Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie z przymrużeniem oka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie z przymrużeniem oka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 stycznia 2026

Poważni ludzie nie lubią żartów

Czasami naprawdę warto patrzeć na życie z przymrużeniem oka. Nie dlatego, że wszystko jest śmieszne — ale dlatego, że nadmiar powagi bywa zwyczajnie męczący. A są ludzie, którzy powagę traktują jak życiowy obowiązek.

Z humorem żyje się lżej. Wiedzą o tym ci, którzy potrafią w każdej sytuacji znaleźć coś, co da się obrócić w żart, ironię albo przynajmniej anegdotę. Taki drobiazg potrafi uratować dzień. Albo przynajmniej rozmowę.

Czy poprawiają tym humor innym? To już kwestia bardziej złożona. Wszystko zależy od odbiorcy. Jedni śmieją się chętnie, dorzucając coś od siebie. Inni natomiast natychmiast prostują plecy i marszczą brwi, jakby żart był sygnałem alarmowym.

Poważni ludzie nie lubią żartów. Traktują je podejrzliwie, ironię odbierają jak osobisty przytyk, a dystans mylą z brakiem odpowiedzialności. Wszystko biorą na serio. Bardzo serio. Czasem aż do przesady.

I może właśnie dlatego są potrzebni. Bo tam, gdzie jedni widzą powód do śmiechu, oni widzą materiał do refleksji. To, z czego jedni żartują, dla drugich staje się tematem do namysłu. W ten sposób wszyscy jakoś się uzupełniają — nawet jeśli jedni wolą komedię, a drudzy dramat.



niedziela, 14 kwietnia 2024

Wystrzałowa przygoda na poligonie wojskowym

Pamiętam tę przygodę doskonale. Tamtego roku, choć wiosna kalendarzowa trwała już dziesięć dni, zima nie chciała odpuścić i ogromne ilości śniegu zalegały góry i lasy. Ale że ja od zawsze lubię też i takie zimowe wędrówki, pomaszerowałam w las i wtedy. Z tym że pomaszerowałam nie w mój pobliski las a w nieznany, w którym wcześniej nigdy jeszcze nie byłam. Pewnie miałam wiele spaw do przemyślenia. Szłam sobie i szłam zamyślona, nie patrząc w ogóle, gdzie idę. Nagle, ni stąd, ni zowąd, usłyszałam ostre strzały z karabinów maszynowych. Całą serię. Zdębiałam! Strach mnie na moment sparaliżował, ale już po chwili zerwałam się do ucieczki. Gnałam co sił w nogach. A kiedy serie z karabinów spotęgowały się, to już takiego przyśpieszenia dostałam, że mało nóg w zaspach śnieżnych nie pogubiłam.

Kiedy tak zasuwałam z duszą na ramieniu, zobaczyłam nagle ogromny szyld, którego wcześniej wcale nie zauważyłam. Szyld ogłaszał byczymi literami: „Das Militär Übungsgelände — das Verbot der Übertretung” (tłum. Poligon wojskowy — zakaz przekraczania). Pojęcia nie mam, czemu tego szyldu wcześniej nie zauważyłam. Czy aż taka zamyślona byłam, czy może dlatego, że zbyt dużo śniegu było dookoła. Nieważne. Ważne, że udało mi się wydostać z terenu poligonu bez szwanku. Kurczę... to by było, gdyby mnie Niemiec ustrzelił. I to tak głupio!




Jak już się znalazłam w bezpiecznej odległości, poza zasięgiem kul, przyszło mi przeżyć jeszcze jedną niedogodność, że się tak delikatnie wyrażę. Otóż z nagła poczułam potęgujące pieczenie w okolicy krzyża. Musiałam się co rusz zatrzymywać i nacierać to miejsce śniegiem, aby choć trochę załagodzić ten piekący ból.

Skąd to pieczenie? Ano stąd, że przed wyjściem z domu, przez to, że od rana odczuwałam jakiś dziwny ból w odcinku lędźwiowo-krzyżowym (pewnie po ostrym odśnieżaniu wokół domu w dniu poprzednim), nasmarowałam to miejsce silnie rozgrzewającą maścią z jadu żmii. Widocznie pod wpływem potu maść zaczęła działać ze spotęgowaną mocą. A że w czasie ucieczki spociłam się jak szczur, paliło mnie żywym ogniem.

