Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pies złodziej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pies złodziej. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 stycznia 2023

Pieskie życie Malwiny… i moje z nią (część 2)

Lato jest piękne. Przed dwoma tygodniami wróciłam z dziećmi i psem znad morza. Byliśmy tam prawie trzy tygodnie. W Międzyzdrojach. Po powrocie do domu wyszykowałam córkę na kolonię do Wisły. Po raz pierwszy wybywała z domu beze mnie. Sama. Bardzo to przeżywałam. Ona z kolei była tym faktem wniebowzięta. Po tygodniu pojechałam wraz młodszym synem ją odwiedzić. Nadal była wniebowzięta. Tak bardzo się jej te kolonie podobały.

Skoro tak, skoro mogę być o nią spokojna, postanowiłam w tym czasie ruszyć z synem w Polskę. Wakacje przecież ciągle trwały. Okazja nadarzyła się całkiem fajna, bo szczęśliwym trafem moje obydwie siostry ze swoimi rodzinkami od tygodnia urlopowały już nad jeziorem Kuźnickim. Z tym, że najstarsza siostra na polu namiotowym, a średnia, ze względu na kilkumiesięczną córeczkę, u teściów w pobliskiej miejscowości.

Siostry nie musiały mnie zbyt długo zachęcać. Spakowałam się natychmiast. Ze szkoły, gdzie pracowałam, wypożyczyłam sobie wygodny namiot… i w drogę! Po paru godzinach dojeżdżaliśmy już pociągiem do Poznania.

Nad jeziorem Kuźnickim bardzo mi się podobało. Synowi również. A naszej suczce Malwinie (Malwie w skrócie) dopiero. Na polu namiotowym czuła się w swoim żywiole. Potrafiła mi znikać nawet na godzinę.

Wszyscy dookoła bardzo ją lubili, bo też z niej niezwykłe psisko było. Raz, że to rasa basset i jej wygląd ze smętnymi, dużymi oczami i uszami do samej ziemi robiły wrażenie, a dwa, że lubiła się przymilać do każdego. No może nie do każdego, ale do tych, w których wyczuwała dobrego człowieka. Była jeszcze jedna rzecz, którą zwracała na siebie uwagę: lubiła rozrabiać. I też często rozrabiała jak, nie przymierzając, pijany zając w kapuście. A co gorsza, miała skłonności do kradzieży... i kradła na potęgę.

Skąd się wzięły te jej szczególne przypadłości, jak i kilka przykładów jej rozrób — opisałam w pierwszej części wspomnienia pod tym samym tytułem:Pieskie życie Malwiny… i moje z nią” (link na końcu).

 


Malwa lubiła też pływać. A nade wszystko z rozbiegu skakać do wody z pomostu i nurkować. Bardzo długo nurkować. Czym zaskarbiła sobie wielu widzów. Kiedy się tylko z nią zbliżałam do jeziora, ludzie się zatrzymywali, czekając na jej popisy. A było co oglądać i podziwiać. Nie tylko jej efektowne rozbiegi i skoki z furkoczącymi w powietrzu uszyskami, ale przede wszystkim jej wspaniałe nurkowanie. Woda w jeziorze była czyściutka, wyraźnie więc można było ją widzieć jak szoruje nimi po dnie. W wodzie jej uszy dopiero śmiesznie wyglądały. Jak dwie ogromne płetwy.

Na lądzie zaś, jak przystała na nałogową złodziejkę, kradła dalej. I to coraz bardziej bezczelnie. Niedaleko naszego namiotu rozbiło swój namiot małżeństwo w średnim wieku. Państwo Kowalscy. Też mieli ze sobą psa, jamnika szorstkowłosego. Malwa się z nim od razu zaprzyjaźniła. Miała swoje powody. Rano i wieczorem wyczekiwała na odpowiedni moment, i kiedy nikt nie widział, wskakiwała pod ich namiot i z miski jamnika wyżerała wszystko dokładnie. Jej natomiast miska stała nieruszona.

Dobrze że ci państwo byli bardzo mili i nie mieli oto pretensji. Śmiali się tylko. Najwyraźniej polubili tego mojego czorta. Ja jednak zaczęłam się martwić, że może kupiłam złą karmę i jej nie smakuje, dlatego jamnikowi wyżera. Postanowiłam to sprawdzić. Zrobiliśmy razem z państwem Kowalskich eksperyment. Wymieniliśmy się pełnymi miskami i zaczailiśmy się za namiotem, czekając na Malwy reakcję. No i z eksperymentu tego się dowiedzieliśmy, że jej wcale nie chodzi o rodzaj karmy, a o adrenalinę. Po prostu kradzież ją rajcowała... I tyle!

Któregoś dnia do państwa Kowalskich przyjechali goście. Wszyscy razem zasiedli za ogromnym drewnianym stołem z ławkami znajdującym się nieopodal naszych namiotów i posilali się, rozmawiając przy tym wesoło. Miedzy innymi o Malwie... i co rusz buchali śmiechem.

