Taki
akurat był nasz basset, czyli suczka Malwina (w skrócie Malwa). Oj,
naprawdę była psem szczególnym. Nie tylko strasznym uparciuchem i
nałogową złodziejką, była przede wszystkim do n-tej potęgi
egoistką. O jej życiu i niesamowitych wybrykach książkę można
by napisać. Wiele anegdot z nią związanych opisałam w opowiadaniu w
dwóch częściach pt. "Pieskie życie Malwiny i moje z nią"
(linki na końcu).
Zanim się
znów na dobre rozpiszę na temat poczynań Malwy, wspomnę
króciutko, co to w ogóle za rasa. Otóż Basset to rasa psa
gończego, wyhodowanego we Francji pod koniec XVI w. Ich nazwa
pochodzi od francuskiego słowa „bas”, czyli niski. Z natury są
upartymi psami myśliwskimi. Bardzo upartymi. Źle znoszą samotność,
co ma duży wpływ na ich głośne zachowanie. Są jednak odważne,
wytrwałe i oddane. Choć mają rodowód psa myśliwskiego, obecnie
hoduje się je głównie jako psy rodzinne. W Polsce w tamtych latach
chyba najbardziej znana hodowla tych psów była w Mosznej. Za
niesamowitym
z wyglądu zamczyskiem znajdowała
się ogromna Stadnina Koni i Hodowla Bassetów. Ponoć do dzisiaj
jest. Stamtąd też pochodzili rodzice Malwy.

Malwa od
szczeniaka była strasznym uparciuchem. A w wieku ośmiu miesięcy,
po zaaplikowaniu jej opium przez weterynarza, sfiksowała i stała
się jeszcze większym uparciuchem, i do tego… nałogową
złodziejką. Dlaczego opium? Pisałam o tym w pierwszej części
wspomnianego wyżej opowiadania.
Wszędzie
trzeba było ją pilnować, żeby znów czegoś nie zmalowała. Była
posłuszna tak długo, jak długo miała na to ochotę.
Przepadała
za kiełbachą i ciastem. Kiedy wyczuła gdzieś ich zapach, szła za
nim jak po sznurku i trzeba było jej kawałek dać, bo nie dawała
spokoju. W krytycznych sytuacjach kawałek kiełbasy czy też ciasta
używałam jako wabik, aby zmusić ją na przykład do powrotu do
domu.
Wodę, i
owszem, Malwa lubiła. Nawet bardzo. Potrafiła wielokrotnie skakać
do wody i głęboko nurkować. Jej długie uszy pełniły rolę
płetw. Ale jak się okazało, lubiła tylko słodkowodne akweny.
Przed morzem miała respekt i tylko przy brzegu moczyła łapy. Gdy
przyszła duża fala, uciekała. Czasem aż na wydmy. A tam, niech to
szlag trafi!... Fuj!... żarła ludzkie kupy... Co za wstrętni
ludzie!
Znów
było ostre szorowanie zębów. Malwa tego nie cierpiała. Ale nie
było zmiłuj. Po tym zabiegu długo manifestowała swoje
niezadowolenie... E tam, niezadowolenie, śmiertelną obrazę. Nie
tylko na tego, kto jej te śmierdzące zębiska akurat pucował, ale
na nas wszystkich. Profilaktycznie... Żebyśmy se nie myśleli.
W czasie
naszego urlopu nad morzem bardzo jej się nudziło w domku
campingowym. Zabawy z dziećmi, i owszem, lubiła. Ale do czasu... aż
ją też znudziły. Koniecznie chciała na plażę. Tam ożywiona
była niesamowicie, niczym ćpun po działce. Z plaży zaś nie można
było jej do domku przykludzić. Codziennie robiła taki teatr, że z
dnia na dzień przybywało jej coraz więcej widzów. Stała się
ulubienicą niemalże wszystkich plażowiczów z naszego sektora.
Byli tacy, którzy specjalnie na nią czekali. Zwłaszcza wtedy,
kiedy wieczorem trzeba było wracać do domku... a ona protestowała
i za czorta nie można było ją do tego nakłonić. W tym przypadku
nawet ciastka na nią nie działały. A kiełbasy na plaży w takie
upały nikt nie miał. Jak udawało mi się ją koniec końców z
plaży wyprowadzić, opisałam w pierwszej części pieskiego życia
Malwiny.
