Pokazywanie postów oznaczonych etykietą usterka komputera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą usterka komputera. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Komputera czar… albo czary?

Mój komputer zbuntował się dzisiaj i odmówił posłuszeństwa. Ależ się wnerwiłam na niego. No bo jakże to tak?! Ja go hołubię ze wszech miar a on mi rogi pokazuje? To znaczy, nic nie pokazuje. Monitor czarny jak smoła, a on, ten mój kochany komputer, tylko coś tam rzęzi jakby na ostatnim wydechu był. A ja przecież w trakcie pisania opowiadania jestem. No i jak tu się nie wnerwiać? Wnerwienie, wnerwieniem, ale jednak trzeba mi było zimną krew zachować i coś mądrego przedsięwziąć, coby komputer na mnie się nie wnerwił i coby nie zamilkł na amen. Koniec roku się przecież zbliża i w moim budżecie na nowy komputer środków niet. Środki potrzebuję na prezenty pod choinkę. Kiedy tylko o tym pomyślałam, od razu udało mi się nerwy na wodzy przytrzymać. Stanowczym ruchem palca wskazującego nacisnęłam tam gdzie trzeba i wyłączyłam to moje zbuntowane, rzężące ustrojstwo. Po chwili też i z gniazdka wyłączyłam. Odczekałam chwilkę i włączyłam ponownie. Iiii???… I guzik z pętelką! Znów tylko rzężenie usłyszałam. No to znów go wyłączyłam. I po chwili, ale już nieco dłuższej, znów włączyłam. I tak kilkakrotnie. Wydłużając za każdym razem czas między wyłączeniem a włączeniem. Po którejś tam już bezowocnej próbie zaczynałam się już zastanawiać, czy nie będzie aby lepiej dla mnie i dla mojego komputera na pogotowie komputerowe zadzwonić. Czyli do mojego syna albo zięcia. W razie palącej potrzeby zawsze któryś z nich melduje się u mnie z pomocą. Nieraz nawet obaj jednocześnie. A oni już mnie dobrze znają i wiedzą, że ja z byle powodu nie wołam o pomoc. Że najpierw to sama godzinami próbuję daną usterkę usunąć i dopiero jak d…a blada i nic mi z mojego próbowania nie wychodzi, dopiero wtedy dzwonię. Tak że kiedy usłyszą mój głos, wiedzą, że sprawa jest poważna i że nie ma rady, któryś z nich z pomocą zjawić się musi. Szkoda mi się ich jednak zrobiło, bo raz, że już późny wieczór, a drugi raz, po pracy na pewno są zmęczeni. No i odrywać ich od żon i dzieciaczków sumienie też mi nie bardzo chciało pozwolić. Postanowiłam więc dalej sama próbować tego zbuntowańca uruchomić. No a ten, jakby się wściekł, rzęzi tylko uparcie.
O ty skubańcu! — pomyślałam — Ja ci pokażę, ja też uparta jak łosioł i ci nie odpuszczę. Wreszcie wysunęłam go spod biurka, zdjęłam boczną ściankę i zapuściłam żurawia do jego wnętrza.




O rany, tyle tych bebechów ma! Skąd ja mam wiedzieć, który bebech mu doskwiera? — powiedziałam głośno sama do siebie, robiąc wielkie oczy.
Zaczęłam jednak każdą część z osobna dotykać oraz delikatnie w nią dmuchać. Wreszcie, poklepując go po górnej obudowie, i przemawiać zaczęłam też do niego łagodnym głosem, prosząc, aby łaskawie zaczął działać, bo żal mi moich mężczyzn z domowych pieleszy wyrywać, a bez niego ni jak żyć nie mogę. Nie, całować, nie całowałam. Pogadałam tylko, poklepałam, w końcu boczną ściankę obudowy założyłam z powrotem, i z duszą na ramieniu, palcem serdecznym (tym razem) nacisnęłam na reset… Iiiiiii?! I myślałam, że będę fruwać ze szczęścia… Mój kochany komputerek zresetował się momentalnie. Jakby nigdy nic.

Nie wiem, co wpłynęło na mojego kompa, że zaczął normalnie działać… O kurcze, czyżby mój głos miał taką moc? A może to moje poklepywanie pomogło? Albo dmuchanie? A co tam będę się zastanawiać. Najważniejsze, że działa.
Drugą godzinkę już siedzę przy nim i wszystko nadal gra i buczy. W międzyczasie zadzwonił mój syn, to mu opowiedziałam, co się z nim działo i co przy nim wyczyniałam. Zaśmiał się tylko i powiedział:
Pojęcia nie mam, co mu dolegało. Pewnie chciał, żebyś go trochę popieściła. Tyle z tobą przeszedł, że należy mu się.

I pomyśleć, że kiedyś o komputerze nawet słyszeć nie chciałam. Bałam się tej skomplikowanej maszynerii. Kiedy ponad 30 lat temu wyjeżdżaliśmy z Kraju, mało gdzie komputery były. Wprawdzie jeden mieliśmy już wtedy w domu, nazywał się "Atari", ale cóż to był za komputer, w większości tylko graliśmy na nim.
Tu, w Niemczech, na początku cały czas pisałam na maszynie elektrycznej. Komputer moich dzieci omijałam szerokim łukiem. Aż w końcu, na któreś tam moje urodziny, w prezencie od mojego syna dostałam własnoręcznie przez niego złożony komputer. Taka to złota rączka z niego. No to wreszcie musiałam kiedyś do tego prezentu zasiąść. Żeby synowi przykrości nie robić. To i owszem, zasiadłam, ale dopiero po następnych 2 latach. Zmusiłam się. Ze wstydu przed samą sobą, że mam, a nie używam. No a teraz, nie wyobrażam sobie wręcz życia bez komputera.

Jestem samoukiem komputerowym Metodą prób i błędów sama się wszystkiego nauczyłam. Myślę, że to najlepsza metoda. Dzięki tej metodzie najszybciej się uczy i zapamiętuje. Wiele godzin spędziłam przy komputerze zanim pojęłam o co w nim biega. A że uparta jestem, nigdy się nie poddawałam. Przyznam szczerze, że zbyt łatwo nie było, tym bardziej, że w trzech językach musiałam programy rozgryzać. Czasami tylko, jak już ni jak nie mogłam czegoś zrozumieć, dzwoniłam po poradę do syna.

Dzisiaj, po latach, radzę sobie dość dobrze z komputerem. W wirtualnym świecie również. Zdaję sobie sprawę, że wielu rzeczy jeszcze nie umiem. Jednak to, co mi na już potrzeba, mam opanowane. I to dzięki mojej upartości, która w tym przypadku okazała się być chwalebna. Ba, okazała się być powodem do dumy. Mojej dumy. Chociaż mój syn twierdzi, że i jego dumy również.
Cieszę się, że sama rozgryzłam komputer na tyle, aby móc teraz korzystać z jego dobrodziejstw, a także z dobrodziejstw Internetu. Nie było łatwo, ale chyba właśnie dlatego, tak bardzo lubię pracę na komputerze.