Po przyśpieszonym powrocie do domu natychmiast wskoczyłam pod zimny prysznic. Moje dzieci, gdy mnie zobaczyły z plecami spieczonymi na raka, i kiedy wysłuchały mojej „poligonowej opowieści”, najpierw były wystraszone, ale już po chwili buchnęły śmiechem i jednomyślnie orzekły — „Szalona ta nasza mamuśka”.

No fakt, przyznam szczerze, że dzieci mają rację, jestem szalona. Ale od razu dodam, że zupełnie nieszkodliwie dla innych. I że lubię siebie taką. Przynajmniej zawsze coś się wokół mnie dzieje, coś, co w sumie wywołuje uśmiech na twarzy... Jak nie na już, to później, z perspektywy czasu, urastając do rangi anegdoty opowiadanej w gronie rodzinnym i bawiącej wszystkich. Mnie też.

Mój syn, jako że jest moim prezentem urodzinowo-imieninowym, siłą natury, jest podobnie szalony jak ja. Kiedy się do siebie dorwiemy i opowiadamy swoje przygody, boki zrywamy ze śmiechu. Moja córka zaś, wsłuchując się w nasze opowieści, puka się palcem w czoło... Ale to pewnie z miłości do nas, bo przy tym pukaniu na twarzy ma zawsze pobłażliwy uśmiech, zmieniający się w mig w serdeczny. Jednak i jej, choć jest poważna z natury, zdarza się czasami spłatać jakiegoś figla.

W tym miejscu dodam jeszcze, że przed laty, przed maturą, też miałam okazję przeżyć niezwykłą przygodę na poligonie wojskowych, ale w Polsce i zupełnie innego rodzaju. Pisałam o niej m.in. w opowiadaniu pt. "Kanonier z przypadku".

***

Żartowałam sobie o „ustrzeleniu przez Niemca”, ale to nie jest do końca żart w naszym przypadku, ponieważ mój syn, dawno temu, jako nastolatek, przez takiego jednego Niemca kulą został trafiony. Niby dla żartów. Idiota celował z wiatrówki w jego kask, gdy on siedział na swoim motorze. Niestety, skończyło się, jak się skończyło. To jednak temat na inne opowiadanie.

Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"


poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Komputera czar… albo czary?

Mój komputer zbuntował się dzisiaj i odmówił posłuszeństwa. Ależ się wnerwiłam na niego. No bo jakże to tak?! Ja go hołubię ze wszech miar a on mi rogi pokazuje? To znaczy, nic nie pokazuje. Monitor czarny jak smoła, a on, ten mój kochany komputer, tylko coś tam rzęzi jakby na ostatnim wydechu był. A ja przecież w trakcie pisania opowiadania jestem. No i jak tu się nie wnerwiać? Wnerwienie, wnerwieniem, ale jednak trzeba mi było zimną krew zachować i coś mądrego przedsięwziąć, coby komputer na mnie się nie wnerwił i coby nie zamilkł na amen. Koniec roku się przecież zbliża i w moim budżecie na nowy komputer środków niet. Środki potrzebuję na prezenty pod choinkę. Kiedy tylko o tym pomyślałam, od razu udało mi się nerwy na wodzy przytrzymać. Stanowczym ruchem palca wskazującego nacisnęłam tam gdzie trzeba i wyłączyłam to moje zbuntowane, rzężące ustrojstwo. Po chwili też i z gniazdka wyłączyłam. Odczekałam chwilkę i włączyłam ponownie. Iiii???… I guzik z pętelką! Znów tylko rzężenie usłyszałam. No to znów go wyłączyłam. I po chwili, ale już nieco dłuższej, znów włączyłam. I tak kilkakrotnie. Wydłużając za każdym razem czas między wyłączeniem a włączeniem. Po którejś tam już bezowocnej próbie zaczynałam się już zastanawiać, czy nie będzie aby lepiej dla mnie i dla mojego komputera na pogotowie komputerowe zadzwonić. Czyli do mojego syna albo zięcia. W razie palącej potrzeby zawsze któryś z nich melduje się u mnie z pomocą. Nieraz nawet obaj jednocześnie. A oni już mnie dobrze znają i wiedzą, że ja z byle powodu nie wołam o pomoc. Że najpierw to sama godzinami próbuję daną usterkę usunąć i dopiero jak d…a blada i nic mi z mojego próbowania nie wychodzi, dopiero wtedy dzwonię. Tak że kiedy usłyszą mój głos, wiedzą, że sprawa jest poważna i że nie ma rady, któryś z nich z pomocą zjawić się musi. Szkoda mi się ich jednak zrobiło, bo raz, że już późny wieczór, a drugi raz, po pracy na pewno są zmęczeni. No i odrywać ich od żon i dzieciaczków sumienie też mi nie bardzo chciało pozwolić. Postanowiłam więc dalej sama próbować tego zbuntowańca uruchomić. No a ten, jakby się wściekł, rzęzi tylko uparcie.
— O ty skubańcu! — pomyślałam — Ja ci pokażę, ja też uparta jak łosioł i ci nie odpuszczę. Wreszcie wysunęłam go spod biurka, zdjęłam boczną ściankę i zapuściłam żurawia do jego wnętrza.




