nas wszędzie. Trzeba więc mieć oczy szeroko otwarte, aby nie wejść z nimi w kolizję. Oni też bardzo uważają. Ale że nieszczęścia chodzą po ludziach, do kolizji jednak czasem dojść może. Zwłaszcza na wąskich ścieżynkach leśnych. Wprawdzie tutaj jest taki przepis, że rowerzyści nie mogą jeździć po ścieżkach węższych niż 1 metr, ale młodzi rowerzyści niekiedy lubią łamać przepisy. Jak to młodzi. Pewnie liczą też na to, że nikogo na takiej ścieżce nie spotkają, bo jeżdżą zazwyczaj w ekstremalnych warunkach pogodowych, w czasie deszczu kiedy jest mokro i ślisko. A pewnie mało komu przychodzi na myśl, że są takie leśne ludki jak ja, co też lubią w taką pogodę wędrować po leśnych zakamarkach. Nigdy jednak nie byłam uczestnikiem kolizji z rowerzystami… Do czasu.

W ostatni weekend moja córka z rodzinką wyjechała na trzydniową wycieczkę rowerową po Dolinie Renu. Załadowali na auto rowery… i pojechali. Wcześniej jednak przywieźli do mnie psa na te trzy dni. Ucieszyłam się i już samego rana pojechałam z nim do lasu.

W lesie, jak to w lesie, dróg i ścieżynek mnóstwo. Najpierw poszliśmy drogą przez las, a potem zeszliśmy na wąską ścieżynkę, wijącą się wysoko na sam szczyt góry. Padał deszcz. Było ślisko. Ale co tam. Dla nas, wprawnych wędrowców, to pikuś. Wędrowaliśmy spokojnie jakby nigdy nic. Idziemy sobie, idziemy, Aramis obwąchuje co się da, ja fotografuję co się da, aż tu nagle, zza ostrego zakrętu ścieżynki, w odległości przed nami może ze 2 metry, wyskakuje rowerzysta i leci prosto na nas. Aramis z głośnym szczekaniem rzuca się w jego kierunku. Jeszcze go takiego rozjuszonego nie widziałam. Rowerzysta na jego widok pewnie doznał szoku, bo kiedy już dotknął kołami ziemi, ostro przyhamował. Zbyt ostro. Zgrzyt, piski… i rower wypadł ze ścieżynki, a on wystrzelił w powietrze jak z katapulty. Nieszczęśnik wylądował w zaroślach z lewej strony ścieżynki, a ja, odruchowo odskakując w bok, z prawej strony ścieżynki. Natychmiast przywołałam Aramisa. Przestał ujadać i przybiegł do mnie. Na szczęście nic nam się nie stało. Rowerzyście pewnie też nic, bo zaraz wyszedł z zarośli i na odległość zaczął mnie wylewnie przepraszać. Ale więcej gestykulując niż mówiąc. Najwyraźniej był to rezultat ogromnego szoku, jakiego doznał na nasz widok, a zwłaszcza na widok rzucającego się w jego kierunku psa. Pewnie zupełnie się nie spodziewał, że w taką pogodę może się na kogoś napatoczyć i zasuwał sobie radośnie w rytm muzyki, jakiej słuchał w kasku… A tu nagle taka przeszkoda!
Rowerzysta dobrze wiedział, że na tej wąziutkiej ścieżynce nie powinien się znaleźć. Stąd te jego wylewne (choć bardziej mimiczne) przeprosiny. Na jego widok, a był to młodziutki chłopak, buchnęłam śmiechem, bo zabawnie wyglądał w tym swoim kasku na bakier, brudnej koszulce, z wystraszoną miną. Powiedziałam mu, że nic się nie stało, ale na drugi raz lepiej żeby tędy nie jeździł. Chłopak ucieszył się, że nie mam do niego pretensji, ale niepewnym wzrokiem spoglądał na Aramisa. Aramis na niego też, ale czy niepewnym pewna nie jestem. Na wszelki wypadek złapałam go za obrożę i kazałam mu być cicho. Kiedy już całkiem wyleźliśmy z krzaków i podeszliśmy do chłopaka, on zabierał się akurat za wyciąganie swojego roweru z zarośli. Widać było wyraźnie, że był porządnie pokiereszowany. Zwłaszcza kierownica.


Zdjęcie to zrobiłam na dużym zoomie z dużej odległości, kiedy już minęliśmy rowerzystę, i wspinając się ścieżynką coraz wyżej, stanęliśmy na szczycie góry. Widać było, że jeszcze długo prostował kierownicę roweru. Bardzo żal mi go było.

Druga przygoda z rowerem, a właściwie już z dwoma rowerami, przytrafiła nam się na popołudniowym spacerze po lesie. Ale już po innym. Specjalnie wybrałam las okalający zbocze najwyższej u nas góry, bo miałam nadzieję, że tam na rowerzystów nie natrafimy. Niestety, natrafiliśmy. I to w momencie kiedy wąziuteńką ścieżynką wijącą się serpentyną wchodziliśmy już prawie na sam szczyt góry. Oni nas usłyszeli, bo dość głośno zabawiałam się z Aramisem w aportowanie, i już z góry zaczęli wołać:
Jest tam kto?!
Tak, jest. Ja i mój pies! — odpowiedziałam, śmiejąc się, gdyż pomyślałam sobie, że dzisiaj mamy wyjątkowe szczęście do rowerzystów. I zaraz dodałam: — Zjeżdżajcie spokojnie. Już robię wam miejsce na ścieżce.
Po czym złapałam Aramisa za obrożę i zeszłam z nim ze ścieżynki kilka kroków w dół zbocza. Zaparłam się nogami o jakąś suchą, luźno leżącą gałąź i czekałam aż przejadą. Właśnie się do nas zbliżali, kiedy ta sucha gałąź okazała się być jednak zbyt suchą i pod moim ciężarem nagle pękła. Niestety nie znalazłam żadnego innego oparcia pod nogami i siłą rzeczy doszło do niekontrolowanego zjazdu w dół. A zjeżdżało mi się niezbyt elegancko, bo na brzuchu, nogami do przodu. Aramis oczywiście zjeżdżał ze mną. Trzymałam go przecież za obrożę. Tyle że on zjeżdżał nie na brzuchu, a na zadzie.
Para rowerzystów na widok nas zjeżdżających najwyraźniej bardzo się przeraziła, bo oboje natychmiast rzucili rowery i ruszyli nam na pomoc. Zupełnie niepotrzebnie. Bo myśmy się już sami pozbierali do kupy, zatrzymując się na innej gałęzi. A zatrzymaliśmy się gdzieś tak w połowie zbocza, między górną częścią ścieżynki a dolną.
Młodzi rowerzyści z przerażonymi minami przepraszali mnie i przepraszali, a ja śmiałam się i powtarzałam, że nic złego się nie stało. No bo się nie stało, byłam przecież cała. Wprawdzie brudna jak czort, bo ziemia mokra była, ale jednak cała. A brud? Co tam brud, przecież pralkę w domu mam. Upamiętniającego przygodę zdjęcia jednak nie zrobiłam. W tym akurat brud mi przeszkodził. Wszystko mogę mieć brudne, ale brudnych rąk wręcz nie znoszę.

