Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uśmiechnij się. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uśmiechnij się. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 czerwca 2023

Uśmiechnij się


Ktoś kiedyś mi powiedział,

że ładny uśmiech mam,

lecz on o tym nie wiedział,

że to dla was… i dzięki wam.


To do was uśmiecham się serdecznie,

by przywołać uśmiech na waszą twarz.

I będę to robić wiecznie —

radość mi sprawia uśmiech wasz.


Wszak uśmiech działa niczym balsam

na skołatane serce i duszę.

Jeśli nie potrafisz uśmiechnąć się sam,

ja swym uśmiechem pomóc ci muszę.


Dla mnie to przecież czysta przyjemność —

w uśmiechu się czuję zwiewnie i lekko.

Niestraszna mi wtedy nawet ciemność,

i nigdzie nie jest mi za daleko.


Proszę, uśmiechnij się do mnie i ty —

poczujesz się miło i wesoło.

Na trudy życia to lek prosty;

gdy to pojmiesz —

sam zaczniesz rozsiewać go wkoło.



Uśmiech uśmiechającej się w wieku 20 lat... i pół wieku później. 😁😂


Z cyklu: Pół żartem, pół serio”


niedziela, 25 października 2020

Jestem blondynką… i co z tego?

Co to jest, że ludzie się tak blondynek czepiają? O co im chodzi? Bo na pewno nie o to, o czym te wszystkie dowcipy o blondynkach mówią. Ani krzty prawdy w nich nie ma. Jeśli chodzi oczywiście o te cechy charakteru, z których się wszyscy dowcipnisie w swoich dowcipach z blondynek natrząsają. Bo niby co, takie żałosne cechy charakteru i głupawe zachowania są domeną blondynek? Akurat! Jak już, to równie dobrze wszystkie te przywary można porozdzielać pomiędzy szatynki, brunetki i rude. Ale nie, uczepili się tylko blondynek, dowcipnisie od siedmiu boleści… Cholewcia!

Sama jestem blondynką od urodzenia i wcale nie czuję się aż taka głupia, naiwna, niepozbierana, a już na pewno nie niezaradna. Słyszycie, twórcy dowcipów o blondynkach?! No może jedynie roztrzepana ździebełko… Hmmm? Ale tylko ździebełko. Jednak cała reszta cech i zachowań blondynki z dowcipów nic a nic mnie nie dotyczą… No!  

 

Czy to blond dziecię wygląda na przyszłą głupią blond niewiastę? A czy na głupią wygląda ta blond niewiasta? A czy latorośl blond niewiasty i blond latorośl latorośli blond niewiasty wyglądają na głupich?... No chyba też nie.

Niechby kto spróbował powiedzieć, że tak, albo chociażby, że nie wie… Nooo!... wtedy z blond mamą i z blond babcią w tej samej osobie będzie miał do czynienia… I zaraz się dowie, jaka jest najgorsza bomba na świecie.

No jaka jest najgorsza bomba? Kto wie, rączka do góry! Ha, nikt? A ja, blondynka, wiem… Oczywiście, że blondynka. Wpada w oko, rani serce, dziurawi kieszeń i wychodzi bokiem.

Trochę sobie podowcipkowałam, bo sama lubię dowcipy o blondynkach… Ale takie w miarę mądre i niezbyt wulgarne. Lubię się śmiać, lubię więc i dowcipy. Szczególnie o blondynkach. Bo też w myśl znanej zasady: „Nie ważne jak o tobie mówią, ważne żeby mówili”, znaczyłoby jak nic, że się o blondynkach myśli więcej niż o… Eee tam, nie będę wymieniać, bo się jeszcze wszystkie te brunetki, szatynki i rude obrażą. Ale że mężczyźni kochają blondynki to pewne, wszak to oni są przeważnie autorami dowcipów o nich.

A tak na poważnie, to my blondynki dobrze wiemy, że blondynka to nie kolor włosów, to pewien typ umysłowości, a raczej jej brak.

Na koniec kilka dowcipów o blondynkach:

Dlaczego blondynce nie można mówić na ucho?
— Bo jej echo głowę rozerwie.

&

Blondynka do chłopaka:
— Bardzo cię lubię. Mówisz mi takie przyjemne rzeczy — że
jestem ładna, mądra, kochana, jedyna... Jesteś bardzo miły.
Chłopak: — I mam tylko jedną wadę: kłamię.

&

Jak blondynka przechodzi na czas zimowy? — Wkłada zegarek do lodówki!