— O rany, tyle tych bebechów ma! Skąd ja mam wiedzieć, który bebech mu doskwiera? — powiedziałam głośno sama do siebie, robiąc wielkie oczy.
Zaczęłam jednak każdą część z osobna dotykać oraz delikatnie w nią dmuchać. Wreszcie, poklepując go po górnej obudowie, i przemawiać zaczęłam też do niego łagodnym głosem, prosząc, aby łaskawie zaczął działać, bo żal mi moich mężczyzn z domowych pieleszy wyrywać, a bez niego ni jak żyć nie mogę. Nie, całować, nie całowałam. Pogadałam tylko, poklepałam, w końcu boczną ściankę obudowy założyłam z powrotem, i z duszą na ramieniu, palcem serdecznym (tym razem) nacisnęłam na reset… Iiiiiii?! I myślałam, że będę fruwać ze szczęścia… Mój kochany komputerek zresetował się momentalnie. Jakby nigdy nic.

Nie wiem, co wpłynęło na mojego kompa, że zaczął normalnie działać… O kurcze, czyżby mój głos miał taką moc? A może to moje poklepywanie pomogło? Albo dmuchanie? A co tam będę się zastanawiać. Najważniejsze, że działa.
Drugą godzinkę już siedzę przy nim i wszystko nadal gra i buczy. W międzyczasie zadzwonił mój syn, to mu opowiedziałam, co się z nim działo i co przy nim wyczyniałam. Zaśmiał się tylko i powiedział:
— Pojęcia nie mam, co mu dolegało. Pewnie chciał, żebyś go trochę popieściła. Tyle z tobą przeszedł, że należy mu się.

I pomyśleć, że kiedyś o komputerze nawet słyszeć nie chciałam. Bałam się tej skomplikowanej maszynerii. Kiedy ponad 30 lat temu wyjeżdżaliśmy z Kraju, mało gdzie komputery były. Wprawdzie jeden mieliśmy już wtedy w domu, nazywał się "Atari", ale cóż to był za komputer, w większości tylko graliśmy na nim.
Tu, w Niemczech, na początku cały czas pisałam na maszynie elektrycznej. Komputer moich dzieci omijałam szerokim łukiem. Aż w końcu, na któreś tam moje urodziny, w prezencie od mojego syna dostałam własnoręcznie przez niego złożony komputer. Taka to złota rączka z niego. No to wreszcie musiałam kiedyś do tego prezentu zasiąść. Żeby synowi przykrości nie robić. To i owszem, zasiadłam, ale dopiero po następnych 2 latach. Zmusiłam się. Ze wstydu przed samą sobą, że mam, a nie używam. No a teraz, nie wyobrażam sobie wręcz życia bez komputera.

Jestem samoukiem komputerowym Metodą prób i błędów sama się wszystkiego nauczyłam. Myślę, że to najlepsza metoda. Dzięki tej metodzie najszybciej się uczy i zapamiętuje. Wiele godzin spędziłam przy komputerze zanim pojęłam o co w nim biega. A że uparta jestem, nigdy się nie poddawałam. Przyznam szczerze, że zbyt łatwo nie było, tym bardziej, że w trzech językach musiałam programy rozgryzać. Czasami tylko, jak już ni jak nie mogłam czegoś zrozumieć, dzwoniłam po poradę do syna.