Wieczorem doszło do trzeciej przygody z rowerem. Tym razem za sprawą mojego syna. Przyjechał do mnie na rowerze, e-rowerze. A przyjechał po to, aby się pochwalić swoim dziełem. Bo ten e-rower to jego dzieło od początku do końca. Od dziecka uwielbia składać rowery. Mój rower także sam złożył w prezencie na któreś tam urodziny.
Zajechał jak zwykle prosto do ogrodu. Wyszłam do niego z Aramisem tak jak stałam, w skarpetkach. A on mi na to:
Spróbuj jak super jeździ mój rower.
No coś ty, w skarpetkach jestem — odpowiedziałam.
Ale w antypoślizgowych… To tylko tu po ogrodzie spróbuj — wpadł na pomysł.
A jasne, że spróbuję! — zawołałam i wskoczyłam na rower.
Ja, wprawna rowerzystka, miałabym sobie odmówić jazdy na rowerze? Pomyślałam. A co tam, że w skarpetkach, krótka jazda przede mną przecież.
Już jako dziecko lubiłam jeździć na rowerze. Później, w dorosłym wieku, tak samo chętnie jeździłam. Na „komunistycznym” składaku z dwóją swoich dzieci przejechaliśmy wiele kilometrów. Nawet do mojej mamy, do miasta odległego o 40 km na odwiedziny nieraz jeździliśmy. Dzieciaki siedziały w wiklinowych fotelikach, jedno na kierownicy, drugie na bagażniku… i jazda w drogę! Fajnie było za komuny.
Uśmiechając się do swoich wspomnień, początkowo chciałam tylko po ogrodzie pojeździć, ale nagle coś mi strzeliło do łba i skierowałam rower na ulicę. Wszystko było okey, tylko jakoś dziwnie mi się pedałowało. Lekko. Zbyt lekko. Dlatego wydawało mi się, że to moje synczysko mnie popycha. Zawołałam więc:
Kurcze, no nie pchaj! Jeszcze taka stara nie jestem. Sama dam radę!
Żadnej reakcji. Odwróciłam lekko głowę i kątem oka zobaczyłam, że syna wcale za mną nie ma. Zanim to jednak do mojej palicy dotarło, i to że nie siedzę na zwykłym rowerze a na elektrycznym, mało nie wjechałam w swoje własne auto zaparkowane pod domem. W ostatniej sekundzie udało mi się go jednak ominąć. Wtedy zatoczyłam koło wokół domu, i śmiejąc się ze swojej głupoty, wjechałam z powrotem na ogród. Dojeżdżając do syna i leżącego obok niego Aramisa, ostro przyhamowałam, ale, nie wiedzieć czemu, tylko lewym hamulcem… Rower stanął dęba a ja jak ostatnia ofiara losu wyrżnęłam na ziemię. Rower oczywiście upadł na mnie. Syn się wystraszył, szybko podbiegł, podniósł rower i wydobył mnie spod niego. Phi! przecież sama dałabym radę się podnieść, ale że pękałam ze śmiechu, to i lepiej czułam się siedząc na ziemi.

Aramis najwyraźniej też się bardzo wystraszył, że jego wicepańci coś się stało, bo doskoczył do mnie jak piorunem rażony, jeszcze szybciej od syna… i troskliwie po całej twarzy wylizał… I jak tu się nie śmiać? No pęc ze śmiechu można!




wtorek, 18 sierpnia 2020

Ciekawość natury

   Ciekawość natury mama mi w genach dała. A fotografowanie jej to moja pasja. Fotografuję od dziecka. Już jako 8-latka miałam swój własny aparat fotograficzny. Фед-2. Rodzice kupili mi go w czasie naszej retrospektywnej podróży po Podolu. Najdłużej byliśmy wtedy w Zbarażu, w rodzinnym mieście Ojca. To właśnie tam połknęłam bakcyla fotografowania i zaczęłam uwieczniać wszystko, co tylko wpadło mi w oko, zwłaszcza świat roślin i zwierząt.
   Nigdy się żadnych technik fotografowania jednak nie uczyłam. Może to i głupie, ale nie chcę, by technika miała wpływ na moją wrażliwość i wyobraźnię. Wolę, by pozostały dziewicze.
   Uwieczniam tylko takie obrazki, które zachwycą moje oko i serce wzruszą. Osoby o podobnej wrażliwości zawsze znajdą w nich coś, co i im przypadnie do serca. Nacieszy oko i pobudzi wyobraźnię... I bardzo mnie to cieszy.
   Z aparatem fotograficznym (już nawet nie pamiętam, ile ich miałam) nie rozstaję się nigdy. Bo a nuż gdzieś nadarzy się jakaś okazja na ciekawą, jedyną w swoim rodzaju fotkę.



poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Czas wakacji

Czas wakacji to piękny czas. U nas, w naszym Landzie, akurat się zaczęły. Przez koronawirusa są trochę dziwne... Ale niech tam, pominę czorta. Najważniejsze, że są. Trzeba wierzyć, że mimo wszystko będą piękne.
Dzieci i młodzież zawsze czekają na wakacje z wielkim utęsknieniem Sama ciągle pamiętam jakie to uczucie, jaka tęsknota. I choć już duuużo wody upłynęło od czasu moich ostatnich szkolnych wakacji, to jednak kiedy widzę te pachnące cudowności natury — akacje, zawsze ciepło robi mi się na sercu... i czuję się jakoś tak radośnie, jakbym to i ja rozpoczynała wakacje.


Może bierze się to stąd, że w szkole pracowałam? W Polsce oczywiście. Pewnie tak. Pewnie dlatego ten czas jest dla mnie tak szczególny i wciąż (bardziej już podświadomie niż świadomie) czekam na niego z wielkim utęsknieniem. Pewnie dlatego też lubię pisać o wakacjach. W wielu moich powieściach i opowiadaniach akcja toczy się właśnie w czasie wakacji. A i wierszyki w temacie wakacji zdarza mi się czasami popełniać.

Zakwitły już akacje,
cudowne białe kwiatki...
Zaczynają więc wakacje
wszystkie szkolne dziatki.