Goście państwa Kowalskich oprócz domowego obiadu przywieźli ze sobą ogromną blachę pysznego makowca na deser. Wiem, że był pyszny, bo nas poczęstowali.

Malwina podekscytowana krążyła wokół jak sputnik. Zapach makowca najwyraźniej drażnił jej nozdrza. Nie dostała jednak ani okruszynki. Raz, że nas było dużo do jego podziału, a drugi raz, że to makowiec, czyli ciasto z maku. Od razu skojarzyłam go z opium. A to właśnie po opium parę miesięcy wcześniej Malwa sfiksowała. Skąd opium wziął się w jej psim organizmie? Opisałam w pierwszej części wspomnienia.

Państwo Kowalscy wraz ze swymi gośćmi ciągle siedzieli przy stole i raczyli się makowcem. Malwa nagle gdzieś zniknęła. Po chwili od stołu biesiadników uszu moich dobiegł czyjś krzyk, a po chwili głośny, chóralny śmiech. Nie wiem czemu, ale od razu przyszła mi na myśl Malwina.

Nie myliłam się. Otóż okazało się, że ta czorcica zaczaiła się w pobliżu stołu, i kiedy pan Kowalski trzymany w ręku kawałek makowca kierował akurat do ust, szeroko je otwierając, ni stąd, ni zowąd coś zafurkotało w powietrzu i makowiec znikł. „Coś”? Uszyska Malwy oczywiście! Ona też zniknęła. Z makowcem w pysku.

Byłam przerażona. Zaczęłam wszystkich przepraszać. Pana Kowalskiego szczególnie. Biesiadnicy żadnych jednak przeprosin nie chcieli. Wręcz przeciwnie, jeszcze mi dziękowali, trzymając się za brzuchy, że dzięki mojemu psu tak się ubawili. A potem jeden przez drugiego opowiadali o swoich wrażeniach, jakich doznali na widok fruwającej Malwy. I wszyscy razem, i każdy z osobna, buchali kolejną salwą śmiechu.

Tak że śmiechom nie było końca. Aż przechodzący obok ludzie się zatrzymywali, i patrząc na nas, śmiali się także... Chociaż pewnie nie za bardzo wiedzieli z czego.

 

* Pieskie życie Malwiny… i moje z nią (część 1)

* Basset... nasz uparciuch i złodziej


Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"


niedziela, 16 czerwca 2019

Pieskie życie Malwiny… i moje z nią (część 1)

Kocham psy. A już najbardziej duże psy obronne. Pamiętam, że jeszcze w Polsce, kiedy po raz pierwszy moim dzieciom chciałam kupić psa, cały czas myślałam o bokserze. Moja córeczka zmieniła jednak moje zamiary. Zaprowadziła mnie do rodziców jej klasowego kolegi, którzy hodowali bassety... No i tak bardzo zakochałam się w tych psach ze smętnym spojrzeniem i uszami do ziemi, że oczywiście kupiłam jednego. Półroczną suczkę, którą moje dzieci nazwały Malwiną, w skrócie Malwą. 
 
 
Malwina była przepięknym pieskiem, ale za to odpornym na wszelkie metody wychowawcze. No ni jak nie dała się wychować. Robiła, co chciała. Po dwóch miesiącach jej członkostwa w naszej rodzince, doszły jeszcze większe problemy. Parę dni przed naszym wyjazdem na wczasy nad Bałtyk, pojechałam wraz z dziećmi i Malwą na wieś, odwiedzić moich znajomych. A u nich było akurat świniobicie. Pracujący u nich rzeźnik, tak bardzo był zachwycony naszą Malwą, że co rusz rzucał jej kawałek świniny na podłogę. Prosiłam, żeby tego nie robił, bo pies jeszcze młody i może mu zaszkodzić. Świeża świnina jest przecież toksyczna. Pamiętam to doskonale. Najpierw trzeba ją parę godzin wietrzyć, by nie zaszkodziła na żołądek. No ale że Malwa łasa była na mięcho, skomląc, ciągle się dopraszała, wszak węch miała znakomity. I pewnie, kiedy nie widziałam, dostawała jakiś ochłap.

No i stało się! Jeszcze tego samego dnia, w nocy, zaczęło czyścić ją na wszystkie strony. Do rana była tak odwodniona, że kiedy dotarłam z nią do weterynarza, ten nie dawał jej większych szans przeżycia. Byłam załamana. Dzieci dopiero. A za parę dni czekał nas przecież wyjazd na urlop. Nie wiedziałam już co mam zrobić.

Na szczęście po dwóch dniach Malwa po intensywnym leczeniu weterynaryjnym doszła nieco do siebie. Lekarz widział tylko jedną radę. Zaaplikować Malwie porządną dawkę opium i z na wpół uśpioną wsiadać do pociągu i tak jechać na wczasy. No i tak jechaliśmy. Z południa Polski na północ... Całą noc.