Dzisiaj, po latach, radzę sobie dość dobrze z komputerem. W wirtualnym świecie również. Zdaję sobie sprawę, że wielu rzeczy jeszcze nie umiem. Jednak to, co mi na już potrzeba, mam opanowane. I to dzięki mojej upartości, która w tym przypadku okazała się być chwalebna. Ba, okazała się być powodem do dumy. Mojej dumy. Chociaż mój syn twierdzi, że i jego dumy również.
Cieszę się, że sama rozgryzłam komputer na tyle, aby móc teraz korzystać z jego dobrodziejstw, a także z dobrodziejstw Internetu. Nie było łatwo, ale chyba właśnie dlatego, tak bardzo lubię pracę na komputerze.




środa, 1 kwietnia 2020

Prima aprilis zrobiłam sobie sama

Wybrałam się dzisiaj na dłuższą wędrówkę po lesie. Miałam parę spraw do przemyślenia. A takie właśnie wędrowanie na łonie natury w ciszy i spokoju na przemyśliwania moje najlepiej działa. Zawsze tak robię.

Wychodząc z domu, wymyśliłam, że tym razem pojadę do innego lasu. Las, w którym biegam, zbyt dobrze znam, a skoro mam wędrować, to najlepiej w nieznane. Zależało mi też na tym, aby iść o wiele dłużej. Iść, i iść... i myśleć. Na wędrówkę przeznaczyłam sobie ca. cztery godziny.

Przed godziną dziewiątą wyjechałam autem z miasta i udałam się w stronę południowej części naszej kotliny. Przyznam, że rzadko tam bywam i nie bardzo znam te okolice. Ale jadąc autem szosą, widać już z daleka, że lasy są tam piękne i bardzo gęste. Na wędrówkę w nieznane w sam raz. Zajechałam na pierwszy lepszy parking, zaparkowałam auto, i zadowolona, pomaszerowałam w las.

Och, jakże wspaniale mi się wędrowało. Wszystkie sprawy do przemyślenia przemyślałam i w głowie sobie poukładałam. Ba, nawet wiele nowych tematów przyszło mi na myśl. Wszystkie je skrupulatnie zanotowałam w kajeciku. Po drodze czasami zaglądałam, gdzie jestem, cobym nie zabłądziła, ale że widziałam swoje ślady na śniegu, którego na dróżkach leśnych było jeszcze sporo, byłam pewna, że do auta wrócę bez problemu.

Niestety, okazało się, że kiedy postanowiłam już zawrócić, po śniegu nie było śladu. Przez cały czas mojej wędrówki słońce mocno operowało i najnormalniej w świecie śnieg się stopił, razem z moimi śladami. Co się naszukałam drogi wyjścia z lasu, to moje. Ponad godzinę szukałam. Miałam już dość tej wędrówki. Chciałam do domu. A las wydawał mi się coraz bardziej nie do przebycia. Nie spotkałam też ani jednej żywej duszy. Nie miałam więc kogo o drogę spytać.

Zaczynałam się już na siebie mocno wkurzać, że taka ze mnie melepeta topograficzna. Komórkę, i owszem, miałam ze sobą, ale przecież nie mogłam policji wzywać, żeby mnie GPS-em namierzyła i z lasu wyprowadziła. To dopiero byłby obciach! Do dzieci też nie chciałam dzwonić. Raz, że pracują o tej porze, drugi raz, że nie wiedziałam, co niby miałabym im powiedzieć. Że co, że mają mnie szukać? Gdzie? Skoro ja sama najmniejszego pojęcia nie miałam, gdzie jestem. Zresztą, poddać się? O nie! To nie leży w mojej naturze. Co to, to nie! Nigdy i nigdzie. Uparta jestem jak łosioł. Wiedziałam, że sama muszę sobie poradzić, by wyleźć z tej matni, w którą na własne życzenie, i też sama, się wpakowałam.

Postanowiłam w końcu iść na przełaj przez las, z nadzieją, że zejdę do jakiejś wsi. Schodziłam cały czas w dół. Bo to przecież kotlina. Momentami zjeżdżałam, nawet kiedy w poślizg wpadłam na wilgotnej ściółce. Biodra mnie już bolały od tego wyhamowywania szybkości, a i trochę pupsko, bo raz nawet i tą częścią ciała hamowałam, kiedy upadłam na stromym i śliskim zboczu. Nie omieszkałam jednak sytuacji tej wykorzystać... i z pozycji horyzontalnej, uwieczniłam piękne zawilce, jakie miałam przed nosem.