Znów gwarno będzie wkoło,
bo jakżeby inaczej,
gdy dzieciom jest wesoło
to musi być tak raczej.

Radosnych więc wakacji
życzę z serca mego
dzieciakom każdej nacji
ze świata calutkiego.


Mam jeszcze jedne ulubione kwiatuszki, które kojarzą mi się z wakacjami. To jaśmin. Też piękny i też bajecznie pachnący. Zwłaszcza nocą... Gwieździste niebo, miłe towarzystwo i ten zapach. Żyć nie umierać... Niech żyją wakacje, niech żyje wolny czas...




czwartek, 11 czerwca 2020

Jak to Janek o mały włos gejem nie został

Na drzewie genealogicznym, którego jestem moderatorką, ta zabawna poniekąd historia, opisana przeze mnie w formie kroniki, wydarzyła się naprawdę. 

PROLOG

Kiedy zaczęłam tworzyć drzewo genealogiczne naszej rodziny, miałam wiele problemów z pozyskaniem danych o swojej dalszej rodzinie. Szukałam różnych sposobów, aby móc nawiązać przerwany przed 30-laty kontakt z moim kuzynostwem z pierwszej linii, które od lat żyło w Kanadzie. Wreszcie dzięki „naszej-klasie” udało się. Odnaleźliśmy się i nawiązaliśmy serdeczny kontakt. Szczęśliwa, zaprosiłam mojego kuzyna Janka do współudziału w tworzeniu naszego wspólnego drzewa. Janek przyjął zaproszenie z ogromną radością i z ochotą przystąpił natychmiast do nanoszenia brakujących danych o swojej czteroosobowej rodzince. W przeciągu dwóch miesięcy, utworzył nawet inne gałęzie, po linii swojej matki i żony. Byłam bardzo zadowolona, gdyż po mnie, był najaktywniejszym członkiem na naszym drzewie. Aż pewnego dnia, kiedy chciałam nanieść nowe dane na swojej gałęzi, i weszłam na nasze drzewo, z ogromnym zdziwieniem zauważyłam, że przy profilu kuzyna Janka, jakoś dziwnie zniknęła data jego urodzin, i gdy zaglądnęłam głębiej w jego profil, z rozdziawioną buzią stwierdziłam, że mój kuzyn oprócz żony, ni stąd, ni zowąd, ma też i partnera. Przyznam, że w pierwszym momencie mnie zatkało. Doznałam szoku. Ale po chwili, kiedy pierwsze emocje opadły, przetrawiłam jakoś tę wiadomość i zaakceptowałam ją. Wszak należę do bardzo tolerancyjnych osób. A gejów nawet lubię. Cóż było innego robić? Samo życie. W końcu ostatni raz widziałam się z kuzynem w Polsce, kiedy miał 18 lat, czyli ponad 30 lat temu. Czy mogłam wiedzieć, co w nim drzemie? Nie. Przecież w przeciągu tylu lat ludzie mają prawo się zmienić. A może nawet nie tyle się zmienić, co ujawnić swoje prawdziwe oblicze. Jedyne, co mnie jeszcze zastanawiało, to to, że aż tak szczerze do związku z partnerem się przyznaje. Na forum całej rodziny. Na konarze naszego, jakżeż ogromnego i bardzo rozgałęzionego drzewa. Ale koniec końców i ten fakt sobie przetłumaczyłam. Przecież to Kanada… Może w Kanadzie demokracja jest na tak wysokim poziomie, że tego typu sprawy są zupełnie normalne. Nie miałam wyjścia, musiałam sobie tak to przetłumaczyć, wszak trwać w szoku jest bardzo niezdrowo. Ba, można wręcz zgłupieć. Wlepiając zaokrąglone ciągle jeszcze oczy w monitor komputera, podumałam nad kuzynem jeszcze małą chwileczkę, i w końcu, dla własnego dobra, przyjęłam tę wiadomość za pewnik. Wszak w Kanadzie w życiu nie byłam…
I w takim przekonaniu trwałabym jeszcze długo, gdyby nie to, że w międzyczasie wynikła pewna sprawa, dla załatwienia której, koniecznie potrzebna mi była data urodzin mojego kuzyna. Mając na względzie pomyślne załatwienie sprawy, wystosowałam do Kanady liścik tej treści:

Witam Janek! A cóż to się stało z Tobą? Przecież się urodziłeś, tego się nie da ukryć.... Wprawdzie dość dawno temu, ale to zaraz nie znaczy, że musisz ukrywać swoją datę urodzin. Wszak żadna z Ciebie panienka na wydaniu.

Nie minęła godzina i otrzymałam od kuzyna odpowiedź:
Witam kuzynko, zamiast się śmiać, to mi pomóż. Wczoraj z nudów bawiłem się trochę na „Moich krewnych”, i nie mając pojęcia, co to są powiązania kołowe, tak narobiłem, że wyszło, iż syn mojej kuzynki jest moim partnerem i nie mogę za cholerę tego usunąć. Napisałem już do moderatora tego portalu, ale ciągle nie mam odpowiedzi jak to zrobić. Używałem już okienka pomoc, ale tam nie ma takiego przypadku. Proszę Cię, pomóż mi to odkręcić, jeżeli wiesz, jak to zrobić, zanim wszyscy się dowiedzą, że mam partnera.

Uśmiałam się zdrowo, ale zaraz kuzynowi odpisałam:
A ładny przynajmniej ten Twój partner? Wiesz, ja już się rano dowiedziałam, że masz partnera, ale że należę do osób bardzo tolerancyjnych, to choć się zdziwiłam, to jednak przyjęłam do wiadomości. Trochę mi tylko żal Was było, że tak dramatycznie żeście się rozstali, bo akurat w Nowy Rok, jak to wynika z Twoich danych. A tak na poważnie, to w okienku "pomoc" jest taki przypadek jako pierwszy opisany. Trzeba po prostu w prawym górnym rogu kliknąć na krzyżyk. Ja próbowałam, ale że to Ty założyłeś profil „swojego partnera", więc to Ty musisz go usunąć, bo u mnie „Twój partner" nie ma krzyżyka. Próbując, też narozrabiałam i niechcący usunęłam profil Twojej kuzynki ze strony żony. Przepraszam! Będziesz musiał ją na nowo nanieść.
O rany, tak mnie dzisiaj ubawiłeś, że już chyba w ogóle nie będę spała. Byłam już w łóżku, ale nie mogłam usnąć, bo przed udaniem się w objęcia Morfeusza, coś mnie podkusiło zaglądnąć jeszcze do komputera, no i wtedy odebrałam Twój dramatyczny list z wołaniem o pomoc. Myślałam, że Ci jutro odpowiem wszak u na już północ, ale nie, musiałam wstać i na powrót odpalić kompa, bo ze śmiechu nie mogłam usnąć. Ale też bardzo żal mi Ciebie było. Serio. Więc na szybko klikam do Ciebie odpowiedź. A rano o 6-tej muszę już być na nogach. Należy mi się duża buźka za moje poświęcenie. Kurka wodna... dawno się tak nie ubawiłam. Idę jednak spróbować zasnąć, bo mnie jutro pająki za obraz wyniosą. Pa! Dobranoc dla mnie, a dla Ciebie już sama nie wiem — co. Chyba miłego popołudnia i efektywnego skakania po gałęzi, którą sam stworzyłeś.

