środa, 1 marca 2023

Zdziwko w Internecie

 

Internet żyje swym własnym życiem,

wie o tym każdy, to nieodkrycie,

czasami jednak zdziwić potrafi,

jak znajdziesz siebie nie w tej parafii. 



Swoim zwyczajem w trakcie gotowania obiadu słucham aktualnych wiadomości w Internecie oraz wypowiedzi różnych polityków. W miniony piątek padło na Leszka Millera, na jego Live Chat z 23 lutego.

Jakie było moje zdziwienie, kiedy nagle po prawej stronie, w miejscu, gdzie zapowiadane są kolejne filmiki, zobaczyłam... siebie, to znaczy moje zdjęcie — w relacji z konferencji Polski 2050.

No coś takiego! A to co się dzieje?! O co tu chodzi? — myśli zakotłowały mi się w głowie.

Przez chwilę zastanawiałam się, co też może być tego powodem. Jednak nic budującego do głowy mi nie przychodziło. W końcu parokrotnie wyłączałam i włączałam YouTube, moje zdjęcie ciągle tam jednak tkwiło.

Zdziwko mnie wzięło niesamowite. Bo jak to tak?! Z Polską 2050 nie mam nic wspólnego, a tu nagle taki numer?

Czekałam parę dni, z myślą, że to się jakoś samo wyjaśni, ale nie, do tej pory się nie wyjaśniło. Nie wiem, co mam o tym myśleć.


poniedziałek, 27 lutego 2023

Zabawy Krzysia i Janeczki

Janeczka radośnie

bawi się w ogrodzie

lalkami Barbetki`s

o pięknej urodzie.


Obrazki te podprowadziłam z Córki strony 😀: jome.design


Buduje im wszystkim

z dużych klocków Lego

wspaniałe pokoje

koloru żółtego.


Wyprawia im także

letni pokaz mody,

i w spodniach, i w sukniach,

ale też i w body.

 

***

Mały Krzysiu lubi

bawić się autkami.

Zaraz po śniadaniu

stawia je parami.

(Autka z Internetu)

 

Potem im z uśmiechem

urządza wyścigi.

Nie byle też jakie,

bo T-racers Ligi.


Jakże wtedy głośno

u Krzysia w pokoju.

Wyścigi to emocje;

okrzyki: — Do boju!

 

***

Potem dzieci razem,

po pysznym obiedzie,

grają w gry planszowe,

Safari” prym wiedzie.


Krzysiu i Janeczka

grając, też się uczą,

bo zwierzęta kochają

i im dobrze życzą.


niedziela, 26 lutego 2023

Bajka o biegającym Winniczku


Wesoły Winniczek biega po dworze,
Szybko coraz szybciej — najszybciej jak może.
Chichrają się z niego dwa przydrożne maczki;
Kwaczą rozbawione kolorowe kaczki.


Winniczek jednakże nikogo nie słyszy.
Co sił biegnie dalej, coraz głośniej dyszy.
Chce wszystkim pokazać, że biec chyżo umie
I stanąć na mecie, odważnie i dumnie.


Niestety do mety w ogóle nie dotarł.
Tchu mu wszak brakło. O kamyk się oparł.
I dysząc okropnie, rzekł mądre słowa:
— Bieg jednak nie dla mnie! — i w domku się schował.


Z bajki tej morał wypływa taki:



Nim przejdziesz do czynu, mierz siły na zamiary,
abyś potem nie musiał tracić w siebie wiary.

***
Każdy z nas jest inny i ma inne zdolności.
Kto jest zawsze sobą, poszerza sprawności.

***
Nie staraj się na siłę wchodzić w czyjeś role,
bo jeśli nie podołasz, utkwisz w błędnym kole.
 

piątek, 24 lutego 2023

O tym, dlaczego pisiory się tak roztyły

Pisowska posłanka w obronie z nagła otyłych pisiorów błysnęła intelektem i w reżimowej TVP obwieściła:

— „My nie mamy wpływu na swój wygląd”.

A kto, się pytam? Chyba nie Pan Bóg?