 


Mój trud na szczęście nie poszedł na marne. Udało się. Zeszłam do jakiejś wsi. Musiałam jednak przejść jeszcze przez kolejną wieś, aby dojść do parkingu, gdzie stało moje auto. Do domu wróciłam porządnie zmęczona, to fakt, ale bardzo szczęśliwa. Podwójnie szczęśliwa. Raz, że na wędrówce zamierzony cel osiągnęłam, sprawy przemyślane i zapisane, a drugi raz, że sama sobie poradziłam i do domu jednak trafiłam.

Kiedy odpoczywając, siedziałam sobie w moim wygodnym fotelu z filiżanką zielonej herbaty w ręce, zadzwonił telefon. To moja córka chciała wiedzieć, jak minął mi dzień. Opowiedziałam jej wtedy, co mi się w lesie przytrafiło. No i oto co w słuchawce usłyszałam:

— Ale jesteś szalona! To tylko tobie może się zdarzyć... Prima Aprilis urządziłaś sobie jak się patrzy.

No coś takiego, a ja nawet zapomniałam, że dzisiaj Prima Aprilis. Musiałam córce przyznać rację. Rzeczywiście, Prima Aprilis mi się udał.

Po chwili zadzwonił też i mój syn. Jemu też opowiedziałam swoją leśną przygodę. No i oto co w słuchawce usłyszałam:

— Ale jesteś szalona! To tylko tobie może się zdarzyć... — po chwili zachichotał i dodał: — No, to Prima Aprilis urządziłaś sobie wzorcowo. Ale dobrze, że tym razem, chociaż nikt do ciebie nie strzelał.

Pośmialiśmy się z synem zdrowo, wspominając moją leśną przygodę sprzed paru lat, kiedy to też w dniu 1 kwietnia wybrałam się do lasu na dłuższą wędrówkę... i wlazłam tam, gdzie pod żadnym pozorem wleźć nie powinnam. Nieświadomie, rzecz jasna.

Pamiętam tę przygodę doskonale. Tamtego roku, choć wiosna kalendarzowa trwała już dziesięć dni, zima nie chciała odpuścić i ogromne ilości śniegu zalegały góry i lasy. Ale że ja od zawsze lubię też i takie zimowe wędrówki, pomaszerowałam w las i wtedy. Z tym że pomaszerowałam nie w mój pobliski las a w nieznany, w którym wcześniej nigdy jeszcze nie byłam. Podobnie jak dzisiaj. Pewnie też miałam wiele spaw do przemyślenia. Szłam sobie i szłam zamyślona, nie patrząc w ogóle, gdzie idę. Nagle, ni stąd, ni zowąd, usłyszałam ostre strzały z karabinów maszynowych. Całą serię. Zdębiałam! Strach mnie na moment sparaliżował, ale już po chwili zerwałam się do ucieczki. Gnałam co sił w płucach i w nogach. A kiedy serie z karabinów spotęgowały się, to już takiego przyśpieszenia dostałam, że mało nóg w zaspach śnieżnych nie pogubiłam.

Kiedy tak zasuwałam z duszą na ramieniu, zobaczyłam nagle ogromny szyld, którego wcześniej wcale nie zauważyłam. Szyld ogłaszał byczymi literami: „Das Militär Übungsgelände — das Verbot der Übertretung” (tłum. Poligon wojskowy — zakaz przekraczania). Pojęcia nie mam, czemu tego szyldu wcześniej nie zauważyłam. Czy taka zamyślona aż byłam, czy może dlatego, że zbyt dużo śniegu było dookoła. Nieważne. Ważne, że udało mi się wydostać z terenu poligonu bez szwanku. Kurcze... to by było, gdyby mnie Niemiec ustrzelił. I to tak głupio!

Jak już się znalazłam w bezpiecznej odległości, poza zasięgiem kul, przyszło mi przeżyć jeszcze jedną niedogodność, że się tak delikatnie wyrażę. Otóż z nagła poczułam potęgujące pieczenie w okolicy krzyża. Musiałam się co rusz zatrzymywać i nacierać to miejsce śniegiem, aby choć trochę załagodzić ten piekący ból. Skąd to pieczenie? Ano stąd, że przed wyjściem z domu, przez to, że od rana odczuwałam ból w odcinku lędźwiowo-krzyżowym, nasmarowałam się silnie rozgrzewającą maścią z jadu żmii. Widocznie pod wpływem potu maść zaczęła działać ze spotęgowaną mocą. A że w czasie ucieczki spociłam się jak szczur, paliło mnie żywym ogniem.