Rano, jak wstałam, czekała już na mnie odpowiedź kuzyna:
Bardzo Ci dziękuję kuzynko za próbę udzielenia mi pomocy, ale wyobraź sobie, że "mój partner" też nie ma u mnie tego krzyżyka. U wielu osób jest, nawet u moich córek, ale nie u niego. Próbowałem wszystkiego, aby rozstać się z nim, ale nawet wtedy nie pokazało się nic, za pomocą czego, mógłbym go usunąć. Ukryłem nawet moje dane personalne, ale jak sama napisałaś, "mój partner" jest widoczny. No to chyba wpadłem we własne sidła i będę się musiał z tym faktem pogodzić, choć myślałem nawet o usunięciu samego siebie, lecz boję się, że tak namieszam, iż z tego związku mogą się jeszcze narodzić dzieci, a tego wiele osób mogłoby ze śmiechu nie przeżyć. Na razie muszę odszukać numeru telefonu "mojego partnera" i go o tym fakcie powiadomić. Życzę Ci bardzo wesołych i kolorowych snów.

Zanim ruszyłam do swoich zajęć, naprędce odpisałam kuzynowi:
Och, Janek, Janek, tak wesołej i urozmaiconej nocy jeszcze nie miałam. Przyśnił mi się dom rodzinny, a w nim złota rybka. Było bardzo przyjemnie, tylko zakończenie niezbyt dobre, gdyż ja, głupia, zamiast poprosić złotą rybkę o spełnienie 3 życzeń, wpuściłam ją do basenu, gdzie były sztuczne rybki i one ją pożarły... Cholera! Twój partner najwyraźniej nie chce Cię opuścić. To jest chyba miłość? A tak na poważnie, to jak nie otrzymasz odpowiedzi od moderatora portalu, to niestety będziesz musiał tak zrobić jak radzą w okienku "pomocy", czyli usunąć od dołu wszystkich po kolei. A zacząć od swoich córek, gdyż… skoro masz drugiego partnera, to w portalu nie mogą wiedzieć, czy z nim akurat nie masz tych dzieci. Dlatego przy córkach masz krzyżyki, więc jak je usuniesz, krzyżyki pojawią się wyżej, czyli przy Twoich dwóch partnerach i może nawet przy Tobie. Tak że będziesz musiał od nowa założyć Wasze profile. No cóż, jak nie będziesz chciał żyć z drugim partnerem, i zdecydujesz się z nim rozstać, żeby i z tego związku jakieś dzieci faktycznie na drzewie się nie pojawiły, będziesz tak musiał postąpić. Bo chyba nie chcesz, aby nam co niektórzy członkowie rodzinki ze śmiechu trupem popadali i trzeba by było ich zdjęcia opasać czarną wstęgą w lewym górnym rogu?
Zaglądnęłam przed chwilą na nasze drzewo i zobaczyłam, że Twój partner jest nie do zdarcia i nie do usunięcia, bo go już widzę w dwóch miejscach — w jednej osobie. Znów narozrabiałeś, ale ja też nie byłam lepsza i też narozrabiałam, usuwając Twojemu partnerowi matkę... Dla próby, ma się rozumieć.
Jak tylko dostaniesz wiadomość z portalu, to daj mi znać. Jestem ciekawa jak rozegrasz swoje "życiowe problemy". A tak w ogóle, to co Marysia na to? Nie jest zazdrosna? Kończę, bo już mnie brzuch boli ze śmiechu, a zaraz przyjadą moje wnuczki, więc muszę być już w jako takiej formie. Daj Bóg, żeby mnie kryzys z niewyspania złapał dopiero po ich wyjeździe. Ale to nic, za te chwile wesołości, można taki kryzys przeżyć. Pa! Życzę powodzenia na — jakby na to nie patrzeć — nowej drodze życia.

Nie otrzymując odpowiedzi, bo w Kanadzie noc i najwyraźniej kuzyn śpi, napisałam jeszcze jeden list:
Widziałam, że już usunąłeś swoje córki i dalej zastopowałeś. Czyżby krzyżyki przy Twoich partnerach się nie pokazały?
Zaglądnęłam też na niemiecką stronę i tam w podobnym przypadku radzą, aby skontaktować się z taką niechcianą osobą i poprosić ją, aby sama usunęła się z drzewa. Że ona może to zrobić bez problemu. No to działaj! Poproś Twojego "rozkochanego" w Tobie partnera, by się usunął z Twojego boku... i poszedł sobie w diabły. Ależ mnie brzuch boli... Rany! Pa! Życzę owocnej rozmowy z partnerem.

Po godzinie 22-tej dostałam od kuzyna odpowiedź:
Zazdroszczę Ci wspaniałej zabawy moim kosztem. Ja już skontaktowałem się z "moim partnerem" i on się usunie sam, dobrowolnie. Może to zrobi dzisiaj, może jutro, dokładnie nie wiem kiedy. Jak na razie, cała rodzina ma ubaw po pachy, a niektórzy, co mnie nie znają osobiście, może myślą, że to prawda. No cóż, i mnie przyjdzie zaakceptować taką sytuację.
Z tymi krzyżykami to jest tak, że są one przy osobach, które nie potwierdziły jeszcze zaproszenia. Heniek, „mój partner”, niestety potwierdził, i dlatego to całe zamieszanie. Życzę Ci jak najdłużej dobrego humoru. Możesz przekazać swoim znajomym, jak to Twój kuzyn przez przypadek został gejem... Zupełnie niechcący.