&

Dlaczego blondynki nie potrafią zrobić kostek lodu? — Bo ciągle zapominają przepisu.

&

Podchodzi blondynka do Informacji PKP: — Przepraszam, jak długo jedzie pociąg z Krakowa do Warszawy? 

— Chwileczkę....
— Dziękuję!!!

No i ostatni, żeby już pełna jasność była:

Brunetka, ruda i blondynka założyły się, że przepłyną 20 kilometrów z wyspy na brzeg lądu. Brunetka przepłynęła 5 km, straciła siły i utopiła się. Ruda przepłynęła 10 km, straciła siły i utopiła się. Blondynka przepłynęła 19,5 km, po czym stwierdziła, że nie ma siły płynąć dalej, więc wróciła na wyspę.

 

Z cyklu: „Pół żartem, pół serio”


wtorek, 12 maja 2020

Gdybym no tylko złotą rybką była…

Wprawdzie nie rybą a rakiem jestem, ale że na bezrybiu i rak ryba, to myślę, że moja fantazja aż tak przesadna znów nie jest. Fantazja to moje drugie imię, pofantazjować więc sobie, co bym zrobiła, gdybym złotą rybką była, to dla mnie żadna trudność. A że pogodzić się nie mogę ze wszystkimi potwornościami, jakie w ostatnich latach ze spotęgowaną siłą gnębią ludzkość, fantazjowanie o złotej rybce stało się dla mnie wewnętrzną potrzebą. Ba, nakazem wręcz… Skoro moce odgórne zostawiły naszą Planetę odłogiem, a pięć największych religii na świecie zamiast ludzkości pomagać godnie żyć, coraz bardziej ją konfliktuje; skoro coraz więcej chamstwa i nienawiści, coraz więcej wojen, coraz więcej ogłupiałych ludzi upodlonych dopalaczami, narkotykami, alkoholem; skoro coraz więcej tragedii rodzinnych spowodowanych przez tych upodlonych, odurzonych używkami… Och, jak ja bym chciała złotą rybką być! Bo:


Gdybym była złotą rybką,
gdybym złotą rybką była,
to bym wszystkich pijaków
do odwyku zmusiła.

Gdybym była złotą rybką,
gdybym złotą rybką była,
to bym wszystkich balangowiczów
żyć w trzeźwości nauczyła.

Gdybym była złotą rybką,
gdybym złotą rybką była,
to bym niewiernych małżonków
rozumu nauczyła.

Gdybym była złotą rybką,
gdybym złotą rybką była,
to bym wszystkim parom
miłości życzyła.

Gdybym była złotą rybką,
gdybym złotą rybką była,
to bym wszystkie ludzkie bestie
do piekła wtrąciła.

Gdybym była złotą rybką,
gdybym złotą rybką była,
to bym całą kulę ziemską
z podłości oczyściła.

Gdybym była złotą rybką,
gdybym złotą rybką była,
to bym wszystkie żywe istoty
opieką otoczyła.

Gdybym była złotą rybką,
gdybym złotą rybką była,
to bym na ludzką krzywdę
ludzkość uwrażliwiła.

Gdybym była złotą rybką,
gdybym złotą rybką była,
to bym wszystkich uciśnionych
parasolem wsparcia otoczyła.

Gdybym była złotą rybką,
gdybym złotą rybką była,
to bym o pomoc dla świata
Wszechświat uprosiła.


Gdybym była złotą rybką,
gdybym złotą rybką była,
to bym całą ludzkość
radośnie żyć nauczyła.

Gdybym była złotą rybką,
gdybym choć na chwilę była,
to bym wszystkich dobrych ludzi
życzenia spełniła…


I taaakie piękne życie wszyscy byśmy mieli...
A z nami mało pracy mieliby Anieli.


niedziela, 29 marca 2020

Uśmiech kosmetykiem ciała i duszy

Dzień Uśmiechu obchodzimy wprawdzie w październiku, ale że teraz, w czasie pandemii koronawirusa, uśmiechu potrzeba nam szczególnie, jak mówią epidemiolodzy, zajmę się nim dzisiaj. Ku refleksji. Może komuś pomoże. A jako że należę do osób uśmiechniętych, zajmę się nim na swoim przykładzie.