Po przyśpieszonym powrocie do domu natychmiast wskoczyłam pod zimny prysznic. Moje dzieci, gdy mnie zobaczyły z plecami spieczonymi na raka, i kiedy wysłuchały mojej „poligonowej opowieści”, najpierw były wystraszone, ale już po chwili buchnęły śmiechem i jednomyślnie orzekły — „Szalona ta nasza mamuśka”.

No fakt, przyznam szczerze, że dzieci mają rację, jestem szalona. Ale od razu dodam, że zupełnie nieszkodliwie dla innych. I że lubię siebie taką. Przynajmniej zawsze coś się wokół mnie dzieje, coś, co w sumie wywołuje uśmiech na twarzy... Jak nie na już, to później, z perspektywy czasu, urastając do rangi anegdoty opowiadanej w gronie rodzinnym i bawiącej wszystkich. Mnie też.

Mój syn, jako że jest moim prezentem urodzinowo-imieninowym, siłą natury, jest podobnie szalony jak ja. Kiedy się do siebie dorwiemy i opowiadamy swoje przygody, boki zrywamy ze śmiechu. Moja córka zaś, wsłuchując się w nasze opowieści, puka się palcem w czoło... Ale to pewnie z miłości do nas, bo przy tym pukaniu na twarzy ma zawsze pobłażliwy uśmiech, zmieniający się w mig w serdeczny. Jednak i jej, choć jest poważna z natury, zdarza się czasami spłatać jakiegoś figla. O, chociażby instalacja primaaprilisowa, jaką wykonała dla mnie pewnego 1 kwietnia. Zobaczyłam ją, kiedy, chcąc sięgnąć po śmietankę do kawy, otworzyłam lodówkę... Myślałam, że jakowegoś zawału dostanę. Ale tylko przez ułamek sekundy tak myślałam, bo wnet buchnęłam głośnym śmiechem.



 
* Coś takiego, dopiero teraz zauważyłam, że córka strzeliła byka. A może to też prima aprilis? ;) 
 
 


czwartek, 20 lutego 2020

Jak to jest być maniakiem fotografowania

Tylko maniak fotografowania wie,

Ile to zawsze napracować trzeba się,

aby uchwycić niepowtarzalne momenty

i przez uwieczniany akurat obiekt...

nie zostać brutalnie — z nagła — napadniętym.



Zdjęcie z Internetu


Lubię fotografować. Aparat fotograficzny mam zawsze przy sobie. A nuż nadarzy się jakaś okazja na niepowtarzalną fotkę? Zdaję sobie sprawę, że z tym fotografowaniem potrafię być czasami namolna, ale żebym miała być aż tak ostro potraktowana jak osóbka na załączonym wyżej obrazku, co to, to nie! Jak do tej pory nikt się tak niegrzecznie ze mną nie obszedł… Że co? Że wszystko przede mną? No nie wiem, nie wiem… Staram się zawsze uważać i mieć oczy szeroko otwarte, nie tylko obiektyw.
Na wszelki wypadek daruję sobie Australię, skoro tamtejsze zwierzaki biją turystów z aparatem fotograficznym w ręku. Nasze rodzime zwierzaki nie są aż tak agresywne i nie protestują przed zrobieniem im fotek. Ba, nawet wdzięcznie do nich pozują.


A ja zawsze na posterunku...
Nikomu nie dam się ruszyć,
Gdyż uwiecznianie obrazów
Jest pasją, która gra mi w duszy.




Kiedy tak przeglądam zrobione prze siebie fotki zwierzaków na ekranie komputera, niemal zawsze nasuwają mi się dziwne skojarzenia związane z naszym ludzkim życiem. Czy aby aż tak dziwne? Hmm… coś mi wydaje, że nie bardzo.




niedziela, 12 stycznia 2020

Nie każdy lubi koty

To prawda, nie każdy. Ja nie lubię. Chociaż nie, to chyba za mocno powiedziane w moim przypadku. Nie przepadam... o, tak będzie właściwiej. Dlaczego? Hmm… tak do końca to ja sama nie wiem. Może dlatego, że nie toleruję fałszu i egoizmu? Pewnie coś w tym jest, bo koty, według mnie, to typowy przykład zwierząt o takich cechach. Koty żyją swoim własnym życiem, chadzają własnymi ścieżkami i ni jak nie chcą się dać podporządkować woli człowieka. Nie przywiązują się do człowieka tylko do miejsca. W pierwszej kolejności to człowiek im służy. Kiedyś czytałam wypowiedź jakiegoś „kocioznawcy”, który twierdził, że kot tak właśnie myśli, iż człowiek jest po to, aby mu służyć. I że potrafi nawet pogryźć lub podrapać swojego właściciela, który go głaszcze, jak mu to w danym momencie akurat nie w nos.

