sobota, 1 kwietnia 2023

Żadna praca nie hańbi...

Obecnie w każdym kraju coraz ciężej wyżyć. Nic więc dziwnego, że kto może, szuka sobie dodatkowego zatrudnienia. Ja też szukałam i muszę się pochwalić, że mi się wreszcie udało znaleźć.

Od dzisiaj pracuję w Grecji jako kierowca autokaru w Biurze Turystycznym... i w to mi graj, bo na okrągło będę zwiedzać świat.



***

Melduję posłusznie po paru godzinach, że z tą pracą to oczywiście ściema, taki sobie żarcik primaaprilisowy.

Tym zdjęciem FB we wspomnieniu sprzed 8 lat przypomniał mi, że dziś mamy Prima Aprilis, więc go użyłam... A co, lubię żartować. :D

Co nie znaczy, że to ściema całkowita. Z pracą tak, ale autokarem jeździłam kiedyś rzeczywiście, nawet piętrowym, tyle że niezarobkowo i oczywiście pustym... Ot tak dla zabawy.



Z cyklu: „Pół żartem, pół serio”


piątek, 31 marca 2023

Polski Naród położył po sobie uszy?

 

Obudź się Polski Narodzie!

Polska już ledwie dyszy.

Obudź się, wstań, protestuj!...

Naród skapcaniał, nie słyszy (?).


Nie lubiłam Romana Giertycha, zwłaszcza za czasów pierwszych rządów PiS, kiedy to był Ministrem Edukacji Narodowej. Tych mundurków nie mogę mu zapomnieć do dziś.

Widać jednak, że z czasem się „nawrócił” i zmądrzał. To, jak wzywa Polaków do obudzenia się i podjęcia czynów przeciw Kaczyńskiemu, maniakowi władzy, zamieniającemu Polskę w kraj autorytarny — jest tego potwierdzeniem. Warto go posłuchać. Zapewniam.



czwartek, 30 marca 2023

Wypadek rowerowy za przyczyną jakiegoś przygłupa

Po dzisiejszej wycieczce rowerowej nie wróciłam szczęśliwie do domu. Uległam wypadkowi w lesie i wylądowałam w Klinice Ortopedycznej.

Jak zwykle jeździłam sobie spokojnie leśnymi dróżkami chyba już gdzieś tak z dwie godziny i w pewnym momencie minęłam młodą parę idącą w tym samym kierunku. Przywitaliśmy się wesołym „halo!” i pojechałam dalej.

Po kilkudziesięciu metrach zrównywałam się z kolei z parą starszych osób idącą w przeciwnym kierunku. Mężczyzna, prowadząc swoją partnerkę za rękę, na moje głośne „halo” się zaśmiał i nagle podniósł rękę w moim kierunku, chcąc mnie złapać, czy dotknąć. Nie mam pojęcia.

Zareagowałam na jego głupotę automatycznie, ostro hamując i przechylając rower w przeciwną stronę, ale i tak z dużą siłą trzasnęłam go kierownicą w dłoń... Siła była tak duża, że już nie dałam rady opanować przechylonego roweru na wyboistej leśnej dróżce i... wystrzeliłam w powietrze jak z katapulty. Spadłam na pobocze drogi a rower ze mną. Jakim cudem, nie wiem.

Ktoś zaczął krzyczeć. Chyba z przerażenia, ale nie wiem kto. Czy ja też krzyczałam?... Nie pamiętam. Młodzi, widząc pewnie z oddali, co się stało, natychmiast przybiegli i wyplątując mnie z roweru, pytali, jak się czuję. 



Główny zaś winowajca mojej wywrotki pewnie zdał sobie sprawę z tego, co zrobił i ze strachu, ciągnąc swoją partnerkę za rękę, odezwał się do młodych:

Wy idziecie w tę samą stronę co ona, to jej pomożecie — i w te pędy się razem oddalili.

Upadłam niestety tak niefortunnie, że kierownica wbiła mi się między żebra. I jakby tego było mało, trafiłam akurat na duży kamień i ostre gałęzie. Także mimo grubej kurtki zraniłam sobie udo i przedramię. Leżąc na ziemi, z bólu zrobiło mi się słabo. Nie mogłam złapać tchu.