Moja córka często mi powtarza, że jak przychodzę do nich z wizytą, to najpierw wchodzi mój uśmiech, a potem ja. Przyznam, że kiedy to słyszę, miło robi mi się na sercu… A uśmiech jakoś tak od samości rozjeżdża mi się jeszcze szerzej. I gdyby nie uszy, pewnie dookoła głowy by mi się rozjechał.
Sama nie zwracam na to uwagi, czy jestem uśmiechnięta, czy nie. Widocznie już tak mam, że uśmiech na twarzy wciąż przyklejony mam. Pewnie mam tak po mojej babci, o której, jak pamiętam, wszyscy zawsze mówili: — „Co to za miła, zawsze uśmiechnięta staruszka”. Dodam, że babcia z uśmiechem przeżyła 94 lata. Zaś moja ciocia (siostra dziadka), która również należała do osób stale uśmiechniętych, przeżyła 103 lata.
Uśmiechu swojego nie widzę, ale go czuję. Czuję się uśmiechnięta. Sama też lubię uśmiechniętych ludzi. Czyjś uśmiech bardzo miło na mnie działa. Smutasy natomiast mnie deprymują. Nie to, że nie rozumiem, iż ludziom czasami nie do śmiechu. Nie. Przecież ja też człowiek, i mi też — nie raz i nie dwa — nie do śmiechu… Ale nie obnoszę się swoim smutkiem. Sama się z nim rozprawiam. A kiedy się już rozprawię, wtedy z uśmiechem (tak czuję) wychodzę z domu. Życie tak mnie już nauczyło, i mam tę świadomość, że ludzie najbardziej lgną do osób uśmiechniętych. A to, jakby nie patrzeć, korzyść obopólna.

Pewnie, że łatwiej jest żyć, mając kogoś, komu można się i ze swoich smutków wyżalić. Jednak, według mnie, powinien to być ktoś z grona najbliższych osób. Nie ogół. Bo cóż komu po tym przyjdzie, że wylewać będzie swoje smutki przed obcymi, przypadkowymi ludźmi? Pomocy żadnej, a jedynie ich niechęć. Mniej lub bardziej skrywana. W najlepszym przypadku. Bo niech mi nikt nie mówi, że ma przyjemność w wysłuchiwaniu smutaszenia i labidzenia kogoś obcego. A zwłaszcza kogoś, kto wręcz uwielbia pławić się w swoim smutku i o nim rozprawiać (czyt. zanudzać) na lewo i prawo. Ja takich ludzi wyczuwam w lot… i wolę ich unikać. Dla własnego zdrowia. Psychicznego.
Oczywiście rozgraniczam tu takie sytuacje, w których rzeczywiście mamy do czynienia z ludźmi potrzebującymi pomocy. Takich ludzi powinno się wysłuchać i nieść im pomoc. Bo też co innego — ludzie potrzebujący pomocy, a co innego — ludzie obnoszący się swoją skrzywioną miną. Pierwszym, bezsprzecznie trzeba pomóc. Drugim… hmm, a chyba też trzeba… porządnie nimi wstrząsnąć.

Uśmiechajmy się. Z uśmiechem o wiele łatwiej pokonać trudności. Życie staje się łatwiejsze. Świat wydaje się piękniejszy. Ja się uśmiecham. Oto i mój uśmiech. Wprawdzie stary już, bo sprzed wielu, wielu lat, ale niewiele się zmienił:



Uśmiech mój

Ktoś kiedyś mi powiedział,

że ładny uśmiech mam,

lecz on o tym nie wiedział,

że to dla was… i dzięki wam.


To do was uśmiecham się serdecznie,

by przywołać uśmiech na waszą twarz.

I będę to robić wiecznie,

gdyż radość mi sprawia uśmiech wasz.


Wszak uśmiech działa niczym balsam

na skołatane serce i duszę.

Jeśli nie potrafisz uśmiechnąć się sam,

ja swym uśmiechem pomóc ci muszę.


Dla mnie to wszakże czysta przyjemność,

w uśmiechu się czuję zwiewnie i lekko.

Niestraszna mi wtedy nawet ciemność

i nigdzie mi nie jest za daleko.


Proszę, uśmiechnij się do mnie i ty,

poczujesz się miło i wesoło.

