W minioną
sobotę wybrałam się na wędrówkę rowerową nieświadoma sytuacji
na leśnych dróżkach. Jak się później przekonałam, na każdej
królował lód na przemian z błotem pośniegowym. Gdybym wcześniej
o tym wiedziała, pewnie roweru bym nawet nie wyciągała. Poszłabym
na kijki. Jednak skoro się już wybrałam, to wrócić nie mogłam.
Z natury
jestem uparta... I nie ma zmiłuj. Jak już coś postanawiam, robię
wszystko, aby postanowienie to zrealizować do końca. Także
wędrówkę rowerową zaliczyłam. A jakże! Chociaż mogłam
zawrócić, jak tylko do ściany lasu dojeżdżałam i zobaczyłam,
że droga ni jak nie nadaje się do jazdy rowerem i się domyśliłam,
co może mnie czekać w głębi lasu. Nie zawróciłam jednak.
Ślisko
było jak na lodowisku, nie tylko z powodu lodu, ale także błota
pośniegowego. Dałam jednak jakoś radę. Ani razu nawet nie
wyrżnęłam. Tyle że byłam totalnie oblepiona błotem.
Do domu
wróciłam brudna jak nieboskie stworzenie, ale rześka i szczęśliwa.
Raz, że udało mi się wrócić w całości, a dwa, że nawdychałam
się dużo świeżego powietrza. A świeże powietrze i leśne widoki
na każdego działają dobroczynnie. Bez względu na pogodę... Chyba
że z nieba żabami ciepie albo wali piorunami.
Już
nawet w styczniu była lepsza pogoda do rowerowania. W ciągu
miesiąca udało mi się zaliczyć nawet kilka
pięćdziesięciokilometrowych wędrówek każda. Było zimniej, to
fakt, ale ani razu nie zmarzłam. Jak się ostro pedałuje, to się
poci. W moim przypadku tym bardziej, gdyż jeżdżę tylko leśnymi
dróżkami po górach. To jak tu się zdrowo nie napedałować... i
nie napocić? Za każdym razem do domu wracałam zadowolona i pełna
wrażeń... I o to mi chodziło! Też za każdym razem.
Jestem
zdania, że jeśli się ma możliwości, a przede wszystkim chęci,
dobrze jest wykorzystywać każdą pogodę — na jakąś aktywność
fizyczną — ku zdrowotności i przyjemności.
Rowerem
jeżdżę cały rok na okrągło. Tylko w zimie siłą rzeczy nie tak
często jakbym chciała. Należę jednak do osób dość odważnych,
toteż ryzyko mi niestraszne. Mam tak od dziecka. Brawury zaś nie
znoszę. Najbardziej lubię jeździć sama. Nikt mnie wtedy nie
strofuje i nie narzeka.
Pamiętam
jak kilka lat temu, któregoś dnia lutego, też mi się przytrafiło
jeździć po lesie w czasie odwilży i też byłam porządnie
strzaskana błotem, ale zwykłym, nie pośniegowym. Wracając do
domu, postanowiłam ostatni odcinek drogi z góry nie pokonywać
leśnymi dróżkami a pięciokilometrową asfaltówką przeznaczoną
dla leśników. Droga ta wiedzie przez gęsty las bezpośrednio do
miasta, tyle że ostro w dół. Rzadko nią jeżdżę. Tylko wtedy,
kiedy mam jakiś poważny powód. W tamtym dniu był nim mocno
zabłocony rower, którym coraz trudniej mi się pedałowało. W
upalne dni też mi się czasem zdarza po niej śmigać. Z prostej
przyczyny, aby się nieco ochłodzić. Na niej jest zawsze dużo
niższa temperatura, ponieważ słońce tam prawie w ogóle nie
dociera.
Wtedy w
lesie temperatura oscylowała w granicach czterech do pięciu stopni
plus. Nie przyszło mi więc na myśl, że na asfaltówce może mi
coś zagrażać. Niestety, zagrażało, i to bardzo.
Nieświadoma
złej sytuacji na drodze i jakiegokolwiek ryzyka, jak zwykle puściłam
się z górki, osiągając zawrotną szybkość jak na rower (lubię
szybką jazdę), kiedy nagle zauważyłam, że czarny do tej pory
asfalt zmienił kolor na biały. I to na całej swej szerokości.
— Tylko
nie to! — wrzasnęłam w myślach.
Jednak to
było to, czyli szron na drodze. Droga tak mocno była zaszroniona,
że za czorta nie można było hamować. A ja tu z górki pędzę jak
szalona. Spróbowałam jednak lekko nacisnąć na hamulce, by choć
trochę zmniejszyć szybkość, ale tak rowerem zarzuciło, że
ledwie udało mi się go wyprostować i nie wyrżnąć. Nie powiem,
wystraszyłam się na dobre.
— Zabiję
się jak nic! — jęknęłam z przerażenia.
Rower
nabierał coraz większej szybkości, a ja nic nie mogłam zrobić
tylko pruć drogą w dół na złamanie karku. Przed oczami stanęło
mi całe moje życie i moi bliscy.
— Muszę
się jakoś ratować! No przecież nie mogę tak głupio zginąć! —
przez głowę przeleciała mi desperacka myśl.
Natychmiast
poderwałam się z siodełka i stanęłam na pedałach, schylając
się pod odpowiednim kątem. Liczyłam na to, że balansując ciałem,
choć trochę wyhamuję szybkość. A gdyby jednak nie, gdyby mi
przyszło mimo wszystko wpaść w poślizg i z niego nie wyjść, to
może z takiej pozycji w trakcie spadania udałoby mi się
przynajmniej zwinąć w tak zwaną „starą skarpetkę” i w
zderzeniu z asfaltem mniej się poturbować.
Na
szczęście moja opatrzność czuwała nade mną. Udało mi się nie
wyrżnąć. Na ostatnim kilkusetmetrowym odcinku przed wjazdem do
miasta ta nie przyjazna rowerzystom droga znów była czarna.
Dzieciom
nawet nie wspomniałam o tej mojej przygodzie na rowerze, bo znów
bym dostała opieprz. No, może bardziej od córki, bo syn jest tak
samo szalony jak ja i ma więcej dla mnie zrozumienia... W końcu
urodziłam go w dniu swoich urodzin. A i imienin, żeby było
śmieszniej.