Na szybko odpisałam kuzynowi, bo mi się oczy już same zamykały po nieprzespanej nocy:
Właśnie zamierzam dzisiejszej nocy nie opuścić objęć Morfeusza i przespać całą noc. Należy mi się. A z Twojej historii anegdotka już powstała: „Jak to Janek o mały włos gejem nie został. Lecz nie przez przypadek, a z powodu niewinnej zabawy i bezmyślnym grzebaniu w genealogii rodzinnej”.
A z tymi krzyżykami to nie całkiem tak jest, jak mówisz, bo spójrz na innych swoich bliskich, np. mamę, czy tata, oni na pewno zaproszeń Twoich nie potwierdzali, a krzyżyków nie mają. To wszystko przez to, że zachciało Ci się, z nudów, jak to sam określiłeś, zabawiać się relacjami kołowymi, w wyniku czego, sam sobie "partnera przyfastrygowałeś”. A z tej funkcji można tylko w takich przypadkach korzystać, kiedy np. Twoja Marysia byłaby też Twoją dalszą kuzynką, więc na drzewie musiałaby występować na dwóch gałęziach. Ja tej funkcji nawet nie ruszałam, bo na naszych gałęziach takiego przypadku nie ma, z tego co wiem. Ale nic to, nie przejmuj się Janek, bo dzięki Tobie będziemy dłużej żyć. Wszak śmiech to zdrowie. A śmiechu mieliśmy co nie miara... Dziękuję Ci w imieniu swoim i całej rodzinki. Życzymy sobie, abyś częściej się tak nudził. :D Wesolutko pozdrawiam i pędzę do sypialni. A Ty działaj... Pa!

Kuzyn działał a ja spałam. Rano jak wstałam i zaglądnęłam na nasze drzewo, stwierdziłam, że w końcu zadziałał, wysłałam więc mu liścik z gratulacjami:

No gratuluję Ci Kuzynie, widzę, że jesteś już po słowie ze swoim "partnerem". Zrozumiał i dał Ci wreszcie spokój... I bardzo dobrze. Tylko uważaj, żebyś się znów w jakąś kabałę nie wplątał. Pozdrawiam i życzę zasłużonego wypoczynku po dniach pełnych stresu. Pa!

Po godzinie 21-szej otrzymałam od kuzyna radosną odpowiedź:
JESTEM WOLNY!!! Och, jak przyjemnie. Pozdrawiam.

Zanim poszłam spać, napisałam do kuzyna kolejny liścik:
Wysłałam Ci akurat wiadomość na "Moich krewnych", gdyż najpierw tam zaglądnęłam, by sprawdzić porządek na drzewie. Widziałam już rano, że Twój "partner" się logował, więc chciałam sprawdzić, czy są wreszcie efekty tego logowania. Pisząc do Ciebie, prawie byłam pewna, że w poczcie czeka na mnie właśnie tego typu wiadomość od Ciebie. Przeczucie mnie nie myliło. Moje serdeczne gratulacje raz jeszcze. Jesteś wolny... i teraz szanuj sobie swoją wolność, a zwłaszcza dobre imię Marysi. :D
PS
Ale gdybyś znów popadł w jakoweś (tym podobne i inne) tarapaty, to daj znać. Będzie mi miło Tobie pomagać... I ubaw po pachy znów mieć.

Odpowiedź od kuzyna dostałam niemal natychmiast:
Było tak wesoło, że zastanawiam się, czy znowu czegoś nie pokręcić. ;) Najlepsza była reakcja "mojego partnera", kiedy to odkręcaliśmy: — „Hej, Janek, tu wygląda tak, jakbyśmy gejami byli!" — grzmiał.
Było wesoło, fakt, ale muszę Ci się przyznać, że o mało nie wpadłem w szał na początku. Uspokoiłem się dopiero wtedy, jak mleko się wylało i dostałem od Ciebie pierwszą wiadomość. Teraz to mi kamień z głośnym łoskotem z serca spadł i cieszę się, że znowu jestem wolny...

Nie mogłam nie odpisać, wszak sprawa się już kończyła, więc odpisałam:
Faktycznie, było wesoło, ale najbardziej dla nas postronnych, bo Ty sam z pewnością musiałeś tę dwuznaczną sytuację zdrowo przeżywać. Przynajmniej na początku, tak jak piszesz. Też by mnie szlag trafiał, gdybym sobie jakąś kuzynkę jako partnerkę przyfastrygowała. Ba, nawet drugiego męża bym już nie zniosła. Bo jakże to tak, bez miłości a tylko z musu być z kimś związanym?
Jak znów Ci się „uda" coś namieszać w swoim życiu, to po pomoc wal do mnie jak w dym.

I tak się skończyła ta dramatyczna, acz w sumie bardzo zabawna historia Janka, który z nudów o mały włos nie został pierwszym gejem na naszym drzewie genealogicznym.

24.09.2009  




niedziela, 31 maja 2020

Dramat pasikonika

Zobaczyłam tego biednego pasikonika tylko kątem oka, pędząc na rowerze po leśnej dróżce. Na początku to właściwie nie byłam pewna, co zobaczyłam. Weszłam akurat w ostry zakręt i wydawało mi się, że coś tam zielonego leżało między koleinami. Najpierw zobaczyłam jednak dużego jastrzębia, który na mój widok poderwał się z tego miejsca i szybko odleciał. Przejechałam kilkadziesiąt metrów dalej, ale coś mi kazało się wrócić i sprawdzić, czy to przypadkiem nie jakieś stworzonko leży tam poszkodowane przez to ptaszysko i czy nie potrzebuje pomocy. Podejrzewałam już, że to może być pasikonik. Nie myliłam się. To był pasikonik. Był już obdziobany przez jastrzębia, ale dawał jeszcze znaki życia. Ruszał się. Widząc jego rany, obawiałam się, że biedulka jednak nie przeżyje.  


Z chusteczki higienicznej zrobiłam małe nosze i delikatnie przeniosłam go z drogi na trawę. Wybrałam wysoką trawę, po to, żeby go to ptaszysko znów nie namierzyło... i nie zżarło.
Zostawiając go, miałam jednak iskierkę nadziei, że może natura pozwoli mu się jakoś z tych ran wylizać i się uratuje. Albo, że jego pobratymcy mu pomogą. Jednak kiedy ujechałam kilkadziesiąt metrów, zatrzymałam się i z ukrycia dobrą chwilę obserwowałam, czy jastrząb nie wróci. Tak na wszelki wypadek.

Nie wiem skąd u mnie taka wrażliwość. Ale wiem, że mam tak od dziecka. Zawsze reaguję na czyjąś krzywdę. Zarówno człowieka, jak i zwierzęcia. I zawsze pomagam. Na przykład kiedyś podobnie ratowałam ranną w kolizji z samochodem jaskółkę.* Ją na szczęście udało mi się uratować.