Na trudy życia wszak lek to prosty

(gdy pojmiesz to),

będziesz wnet sam rozsyłać go wkoło.






niedziela, 12 stycznia 2020

Nie każdy lubi koty

To prawda, nie każdy. Ja nie lubię. Chociaż nie, to chyba za mocno powiedziane w moim przypadku. Nie przepadam... o, tak będzie właściwiej. Dlaczego? Hmm… tak do końca to ja sama nie wiem. Może dlatego, że nie toleruję fałszu i egoizmu? Pewnie coś w tym jest, bo koty, według mnie, to typowy przykład zwierząt o takich cechach. Koty żyją swoim własnym życiem, chadzają własnymi ścieżkami i ni jak nie chcą się dać podporządkować woli człowieka. Nie przywiązują się do człowieka tylko do miejsca. W pierwszej kolejności to człowiek im służy. Kiedyś czytałam wypowiedź jakiegoś „kocioznawcy”, który twierdził, że kot tak właśnie myśli, iż człowiek jest po to, aby mu służyć. I że potrafi nawet pogryźć lub podrapać swojego właściciela, który go głaszcze, jak mu to w danym momencie akurat nie w nos.

Miłośnicy kotów pewnie będą mieli mi za złe, że ja tu tak o kotach… No trudno, będę musiała to jakoś strawić, bo i tak mnie nikt nigdy nie przekona, bym polubiła koty. Niechęć do kotów mam we krwi… Cokolwiek to znaczy.
Co to jest z tymi kotami, że aż tyle kontrowersji w ludziach wzbudzają? Zawsze mnie to zastanawia. Bo też nie jestem odosobniona w tym nielubieniu kotów, takich ludzi jest wiele. Niektórzy nawet cierpią na alergię na koty. Niektórzy zaś kotów panicznie się boją. A jeszcze niektórzy wręcz wierzą w przesądy związane z kotami. O, chociażby Cezary Pazura, taki niby macho skądinąd, a jak kot mu przebiegnie drogę to ze strachu spluwa przez lewe ramię i zawraca. Albo czeka aż ktoś inny, jako pierwszy, przekroczy tę „skażoną” przez kota drogę (tak o sobie mówił w jednym z wywiadów). Ja ani alergii na koty nie mam, ani kotów się nie boję, ani też w żadne zabobony nie wierzę (podzielam zdanie G.B. Shaw`a: "Nie warto wierzyć w zabobony, bo to przynosi pecha."), a kotów i tak nie lubię... O przepraszam, nie przepadam za nimi.

A tego ich kociego marcowania to znieść nie mogę. Okropność! Istny horror. Jak się zbliża marzec to najchętniej bym wszystkie koty wyekspediowała tam gdzie wanilia kwitnie. Rany, cóż za potworne wrzaski urządzają w nocy pod oknami. Chociaż przyznać muszę, że w ostatnich latach, ze względu na kastrację tych „krzykaczy seksualnych” jest coraz lepiej. Czyli ciszej.
Aż mnie samą dziwi ta moja awersja do kotów, bo przecież bardzo kocham zwierzęta. Najbardziej psy i konie... Jedynie kotów nie. Od dziecka. Jak dziś pamiętam z dzieciństwa ogromną tragedię, jaką przeżyli nasi sąsiedzi, kiedy ich własny kot udusił im dwumiesięcznego syneczka. Zaraz, to może właśnie po tej tragedii odrzuciło mnie od kotów? No nie wiem. Ale wiem jedno: nie lubię kotów (jednak?). Żadnych. I tylko kotów. Kurczę blade… to pewnie jednak uraz!

Nie jestem typem kanapowca, a to pewnie jeszcze jeden powód, że koty mi nie leżą. Nie wyobrażam sobie zalegania na kanapie z mruczącym kotem u boku. Albo, co gorsza, na brzuchu. Mruczenie kota mnie nie uspakaja. Wręcz przeciwnie, rozstraja. Jestem osobą energiczną i aż się boję pomyśleć, co by się działo, gdyby mi się kot pod nogami też pałętał — z jego wrodzonym upodobaniem do łaszenia się i ocierania o nogi człowieka. Pewnie nieraz orła bym przez niego wywinęła.
Nie mogę też pojąć, jak miłośnicy kotów potrafią takiego kudłatego czorta brać sobie do łóżka? Przecież łazi to to byle gdzie, z myszami ma do czynienia, i nie tylko, a potem zionie prosto w twarz tym wszystkim co ma w sobie. No nie wyobrażam sobie coś takiego w moim łóżku. Toż to obrzydliwe! A przede wszystkim – niehigieniczne.