W końcu młodzi mi pomogli i postawili do pionu. Chcieli wzywać pogotowie, ale się upierałam, żeby nie.

Po chwili, jak już byłam w stanie iść, młodzi prowadzili rower, a ja, żeby dojść do siebie, krok za krokiem powoli szłam za nimi.

Wnet poczułam się w miarę znośnie, postanowiłam więc jechać dalej. Młodzi nie chcieli się zgodzić.

Jak już wyjdziemy z lasu, zorganizuję pani jakąś podwózkę do domu — powiedział młody mężczyzna.

Wcześniej po drodze nakłamałam im, że moje dzieci nie mogą przyjechać z pomocą, gdyż wyjechały gdzieś na weekend. Nie chciałam ich straszyć. Myślałam, że będę czuć się już coraz lepiej.

Młodzi, widząc, że się jednak nadal upieram, dali wreszcie za wygraną i razem doprowadzili mój dość sfatygowany rower do jako takiego użytku. Wyprostowali prowizorycznie, co trzeba, założyli łańcuch... i pojechałam. Do domu miałam jeszcze około piętnastu kilometrów.

Jak dojechałam, nie pamiętam, ale w domu, kiedy adrenalina przestała już działać rozebrało mnie na dobre. Potwornie rozbolało mnie całe ciało. Myślałam, że mam połamane żebra. Nie mogłam się ruszać. Coraz trudniej mi się oddychało. Trzy godziny tak siedziałam cała obolała, zastanawiając się, czy aby jednak nie skontaktować się z dziećmi.

Nagle moja córka sama zadzwoniła. Pewnie telepatycznie coś wyczuła. Gdy jej w wielkim skrócie opowiedziałam, co mi się przytrafiło, krzyknęła wystraszona:

Zaraz będę u ciebie i jedziemy do kliniki!

No i nie było zmiłuj, trzeba było jechać. W Klinice Ortopedycznej mnie prześwietlili z każdej strony, rany opatrzyli, napisali obdukcję i radzili natychmiast jechać na policję. Córka od samego początku tak właśnie chciała zrobić, ale ja nie. W trakcie badań postanowiłam:

Zgodzę się tylko wtedy, kiedy się okaże, że mam coś połamane.

Jakoś nie uśmiechało mi się tak obolała siedzieć na policji i meldować do protokołu jak doszło do wypadku.

Na szczęście złamań nie stwierdzono. Wprawdzie bolało jak cholera, ale dawałam radę, zadowolona, że kości mam całe. Przestałam się już też przejmować tym, że moje ciało w wielu miejscach nabierało coraz to bardziej fioletowego koloru.

Okazało się, że miałam tylko mocno stłuczone żebra i obojczyk. A i łokieć, co było widać gołym okiem, bo był bardzo opuchnięty. Rany natomiast zaczynały już z lekka zasychać... No i jak tu nie być zadowolonym?

Jak wracałyśmy z córką do domu, snułam już plany na kolejną wycieczkę rowerową:

Teraz mam zamiar wybrać do zamku Hohenzollernów, ale w tygodniu, w niedzielę nie będę już jeździć, bo za dużo głupich ludzi pałęta się po lasach.

No, akurat!... Ani mi się waż! — Córka się wystraszyła, ale zaraz dodała: — Szczęściem w nieszczęściu twój rower nie nadaje się do jeżdżenia.

Dzisiaj nie, ale moje kochane synczysko, a twój brat wnet mi go zreperuje i...

Och, mamuś, mamuś! — przerwała mi, śmiejąc się już i zastanawiając, po którym miejscu może mnie poklepać. W końcu poklepała po swoim udzie i dodała: — Wiem, wiem, co mi zaraz powiesz i...

No właśnie!... To wiesz, że ja nie mogę rezygnować z takiej przyjemności. Przecież kocham jazdę na rowerze — teraz ja przerwałam córce, próbując jakoś mniej boleśnie się zaśmiać.

***

Tydzień minął, a mnie żebra ciągle cholernie bolą, ale mimo to poranną gimnastykę wykonuję codziennie. Wprawdzie teraz siłą rzeczy tylko w formie light, ale nie odpuszczam i zaraz po przebudzeniu ćwiczę. Automatycznie. Już tak mam. Codzienna gimnastyka to dla mnie część porannej toalety.