* Wspomnienie: „Jedna jaskółka...”




wtorek, 26 maja 2020

Mamo, moja kochana Mamo, dziś Twoje święto

Dzień Matki to dla mnie najpiękniejsze, najtkliwsze święto w roku. To niezapomniany dzień mojego dzieciństwa, niezapomniany dzień mojego dorosłego życia. Jako dziecko nigdy nie zapomniałam o mojej kochanej Mamie, nie zapominam i dziś.
Z dzieciństwa pamiętam, że w tym dniu z moimi dwiema siostrami zawsze kupowałyśmy naszej Mamusi fiołki alpejskie w pięknie ustrojonych doniczkach i jakieś drobne prezenciki, po uprzednim rozbiciu naszych skarbonek. Pamiętam jak dziś, jaką ogromną radość Jej sprawiłyśmy, kiedy wraz z kwiatuszkami wręczyłyśmy Jej pierwszą płytkę z dedykacją. Była to piosenka Violetty Villas „List do mamy”. Na tamte czasy było to naprawdę coś wyjątkowego. Nasz adapter Bambino długi czas piłował tę płytkę po wiele razy dziennie.
 
 

 
Nigdy nie zapomnę Jej ciepłych dłoni. Nigdy nie zapomnę Jej miłości. Nigdy nie zapomnę mojego cudownego dzieciństwa. Nigdy nie zapomnę Jej cudownego dzieciństwa. A znam je bardzo dokładnie. Skąd? Ano stąd, że miałam szczególną ku temu okazję, by je poznać. Osobiście redagowałam Jej autobiografię oraz Jej wspomnienia z Podola. Wspomnienia te, pt. „Byłam Podolanką... i zawsze pozostanę” również i tu opublikowałam.


Mojej Mamie...

Nie ma słów na tym świecie, którymi wyrazić mogłabym, jak bardzo Cię Mamo kocham… Dobroci moja, mój Ty miłości kwiecie. Tyś moją ostoją, opoką niezachwianą, Tyś mym Aniołem Stróżem niestrudzonym. Rozpostarte Twe skrzydła czuję nieustannie. Jesteś moim wzorem, moją Mamusią ukochaną. Opatrzności wyrażam swą wdzięczność za wspaniałą Matkę o sercu Anioła… A Tobie, Mamusiu kochana, za Twą przyjaźń po grób… na wieczność.
 


Kiedy sama zostałam matką, moje dzieci też nigdy nie zapomniały o tym dniu. Jak dziś pamiętam ich przepiękne laurki z takim oto tekstem:

Mamo, mamo, co ci dam,
tylko jedno serce mam,
dam ci za to kwiatek róży,
żyj nam mamo jak najdłużej.

Laurki były zawsze pięknie malowane przez moją córkę, bo też ona już od najmłodszych lat przejawiała talent malarski. Zaś mój syn, malarski antytalent, ale za to złota rączka do wszystkiego, wykonywał z drewienek i z kory piękne rameczki i różne ozdoby.
W późniejszych latach, kiedy los już rzucił nas do Niemiec, moje dzieci nadal pamiętały o dacie 26 maja. Mimo tego, że tu, Dzień Matki obchodzony jest zawsze w drugą niedzielę maja. A od kiedy są dorosłe i mają już swoje rodzinki, ja, ich matka, obchodzę Dzień Matki dwukrotnie... Nie żebym była taka zachłanna na świętowanie, albo też uważała się za jakąś super matkę. Nie. Z prostej przyczyny. W rodzince mojego syna święto to jest obchodzone po niemiecku, czyli w drugą niedzielę maja, ponieważ jego żona, matka jego dzieci, jest Niemką, więc i mój syn w tym dniu wpada do mnie z życzeniami i kwiatami. Natomiast moja córka jest Matką Polką z krwi i kości i Dzień Matki nadal celebruje po polsku. I u niej w domu jej dzieciaczki organizują dla niej wielkie świętowanie właśnie po polsku, dnia 26 maja. Tak i ona pędzi do mnie z życzeniami i z prezentami w tym dniu, zawsze pamiętając, że:

Matka — ma serce na dłoni,
Matka — pomoże, utuli, osłoni.
Za dzieckiem stanie niczym mur,
Udźwignie wszystko... bo silna jak tur.


czwartek, 21 maja 2020

Niebezpieczne rasowanie

Z wiosną, jak co roku, na drogi ruszają motocykliści. Motocykliści różnej maści. Podobnie jak i ich motocykle. Od motorowerów i skuterów począwszy, na ciężkich motorach skończywszy. (Lubię używać nazwy — motor, ładniej brzmi). Ryk motorów na ulicach porą wiosenno-letnią to norma. A ja lubię ryk motorów. Mam tak od dziecka.* Zwłaszcza tych ciężkich. Dlatego też zawsze reaguję na ich odgłos, gdziekolwiek je usłyszę. Dzisiaj też reagowałam, i to będąc w domu, nie na ulicy. Otóż siedziałam sobie przy komputerze, przy otwartych na oścież drzwiach do ogrodu, i nagle usłyszałam jakiś taki dziwny dźwięk skutera. Skąd wiedziałam, że to skuter? Wiedziałam, bo od najmłodszych lat po odgłosie silnika umiem rozpoznawać rodzaj motoru. Dochodzący do mnie z ulicy odgłos wydał mi się jednak zbyt donośny i zbyt piskliwy... Aż tu nagle, głośny łoskot i krzyk: — „Scheisseee!”... i nastała cisza. Wystraszyłam się. I to tej ciszy właśnie. Wybiegłam natychmiast przez ogród na ulicę... Chryste! Widok jaki tam zastałam zmroził mnie. Pod moim autem, zaparkowanym pod domem, leżał młody, może 16-letni chłopaczek, metr dalej, jego skuter, a obok, stało auto ze strzaskanym lewym bokiem. Chłopaczek miał całą zakrwawioną twarz, ręce i nogi. Był ubrany tylko w T-shirt i krótkie spodenki. Leżał nieprzytomny, a nad nim pochylał się kierowca strzaskanego auta i jego pasażerka. Chłopaczek po chwili odzyskał przytomność i próbował się podnieść. Poprosiłam, żeby tego nie robił, bo może mieć uszkodzony kręgosłup. Po dosłownie 3 minutach było już słychać syrenę nadjeżdżającej karetki pogotowia. Na szczęście szpital mieści się niedaleko mojego domu, może jakieś 500 m w dół ulicy. Po kolejnych paru minutach przyjechał policyjny radiowóz.
Rany, jak bardzo było mi żal tego chłopaczka. Kiedy lekarze wraz z sanitariuszami wybiegli z karetki, podniosłam głowę i zobaczyłam pełno gapiów dookoła. Zrobiło mi się niedobrze. Pomyślałam, że nic tu po mnie i uciekłam do domu.
W domu doszłam do siebie, ale nie umiałam sobie miejsca znaleźć. Widok tego biednego chłopaczka ciągle miałam przed oczyma. Wyszłam z domu dopiero wtedy, kiedy na ulicy już wszystko ucichło. Pomyślałam, że powinnam sprawdzić swoje auto, czy też nie zostało uszkodzone. Na ulicy spotkałam mojego wszystkowidzącego i wszystkowiedzącego sąsiada.
Pani sąsiadko, niech się pani nie martwi! — zawołał na mój widok. — Ja już sprawdziłem pani auto. Jest całe. Ten szczeniak nie zahaczył o niego, strzaskał tylko BMW moich znajomych. Wszystko widziałem z okna. Aż wrzasnąłem, kiedy było po wszystkim.
Biedny chłopak! — westchnęłam głośno.
Biedny?! Jaki biedny...?! — huknął sąsiad. — Sam sobie winien. Zachciało mu się rasować skuter, to teraz ma za swoje. Takie szczeniaki na podrasowanych skuterach są zagrożeniem dla ruchu drogowego.
To i tak nie zmienia faktu, że szkoda mi tego chłopaczka — odpowiedziałam. — A skąd pan wie, że jego skuter był podrasowany? — spytałam po chwili.
Policja stwierdziła. Szczeniak akurat po przerobieniu silnika wyjechał na próbną jazdę... i się już najeździł!
A gdzie byli jego rodzice, kiedy on się zajmował rasowaniem? Nie widzieli, co ich syn robi? — spytałam bardziej siebie niż sąsiada.
A widzieli, widzieli! Ojciec mu nawet w tym pomagał.
Tym bardziej jest mi żal tego chłopaczka — powiedziałam już nieco ciszej i na wszelki wypadek zrobiłam zdjęcie tego strasznego miejsca koło mojego auta, łącznie z konturami powypadkowymi zrobionymi przez policję. A wracając już do domu, w duchu wyraziłam wdzięczność policji, że nie zostawia nigdy krwi na drogach... Bardzo to chwalebne.