Zastanawia mnie też jeszcze inna rzecz. A mianowicie: co koty do mnie czują? Bo niechęci mojej do nich, głupie, jakoś za diabła nie wyczuwają. Każdego ciepłego dnia, kiedy drzwi do ogrodu mam na oścież otwarte, zawsze do mnie włażą. Biurko mam przy samych drzwiach a te czorty pod moimi nogami cichcem zasuwają w głąb mieszkania. Jak tylko przyuważę intruza od razu pędzę z powrotem na dwór. Mimo to te same koty nadal włażą do mnie. Ile razy jest tak, że kiedy w pokoju stołowym oglądam telewizję, ni stąd, ni zowąd, kątem oka widzę szorującego w moim kierunku kota. Raz nawet dwa jednocześnie wparowały do pokoju. O rany, ależ jestem wtedy zła. Pewnego zaś razu, kiedy przechodziłam przez przedpokój z pokoju do kuchni, nagle w sypialni zobaczyłam ogromnego czarnego kocura. Spał sobie spokojniutko na moim łóżku. No myślałam, że mnie szlag trafi! Ludzie, trzymajcie mnie, gdzie jak gdzie, ale na moim kochanym, pięknie zasłanym łóżeczku?! Na miejscu moich sennych marzeń?!

Naprawdę nie wiem, co te koty do mnie czują. Pewnie coś jednak czują, skoro oprócz częstych odwiedzin podarki mi jeszcze składają. Myszy. Zagryzione przez siebie. Na schodach do ogrodu bardzo często je znajduję. Fuj, przy samych drzwiach, na wycieraczce... Rany, jak ja nie cierpię kotów!
Miłośników kotów muszę jednak zapewnić, że choć kotów nie lubię, krzywdy nijakiej im nigdy nie robię. Ba, nawet im często pomagam, kiedy wpadają w tarapaty. Nieraz je ściągam z drzew rozdartych wniebogłosy.

Rzucam im też często coś do żarcia… No dobra, przyznam szczerze, że bardziej to ptaszkom rzucam, ale te czorty i tak się u mnie tuczą, pożerając wszystko łapczywie, co tylko rzucę. Nawet je nie przepędzam. Przepędzam jedynie wtedy, kiedy ze swej zachłanności atakują ptaszki i nie pozwalają im cokolwiek dzióbnąć. A muszę powiedzieć, że wokół mnie jest tych kotów od groma i ciut, ciut. Tak jak i „samotnych panienek” — w różnym wieku. I to przede wszystkim one… no, te „panienki”, nie mając dzieci, hołubią kociska. Tu nie ma bezpańskich kotów. Wszystkie koty mają swoje domy, a w nich swoje miski z żarciem… I ogłupiałe na ich punkcie pańcie. Pańcie, które czasami i w nocy potrafią się przez okno wydzierać za swoimi pupilami, nawołując je do domu. A te i tak mają pańcie gdzieś… i łażą sobie swoimi ścieżkami. Dopiero nad ranem stają przed drzwiami wejściowymi swoich domów i drą mordy niczym potępieńcy, by je wpuścić do środka. Tak było dopóty, dopóki policja nie zaczęła interweniować.

Z ręką na sercu przysięgam, że to nie ja je zapodałam. Takie rzeczy nie leżą w mojej naturze. Szybciej bym się udała do samej pańci z prośbą o wpłynięcie na zaniechanie tych kocich koncertów, aniżeli policją się wysługiwała. To pewnie ktoś z sąsiedztwa doniósł. Ktoś, kto może z którąś z pańć ma na pieńku, albo po prostu kotów bardzo nie lubi. A może ktoś, kto nawet koty i lubi, ale musi rano wstawać do pracy wyspany. Co po takim nocno-porannym koncercie raczej niemożliwe.

I pomyśleć, takie małe stworzenie, a potrafi tyle zamętu w życiu ludzi narobić. I to aż tylu ludzi naraz. Ba, nawet w koszty wpędzać. I to tych ludzi nawet, co go na oczy nie widzieli ani nie słyszeli. Bo, jak mnie poinformował mój sąsiad z przeciwka, takich interwencji policji wcześniej to tu było dużo, bo też takich niesfornych kotów było dużo… A może pańć? Na jedno wychodzi. Wszak wiadomo, kto opłaca policję. Podatnicy… Ech, te kociska!






***

To, że nie lubię kotów, nie znaczy jednak, że nie lubię o nich pisać... Bo lubię. Już wcześniej opublikowałam tu kilka tekstów o kotach. O, chociażby: rymowankę pt. "Leniwa Kicia", oraz bajki: "Pomocny kot Mruczko" i "Nikt... tylko Pomponik", w której kot Benedykt jest postacią drugoplanową.