Miłośnicy kotów pewnie będą mieli mi za złe, że ja tu tak o kotach… No trudno, będę musiała to jakoś strawić, bo i tak mnie nikt nigdy nie przekona, bym polubiła koty. Niechęć do kotów mam we krwi… Cokolwiek to znaczy.
Co to jest z tymi kotami, że aż tyle kontrowersji w ludziach wzbudzają? Zawsze mnie to zastanawia. Bo też nie jestem odosobniona w tym nielubieniu kotów, takich ludzi jest wiele. Niektórzy nawet cierpią na alergię na koty. Niektórzy zaś kotów panicznie się boją. A jeszcze niektórzy wręcz wierzą w przesądy związane z kotami. O, chociażby Cezary Pazura, taki niby macho skądinąd, a jak kot mu przebiegnie drogę to ze strachu spluwa przez lewe ramię i zawraca. Albo czeka aż ktoś inny, jako pierwszy, przekroczy tę „skażoną” przez kota drogę (tak o sobie mówił w jednym z wywiadów). Ja ani alergii na koty nie mam, ani kotów się nie boję, ani też w żadne zabobony nie wierzę (podzielam zdanie G.B. Shaw`a: "Nie warto wierzyć w zabobony, bo to przynosi pecha."), a kotów i tak nie lubię... O przepraszam, nie przepadam za nimi.

A tego ich kociego marcowania to znieść nie mogę. Okropność! Istny horror. Jak się zbliża marzec to najchętniej bym wszystkie koty wyekspediowała tam gdzie wanilia kwitnie. Rany, cóż za potworne wrzaski urządzają w nocy pod oknami. Chociaż przyznać muszę, że w ostatnich latach, ze względu na kastrację tych „krzykaczy seksualnych” jest coraz lepiej. Czyli ciszej.
Aż mnie samą dziwi ta moja awersja do kotów, bo przecież bardzo kocham zwierzęta. Najbardziej psy i konie... Jedynie kotów nie. Od dziecka. Jak dziś pamiętam z dzieciństwa ogromną tragedię, jaką przeżyli nasi sąsiedzi, kiedy ich własny kot udusił im dwumiesięcznego syneczka. Zaraz, to może właśnie po tej tragedii odrzuciło mnie od kotów? No nie wiem. Ale wiem jedno: nie lubię kotów (jednak?). Żadnych. I tylko kotów. Kurczę blade… to pewnie jednak uraz!

Nie jestem typem kanapowca, a to pewnie jeszcze jeden powód, że koty mi nie leżą. Nie wyobrażam sobie zalegania na kanapie z mruczącym kotem u boku. Albo, co gorsza, na brzuchu. Mruczenie kota mnie nie uspakaja. Wręcz przeciwnie, rozstraja. Jestem osobą energiczną i aż się boję pomyśleć, co by się działo, gdyby mi się kot pod nogami też pałętał — z jego wrodzonym upodobaniem do łaszenia się i ocierania o nogi człowieka. Pewnie nieraz orła bym przez niego wywinęła.
Nie mogę też pojąć, jak miłośnicy kotów potrafią takiego kudłatego czorta brać sobie do łóżka? Przecież łazi to to byle gdzie, z myszami ma do czynienia, i nie tylko, a potem zionie prosto w twarz tym wszystkim co ma w sobie. No nie wyobrażam sobie coś takiego w moim łóżku. Toż to obrzydliwe! A przede wszystkim – niehigieniczne.