Pamiętam, że mój syn, jako nastolatek, też miał skuter, i też raz się zabierał za rasowanie silnika. Przyłapałam go na tym. — O nie!... Co to, to nie, synu! — Ostro zareagowałam i kategorycznie mu zabroniłam. Przyrzekł, że nie będzie tego robił. Ale ja, pomimo jego przyrzeczenia, kiedy nie widział, i tak często sprawdzałam... Tak na wszelki wypadek. W myśl leninowskiej zasady: Zaufanie jest dobre, ale kontrola lepsza.



sobota, 16 maja 2020

Z Ziemi Polskiej... na Niemiecką

Żeby nieco odreagować po tych wszystkim emocjach, jakie ostatnio przeżywam, a związanych oczywiście z polską rzeczywistością, postanowiłam dzisiaj ruszyć z Ziemi Polskiej (wirtualnie, ma się rozumieć) na Ziemię Niemiecką (a to już realnie), i nieco dłużej połazić po górach i lasach. Już skoro świt wyskoczyłam z łóżka i po swoim pierwszym śniadaniu, składającym się ze szklanki wody z miodem i sokiem z cytryny oraz miseczki musli, opuściłam domowe pielesze.
Kiedy dotarłam do lasu, las spowity był jeszcze gęstą mgłą... Uwielbiam mgłę o poranku. Wspaniale się wtedy oddycha. To taka swoista inhalacja dróg oddechowych.


Nie miałam dzisiaj ochoty na bieganie. Biegałam tylko przez chwilkę. Potem już zupełnie spokojnie, marszowym krokiem szłam przed siebie, rozkoszując się cudownym zapachem lasu. Na początku szłam znanymi mi dróżkami, później jednak weszłam w las i już spacerkiem przemierzałam leśną głębinę. Po drodze robiłam zdjęcia co ładniejszych roślinek oraz przeróżnych zjawisk, które zwróciły moją uwagę. Na własny użytek nazwałam je artystycznymi instalacjami natury.
Do niektórych instalacji, widać było, że rękę przyłożył człowiek (czyt. piłę), no i ja, ale tylko rękę. Większość instalacji wykonała jednak niczym niezmącona natura.


Zadowolona z życia, szłam sobie i szłam, podśpiewując pod nosem... i nagle, ni stąd, ni zowąd, usłyszałam złowieszcze pomruki. Automatycznie zadarłam głowę i spojrzałam w niebo... i aż mnie przymurowało. Niebo nade mną było granatowe.


Skąd tu nagle burza? Przecież wcześniej na burzę się w ogóle nie zanosiło. Oj, przyznam, że niemiło mi się zrobiło. Środek lasu i burza?! Nie było co się zastanawiać, tylko trzeba mi było brać nogi za pas, wszak życie jeszcze mi miłe. Puściłam się biegiem, urządzając istny slalom między drzewami. A kiedy w oddali rąbnął pierwszy piorun, to już takiego przyśpieszenia dostałam, że ho, ho! Wnet dotarłam do polany. Od razu się lepiej poczułam, bo za nią, stało moje auto. Przeleciałam po niej niczym wicher. Pioruny waliły coraz częściej, ale na szczęście jakieś 6, 7 km dalej. Wiem, bo liczyłam.

Kiedy przy potężnych już uderzeniach piorunów wróciłam do domu, byłam zawiedziona. No bo jak to tak, chciałam sobie pobyć wśród natury o wiele dłużej, a tu ona, kapryśna, przegoniła mnie ze swojego łona... i do domu zapędziła. Uczucie zawodu szybko mnie jednak opuściło, bo co jak co, ale na kaprysy natury rady nie ma, trzeba się z nimi pogodzić. A najlepiej, jeśli się oczywiście da, umieć znaleźć w jej kaprysach przyjemność. Ja znalazłam. Stałam w oknie i przyglądałam się jej nieziemskiemu spektaklowi.
Co rusz, o dziwo, pojawiało się majestatycznie też i słoneczko. Był to naprawdę zaskakujący, niesamowity widok.

Po półgodzinie było już po burzy. Walczyłam z sobą, aby nie włączyć telewizora... i znów nie wleźć w polską rzeczywistość, i wtedy, zadzwoniła do mnie córka. Powiedziała, że zaraz przyjedzie do mnie, by wyciągnąć mnie z domu. Że już dość mojego siedzenia na polskiej ziemi, czas na ziemię niemiecką. Skąd wiedziała, że tak ze mną jest? Ano zna mnie, i wie, że bardzo przeżywam to, co się w Polsce dzieje. Ona sama, kiedy jej o tym próbuję opowiedzieć, od razu się irytuje i ze zdegustowaną miną kwituje sprawę krótko i zwięźle: — „To jest chore i żenujące”. — Dzisiaj, o dziwo, powiedziała nieco więcej. A powiedziała tak: — „Cały świat jest zszokowany sytuacją w Polsce. Bo to wstyd i hańba, żeby w kraju mieniącym się krajem głęboko katolickim, dochodziło do takich sytuacji. I żeby Polacy aż tak ulegali oderwanemu od rzeczywistości i choremu z nienawiści dyktatorowi z Żoliborza”. — Wow...! Ależ byłam zaskoczona jej wypowiedzią. Bo też, z tego co wiem, ona nie lubi polityki, żadnej, a tu nagle, nawet sporo wie, co piszczy w polskiej polityce. Najwyraźniej z wiekiem zaczyna ją ten temat interesować. No przy najmniej na tyle, że wsłuchuje się też i w polskie media... A może chcąc nie chcąc, tego typu wiadomości same się jej w uszy wwiercają?