Muszę przyznać, że jestem wdzięczna córce, że mnie do kliniki zakludziła, inaczej musiałabym się wciąż obawiać, że przy takiej szybkości i upadku mogłam jednak mieć połamane żebra i co nie daj Bóg, mogłyby mi wnętrzności uszkodzić. A tak mogę być pewna, że kości mam na szczęście mocne, bo są całe... i mogę rowerem jeździć dalej. Tylko nie szybciej jak za miesiąc. Tak powiedział doktor. Pożyjemy, zobaczymy.

Tabletki przeciwbólowe przepisane w klinice zażyłam tylko raz, w pierwszym dniu. Nie cierpię chemii, wolę ból znosić "na trzeźwo". Wiem, że stłuczenie boli mocno i długo, ale ból w końcu musi minąć. I tego się trzymam.

***

Rekonwalescencja przebiega powoli, zbyt powoli, jak na moją dozę cierpliwości. Obojczyk, łokieć i udo już żółto-granatowe i bolą dużo mniej, ale żebra jeszcze bardzo i kiedy muszę kichnąć, albo zakaszleć, wtedy ból przeszywa moje ciało straszny, promieniujący. Co gorsza, śmiać się jest ciężko, ale że śmiać się lubię, to cierpię ból... i się śmieję.

Wczoraj coś zabawnego przeczytałam w Internecie i buchnęłam śmiechem. Ło matko, myślałam, że z bólu się posikam, ale śmiechu i tak nie mogłam powstrzymać.

Dzisiaj byłam pierwszy raz od wypadku na kijkach. Na początku było ciężko, ale się rozruszałam i potem już szło dobrze. Do domu wróciłam szczęśliwa.

***

A niech to szlag trafi! W nocy podczas snu ni stąd, ni zowąd, zaklinowały mi się nerwy międzyżebrowe. Myślałam, że z bólu się wykończę. Męczyłam się tak niemal przez cały dzień.

Córka na siłę ciągnęła mnie do lekarza, ale się nie dałam, bo przeczytałam w Internecie, że tak się czasem zdarza, więc czekałam, aż ból minie. Późnym wieczorem minął. Sam z siebie. Na szczęście.

Od wypadku minęło już dziesięć dni i jak wspominałam tylko raz, zażyłam tabletkę przeciwbólową, a tu nagle, po tylu dniach przez to zaklinowanie nerwów musiałam zażyć kolejną. Mam nadzieję, że już będzie coraz lepiej. Rower czeka... a ja tylko na kijki chodzę do lasu.

***

Dwa tygodnie od wypadku za mną, a żebra nadal bolą, a tu kichać trzeba, smarkać, kaszleć i do lekarza do kontroli trzeba jeździć. Trzy dni temu, jak od niego wracałam, na skrzyżowaniu mało mnie TIR nie staranował. Gdybym nie uciekła na wstecznym biegu, wszystkie problemy miałabym już z głowy.


Jedyne co mi się w tym całym powypadkowym kociokwiku spodobało, to to, że w końcu wczoraj (w tajemnicy ma się rozumieć) pojeździłam sobie trochę na rowerze. Ależ mi się fajnie jechało. Banana miałam na twarzy przez cały czas.

Wiedziałam, że nie wytrzymam. Obawiałam się tylko jakiegoś nagłego upadku na prawy bok, bo żebra z tej strony ciągle mnie jeszcze bolą... ale co tam, do odważnych świat należy.

Ponad trzydzieści kilometrów gnałam sobie jak wicher po górach i lasach. Frajda niesamowita! Aż chce się żyć!


26.02.- 15.03.2017

Z cyklu: „Z pamiętnika emigrantki”


wtorek, 28 marca 2023

Życie nasze

Ile nam czasu jeszcze zostało,

Nikt z nas wiedzieć nie może.

Co nam życie nasze dało,

Wie każdy — i to o każdej porze.


A każdy od życia dostał co innego

I za to powinien wdzięcznym być...

Bo to, co dostał, to coś osobistego,

By na swą miarę móc godnie żyć.




poniedziałek, 27 marca 2023

Wieża ciśnień Rauher Bühl w Meßstetten

Wieża ta widoczna jest z daleka. I nic dziwnego, wszak pyszni się na polach miasta Meßstetten na wysokości 992 m.n.p.m. Samo miasto jest też najwyżej położonym miastem w Jurze Szwabskiej w kraju związkowym Badenii-Wirtembergii.