Zastanawia mnie też jeszcze inna rzecz. A mianowicie: co koty do mnie czują? Bo niechęci mojej do nich, głupie, jakoś za diabła nie wyczuwają. Każdego ciepłego dnia, kiedy drzwi do ogrodu mam na oścież otwarte, zawsze do mnie włażą. Biurko mam przy samych drzwiach a te czorty pod moimi nogami cichcem zasuwają w głąb mieszkania. Jak tylko przyuważę intruza od razu pędzę z powrotem na dwór. Mimo to te same koty nadal włażą do mnie. Ile razy jest tak, że kiedy w pokoju stołowym oglądam telewizję, ni stąd, ni zowąd, kątem oka widzę szorującego w moim kierunku kota. Raz nawet dwa jednocześnie wparowały do pokoju. O rany, ależ jestem wtedy zła. Pewnego zaś razu, kiedy przechodziłam przez przedpokój z pokoju do kuchni, nagle w sypialni zobaczyłam ogromnego czarnego kocura. Spał sobie spokojniutko na moim łóżku. No myślałam, że mnie szlag trafi! Ludzie, trzymajcie mnie, gdzie jak gdzie, ale na moim kochanym, pięknie zasłanym łóżeczku?! Na miejscu moich sennych marzeń?!

Naprawdę nie wiem, co te koty do mnie czują. Pewnie coś jednak czują, skoro oprócz częstych odwiedzin podarki mi jeszcze składają. Myszy. Zagryzione przez siebie. Na schodach do ogrodu bardzo często je znajduję. Fuj, przy samych drzwiach, na wycieraczce... Rany, jak ja nie cierpię kotów!
Miłośników kotów muszę jednak zapewnić, że choć kotów nie lubię, krzywdy nijakiej im nigdy nie robię. Ba, nawet im często pomagam, kiedy wpadają w tarapaty. Nieraz je ściągam z drzew rozdartych wniebogłosy.

Rzucam im też często coś do żarcia… No dobra, przyznam szczerze, że bardziej to ptaszkom rzucam, ale te czorty i tak się u mnie tuczą, pożerając wszystko łapczywie, co tylko rzucę. Nawet je nie przepędzam. Przepędzam jedynie wtedy, kiedy ze swej zachłanności atakują ptaszki i nie pozwalają im cokolwiek dzióbnąć. A muszę powiedzieć, że wokół mnie jest tych kotów od groma i ciut, ciut. Tak jak i „samotnych panienek” — w różnym wieku. I to przede wszystkim one… no, te „panienki”, nie mając dzieci, hołubią kociska. Tu nie ma bezpańskich kotów. Wszystkie koty mają swoje domy, a w nich swoje miski z żarciem… I ogłupiałe na ich punkcie pańcie. Pańcie, które czasami i w nocy potrafią się przez okno wydzierać za swoimi pupilami, nawołując je do domu. A te i tak mają pańcie gdzieś… i łażą sobie swoimi ścieżkami. Dopiero nad ranem stają przed drzwiami wejściowymi swoich domów i drą mordy niczym potępieńcy, by je wpuścić do środka. Tak było dopóty, dopóki policja nie zaczęła interweniować.

Z ręką na sercu przysięgam, że to nie ja je zapodałam. Takie rzeczy nie leżą w mojej naturze. Szybciej bym się udała do samej pańci z prośbą o wpłynięcie na zaniechanie tych kocich koncertów, aniżeli policją się wysługiwała. To pewnie ktoś z sąsiedztwa doniósł. Ktoś, kto może z którąś z pańć ma na pieńku, albo po prostu kotów bardzo nie lubi. A może ktoś, kto nawet koty i lubi, ale musi rano wstawać do pracy wyspany. Co po takim nocno-porannym koncercie raczej niemożliwe.

I pomyśleć, takie małe stworzenie, a potrafi tyle zamętu w życiu ludzi narobić. I to aż tylu ludzi naraz. Ba, nawet w koszty wpędzać. I to tych ludzi nawet, co go na oczy nie widzieli ani nie słyszeli. Bo, jak mnie poinformował mój sąsiad z przeciwka, takich interwencji policji wcześniej to tu było dużo, bo też takich niesfornych kotów było dużo… A może pańć? Na jedno wychodzi. Wszak wiadomo, kto opłaca policję. Podatnicy… Ech, te kociska!






***

To, że nie lubię kotów, nie znaczy jednak, że nie lubię o nich pisać... Bo lubię. Już wcześniej opublikowałam tu kilka tekstów o kotach. O, chociażby: rymowankę pt. "Leniwa Kicia", oraz bajki: "Pomocny kot Mruczko" i "Nikt... tylko Pomponik", w której kot Benedykt jest postacią drugoplanową.