Bez
względu na pogodę „plażowanie” było konieczne. Nie tylko ze
względu na Malwę, ale i na nas samych. Uwielbialiśmy pływać,
nawet w czasie deszczu, a może szczególnie w deszczu, bo woda wtedy
była wspaniała, ciepła. I ludzi było mało na plaży. Wówczas i
Malwa jakby spokojniejsza była... A może znudzona?
Kolejną
fascynacją Malwy były podróże. Uwielbiała jeździć. Nie tylko
autem. Rowerem także. Jeździłam z nią w taki sposób, że niczym
dziecko sadzałam ją w koszyku wiklinowym zawieszonym na kierownicy
mojego roweru. Ja z nią z przodu, dzieci na swoich rowerach z tyłu.
I tak pędziłyśmy na wycieczki. A im szybciej, tym lepiej. Widać
było, że ją to rajcuje, kiedy jej długie uszyska furkoczą na
wietrze.
Pewnego
upalnego dnia postanowiliśmy z dziećmi pojechać nad jezioro.
Zapakowaliśmy wszystko co nam trzeba było na trzy rowery... i
ruszyliśmy w drogę. Musieliśmy przejechać prawie przez całe
miasto. Jechaliśmy sobie spokojnie, i kiedy akurat przejeżdżaliśmy
przez duży most nad Odrą, jakiś zidiociały kierowca TIR-a, jadący
z przeciwka, gdy zrównał się z nami, przeraźliwie głośno
zatrąbił klaksonem. Nietrudno sobie wyobrazić, jaki był efekt
tego jego wariackiego czynu. Malwa potwornie się wystraszyła i w
panice wyskoczyła z koszyka. A że była dodatkowo przymocowana
smyczą do kierownicy, to oczywiście wyrżnęłam razem z nią.
Mało nas
ten idiota nie przejechał. Ja w krzyk, dzieci z tyłu w płacz, auta
jadące z obu stron w pisk ostrego hamowania, przechodnie na
chodnikach w osłupienie. Tirowiec pewnie się też wystraszył, bo
lekko przyhamował, ale po chwili dodał gazu i szybko odjechał.
Kierowcy jadący zaś w tym samym kierunku co my, czekali aż się
pozbieramy i zejdziemy na chodnik. Na szczęście nikomu nic się nie
stało, tylko Malwa w panice zerwała się ze smyczy... i pognała
Bóg wie gdzie.
Szukaliśmy
jej wszędzie dookoła, na moście i pod mostem. Dopiero gdzieś tak
po kwadransie wypatrzyliśmy ją wśród trzcin na brzegu Odry. A ta
na nasz widok — siup! do wody i se pływa.
Z dużej
odległości trudno było odgadnąć, czy jest ciągle jeszcze
wystraszona, czy już tylko obrażona. Porzuciliśmy swoje rowery i
biegiem puściliśmy się w jej kierunku, wołając ją cały czas.
Ta jednak za nic nie chciała wyjść z wody.
Tym
razem, na szczęście, miałam ze sobą krokiety z grzybami, a
że Malwa od jakiegoś czasu za nimi przepadała, to też właśnie
krokietem udało mi się ją skłonić do wyjścia z rzeki. Pewnie i
w grzybkach dowąchała się jakiegoś narkotyku.
Mimo
wszystko było nam jej bardzo żal, że taki szok biedulka musiała
przeżyć przez tego durnego tirowca. Tak że wszyscy razem i każdy
z osobna przytulaliśmy ją mokrą i głaskaliśmy, przemawiając do
niej czule.
W końcu
zebraliśmy się jakoś do kupy i ruszyliśmy w dalszą drogę. A
kiedy już szczęśliwie dojechaliśmy nad jezioro, ta cwaniara
przypomniała sobie, że może coś jeszcze ugrać na zaistniałej
wcześniej sytuacji, i tak długo się do nas łasiła, aż wyżarła
nam wszystkie krokiety do ostatniej okruszynki.
* Pieskie
życie Malwiny… i moje z nią (część 1)
* Pieskie
życie Malwiny… i moje z nią (część 2)
Z
cyklu: "Opowieści
o poważnej i żartobliwej treści"