Na wieży ciśnień znajduje się platforma widokowa. Prowadzą na nią spiralne schody. Otwarta jest każdego weekendu. Przy dobrej pogodzie można z niej podziwiać fantastyczne widoki, niemalże cały płaskowyż Jury.

Kiedy zaś skierujemy wzrok na południe, oczom naszym ukazuje się bajecznie piękny widok Alp. Aż dech zapiera, widząc ich potęgę.

 


Parokrotnie miałam okazję być na wieży i rozkoszować się roztaczającymi się wokół widokami. Docieram do niej rowerem. Choć droga niełatwa, bo ciągle pod górę, lubię jeździć po tych okolicach.

W Meßstetten w koszarach wojskowych znajduje się również duży Ośrodek dla Ukraińców. Często z córką pracowałyśmy tam jako wolontariuszki z Deutsches Rotes Kreuz (Niemiecki Czerwony Krzyż).

Może kolejnego weekendu znów się wybiorę na wieżę, by sprawdzić, czy wiosna nie wraca, bo u nas znowu strasznie zimno i pada śnieg.


sobota, 25 marca 2023

Spotkanie z leśniczym

Po długiej przerwie sarenki znów są u mnie w ogrodzie. A już myślałam, że wróciły do lasu na dobre. Tym razem postanowiłam specjalnie zaczaić się na leśniczego, by zaciągnąć języka osobiście i dowiedzieć się, co to ma znaczyć, że one tak ciągle do mnie wracają. Udało się. Dzisiaj go spotkałam i rozmawiałam z nim.

Trochę to dziwne — powiedział, zastanawiając się. — Z pewnością wyczuły w pani dobrego człowieka i instynktownie kierują swoje raciczki do pani ogrodu.

Opowiedziałam mu wtedy o mojej styczniowej przygodzie z sześcioma sarenkami, kiedy to wracając autem z lasu z kijkowania, na pierwszej ulicy się na nie natknęłam. Próbowały przebiec przez jezdnię, i to tuż przed maską mojego auta. Musiałam ostro hamować, by w nie nie uderzyć. Dwie się odważyły i jak szalone przebiegły od razu. Natomiast pozostałe cztery spanikowały i się wycofały. Przebiegły dopiero wtedy, kiedy się zatrzymałam.

No to ma pani odpowiedź — zaśmiał się. — Sarenki sobie panią zapamiętały.

Na zakończenie naszej rozmowy uspokoił mnie, że one wrócą do lasu z pewnością, kiedy tylko poczują zew natury. A już na pewno wtedy, kiedy samica będzie gotowa do porodu.

Skąd ten poród? Ano stąd, gdyż opowiedziałam mu, że od paru dni widzę już tylko parkę sarenek: samca i samicę (kozła i kozę), która wyraźnie ma się ku sobie, tuląc się do siebie, liżąc i bawiąc się radośnie. 



* Człowiek upośledza naturalne środowisko dzikich zwierząt

* Sarenki wróciły do mojego ogrodu

* Sarenki wybrały życie w mieście?


czwartek, 23 marca 2023

Przemyślenia nieustająco aktualne

Dobry Człowiek to niekoniecznie ten wierzący w Boga... Jak historia pokazuje, najwięcej krzywdy Światu w większości wyrządzają właśnie ludzie wierzący, wywołując konflikty społeczne*, tocząc krwawe wojny** — „w imię Boga”.

*   wódz Polski

** car Rosji
 

***

U większości wierzących — wiedza o Bogu jest uboga. Uwidacznia się to w ich życiu codziennym... Bo gdyby znali Jego przesłania — zawarte chociażby w Dekalogu, i do nich się stosowali — nie byłoby w nich tyle nienawiści i agresji... A co za tym idzie — daliby innym żyć w pokoju.

 


***

Dobry Człowiek, choć nie zawsze wierzy w Boga, jest dobry z natury. Sympatią darzy wszystkie narody. Kocha przyrodę i dba o nią przez całe życie. 

 


Z cyklu: „Przemyślenia z życia wzięte”