Z zadowoleniem przyjęłam propozycję córki, ale szykując się do wyjścia, na chwilę włączyłam komputer i weszłam na stronę TVP Info. Gdy zobaczyłam i usłyszałam w jak ohydny sposób szkalują polityków opozycji, jak plują na nich jadem nienawiści, a za moment transmitują z kościoła mszę (niby świętą), z furią komputer wyłączyłam. Obrzydlistwo! Chwilę trwałam w takim niemiłym stanie, ale wnet wzięłam się w garść i z jeszcze większym zadowoleniem czekałam na córkę.
Nie minął kwadrans, a córka wraz z najmłodszą wnuczką zjawiła się w drzwiach. Zaproponowała, że najpierw jedziemy na lody, a potem... gdzie nas oczy poniosą... No i ruszyłyśmy. Najpierw w miasto, a potem w las.


sobota, 9 maja 2020

Pokaż buty kierowco

Tak ogólnie to ja nie lubię zakupów. Czasami jednak muszę coś do jedzenia kupić. Robię to najczęściej w poniedziałek z samego rana, kiedy ludzi w sklepach mało, a towary są świeże, z nowych dostaw. Dzisiaj, choć to czwartek, pojechałam do pobliskiego marketu wyjątkowo. Przyszło mi na myśl, aby zaopatrzyć zamrażarkę w ryby na ewentualnego grilla. Niekiedy spontanicznie najdzie mnie ochota na grillowanie, lubię więc je mieć na podorędziu.

Kiedy już po zakupach, zadowolona, wyjeżdżałam autem z parkingu marketu, zauważyłam, że pewna dama, wjeżdżając na parking, najwyraźniej traci panowanie nad kierownicą. Zamiast jechać jak przepisy nakazują — prawą stroną, ona nagle zjeżdża — na lewą i jedzie prosto na mnie. Rany, myślałam, że mnie staranuje. Skręciłam mocno kierownicą i... w ostatniej chwili zdążyłam uciec na chodnik. Całe szczęście, że nikogo na nim nie było. Ale dama, niestety, zaliczyła auto jadące za mną. Natychmiast zatrzymałam się i wyskoczyłam z auta, by sprawdzić, czy będzie potrzebna pomoc. Na szczęście damie nic się nie stało. Kierowcy zaliczonego auta też nic. Dama miała jednak straszliwego pecha. I to potrójnego. Nie dość, że poważnie strzaskała lewy bok zaliczonego auta i przód swojego, to jeszcze kierowcą tegoż auta okazał się być policjant w cywilu, który od razu stwierdził przyczynę kolizji. A przyczyną były jej klapki, a właściwie jeden klapek, który w czasie jazdy zsunął jej się z nogi i zablokował pedały. Żal mi było tej damy. Bo aż taki pech jej się z samego rana przytrafił. I takie koszty. I to z powodu jednego głupiego klapka.

Wracając do domu, przypomniało mi się, że kiedyś oglądałam w TVP jakiś program dla kierowców, w którym ówczesny rzecznik prasowy policji wypowiadał się m.in. na temat nieodpowiedniego obuwia kierowców. Powiedział wtedy takie zdanie: — „Kierowco, pokaż mi swoje buty, a powiem ci kim jesteś”. Uśmiałam się w duchu, bo pomyślałam, że gdyby mnie zobaczył na bosaka prowadzącą auto, albo z nogą w gipsie (raz lewą, raz prawą), to pewnie by powiedział, że jestem szalona, a może nawet... szurnięta. No i ja bym wtedy wcale wielce nie zaprzeczała, ani się na niego nie obrażała... Bo też sama wiem, że tak całkiem normalna to ja nie jestem... Chyba? Ale to pewnie właśnie z tego powodu — jestem szczęśliwą osobą.
No dobra, żebym już całkiem na szurniętą nie wyszła, od razu wyjaśnię, dlaczego też zdarza mi się jeździć autem na bosaka. Otóż zdarza mi się dlatego, że czasami po Nordic Walking, czy też wędrówce po lesie, lubię sobie pochodzić boso po polanie — coby się kosmicznej energii z ziemi nachapać. I tak, jako bosonoga, idę już później aż do samego auta, które zostawiam zawsze na parkingu pod lasem. Przecież nie mogę na brudne stopy butów założyć. Czyściochą jestem. Ale muszę przyznać, że na bosaka całkiem fajnie prowadzi się auto. Wszystkie trzy pedały wyczuwa się gołymi stopami wspaniale. Jeszcze lepiej niż w obuwiu.

A kiedy z nogą w gipsie jeździłam autem? Pierwszy raz jeszcze w Polsce, kupę lat temu, kiedy to po niefortunnym robieniu gwiazdy na łące, wpadłam do jakiejś dziury i zwichnęłam sobie prawą stopę. Ależ mi się wtedy fajowo prowadziło auto z ciężką nogą na pedale gazu. Ruszałam z kopyta i gazowałam niczym rajdowiec. Ale też i hamowało mi się super. Niemalże w miejscu. Nie, szyby łepetyną nie wybiłam, rozsądna jestem, zawsze pamiętam by zapiąć się pasami.

Za to już tutaj, w Niemczech, kiedy miałam z kolei lewą nogę w gipsie (tak samo zwichniętą) i prowadzenie auta w takim stanie nie było dla mnie niczym szczególnie trudnym, to niestety, zbyt długo sobie nie pojeździłam. Moje dorosłe już wtedy dzieci, widząc mnie za kierownicą, zabrały mi kluczyki od auta... i po ptokach. Nie było dyskusji. Same mnie woziły gdzie mi potrzeba było. Ależ byłam niepocieszona. Aż trzy tygodnie musiałam się tak męczyć — bez kierownicy w rękach.


W klapkach jednak nigdy nie zdarza mi się prowadzić auta. Co to, to nie! Nawet moją córkę pilnuję zawsze, kiedy w klapkach biega, żeby w swoim aucie miała pełne buty do przebrania... Taka uważająca jestem.