Malwa była tak przymulona, że rozwaliła się na podłodze w przejściu między siedzeniami i spała jak zarżnięta. Nie można było jej ruszyć. Zresztą, gdzie, skoro tłok w pociągu był niemożebny. Kiedy rano dotarliśmy do Międzyzdrojów, musiałam nieść swój ciężki plecak na plecach, dwa mniejsze plecaki moich dzieci na ramionach, gdyż nie miały już siły nieść po nocnej podróży... no i oczywiście Malwę na rękach przed sobą. Malwa ciągle była tak naćpana, że na nogach nie umiała ustać, a co dopiero iść.

Jednak po dniu wywczasów, jakoś to Malwinisko fizycznie do siebie doszło… Ale psychicznie? O rany! Po tym opium Malwa najwyraźniej sfiksowała. Dzieci miały radochę. Ale ja...? Szkoda gadać!


Mama Malwy, Olimpia.

Piękności, nieprawdaż? A jakie mądre spojrzenie.
 

Przez całe dwa tygodnie tak nam tam nad morzem rozrabiała, że co rusz musiałam za nią jakieś koszty ponosić. Najgorsze było to, że stała się okropną złodziejką. Jej miska cały dzień stała pełna, nic z niej nie ruszała, chociaż dogadzałam jej różnymi smakołykami ile wlezie. Smakowało jej tylko to, co sobie sama ukradła. No i kradła na potęgę!

Najgorzej było z nią na plaży, bo ani gdzie pofyrtańca przywiązać, ani upilnować. Wiadomo, na plaży koc przy kocu, ludzi pełno, no to i jedzenia w brud. Dobrze, że większość ludzi na urlopie ma podwyższony wskaźnik poczucia humoru to najczęściej reagowali śmiechem na te jej złodziejskie zapędy. A i ona sama swoim wyglądem i zachowaniem potrafiła porządnie rozśmieszyć.

Wieczorem, kiedy czas było wracać do campingu, nigdy z plaży tej czorcicy nie mogliśmy wyciągnąć. Ludzie, którzy już nas znali, ustawiali się zawsze przy schodkach na promenadę i czekali na cowieczorny spektakl w wykonaniu Malwy. A Malwa wyrywała się, uciekała, szczekała, ujadała, skomlała, prychała... Kiedy udało mi się w końcu chwycić ją na ręce, specjalnie robiła się bezwładna, że nie mogłam jej unieść. Po prostu „wysypywała” mi się z rąk.

Jedyny sposób, to na smyczy ciągnąć ją po piasku. Oczywiście na brzuchu, bo małpica zbuntowana rozkładała łapy na boki i jak sanie po śniegu ją ciągnęłam, a dzieci ją za zad popychały. Ludzie pękali ze śmiechu, a my za każdym razem spoceni jak szczury wracaliśmy z plaży.

Raz jej złodziejski wybryk kosztował mnie o wiele więcej, i grosza, i nerwów. Otóż szliśmy wieczorem do pobliskiej kawiarenki na naleśniki. Idziemy sobie spokojnie, Malwa ze świeżo umytymi zębami, bo znów się „czegoś", już nawet nie wspomnę czego, na wydmach nażarła... idziemy i idziemy, wesoło sobie rozmawiając, aż tu nagle, Malwa z ogromnym impetem wyrwała mi się ze smyczy i jak szalona pognała przed siebie. Aż jej długaśne uszy furkotały w powietrzu. Zdębiałam, bo jeszcze nigdy nie udało jej się ze smyczy zerwać. Wystraszona też byłam, bo nie mogłam pokapować o co jej tym razem chodzi. Za moment już wiedziałam. Niestety.

Zobaczyłam jak ona dogania dwoje małych dzieci idących przed nami, wyskakuje w powietrze, i jednemu z nich, coś wyrywa z rączki. No myślałam, że mnie trafi szlag. Potworne zamieszanie zrobiło się dookoła. Napadnięte dzieci w pisk, moje dzieci w krzyk, przechodzący ludzie we wrzask.

Co się okazało? Otóż okazało się, iż jedno z tych dzieci trzymało w rącze zwinięty w rulonik banknot stuzłotowy, ten stary jeszcze, czerwony, z Waryńskim. No i nie wiem, czy ta szurnięta Malwa wzięła go za jakiś kawałek ciastka, czy co? Tak czy inaczej z wyskoku w locie chapnęła dziecku za tę stówkę i uciekła w krzaki. A ja później i sto złotych oddać musiałam i za straty moralne zapłacić. Oczywiście rodzicom dziecka, nie dziecku.

O Malwie to ja mogę książkę napisać, tyle przeróżnych przygód z nią mieliśmy. Po latach to wszystkie one wydają się być bardzo śmieszne, ale wówczas nie zawsze były. Tak szurniętego psa nie miałam nigdy. Ale co z nią przeżyłam, to przeżyłam... I mam teraz co wspominać.

 

* Pieskie życie Malwiny… i moje z nią (część 2)

* Basset... nasz uparciuch i złodziej