Z jej słów ma wynikać, że wszystkie roztyte w ostatnich siedmiu latach pisiory się rozchorowały? Czy jaka choinka?! Bo tylko choroba może być wytłumaczeniem, że nie ma się wpływu na swój wygląd... i to też nie do końca.

Kto żre bez umiaru, pęcznieje w oczach, i tak nam właśnie z dobrobytu (za nasze) pisiory napęczniały... Ot i cała prawda!


Moja satyra z dnia 12 stycznia br. m.in. o tym właśnie mówi:


Trudno będzie obalić PiS

 Przez siedem wszak ostatnich lat

waga partii mocno wzrosła...
Nie o ważność jednak chodzi,
lecz o tuszę każdego posła.*
 
 
(zdjęcie z Internetu) 
 
 

Się obżarli, obłowili,

spuchli tęgo z dobrobytu,
tak im służą Polską rządy...
A lud pieje wciąż z zachwytu.
 

Władzy przeto nie oddadzą,

zrobią wszystko — co w ich mocy,
A że moc ich leży w służbach,
bój się ludu nawet w nocy.

***

Tyko PADzik jakby zmądrzał,

nabrał siły i odwagi...
myśląc o swej już przyszłości,
rezolutnie spada z wagi.

 

* Przez siedem ostatnich lat waga PiS bardzo wzrosła… w kilogramach. ;)

 

Mamy przedwiośnie?

Wygląda na to, że tak. Sprawdziłam. Jak? Ano tak, że swoim zwyczajem, jak co roku, w połowie lutego popędziłam nad leśny potoczek i upewniłam się, czy jest zamarznięty, czy płynie wartkim nurtem. Bo z nim jest tak, że jeśli jest zamarznięty, znaczy, że zima jeszcze potrzyma, jeśli zaś płynie wartkim nurtem, oznacza niezbicie, iż właśnie zaczyna się przedwiośnie.

 


Poznaję też po ptaszkach odwiedzających mój ogród. Głośniej śpiewają i już nie potrzebują dokarmiana. W mroźne i śnieżne dni zawsze je dokarmiam. Z moich obserwacji wynika, że najwięcej korzystają z niego kosy i sikorki.

Tym razem miałam też sarenki w ogrodzie. Kiedy leżał śnieg i nawet kiedy się już stopił. Od trzech dni już ich jednak nie widzę. Pewnie poczuły przedwiośnie i wróciły do lasu. Oby! Bo tam ich miejsce... Chociaż je bardzo polubiłam.

Też w samym lesie wyraźnie widać zmiany. Jeszcze parę dni temu trochę śniegu gdzieniegdzie leżało. Zwłaszcza w tych miejscach, gdzie słońce mało operuje. Jednak dzięki dodatniej temperaturze już go nigdzie nie widać.

 

Natomiast w moim ogrodzie przebiśniegi pięknie kwitną już od przeszło dwóch tygodni. Nawet żonkile wypuściły już listki z ziemi. Ba, nawet tulipany... Hmm, tyle tylko, że je sarenki nieco oskubały podczas ostatniej u mnie wizyty. U córki z kolei natknęłam się na piękne, delikatne krokusiki.

No i co?! Ano to, że już śmiało można powiedzieć:

Mamy przedwiośnie!

 

 

Z cyklu: "Co w przyrodzie piszczy"


środa, 22 lutego 2023

Z poślizgiem, ale szczęśliwym trafem bez szwanku

W minioną sobotę wybrałam się na wędrówkę rowerową nieświadoma sytuacji na leśnych dróżkach. Jak się później przekonałam, na każdej królował lód na przemian z błotem pośniegowym. Gdybym wcześniej o tym wiedziała, pewnie roweru bym nawet nie wyciągała. Poszłabym na kijki. Jednak skoro się już wybrałam, to wrócić nie mogłam.

Z natury jestem uparta... I nie ma zmiłuj. Jak już coś postanawiam, robię wszystko, aby postanowienie to zrealizować do końca. Także wędrówkę rowerową zaliczyłam. A jakże! Chociaż mogłam zawrócić, jak tylko do ściany lasu dojeżdżałam i zobaczyłam, że droga ni jak nie nadaje się do jazdy rowerem i się domyśliłam, co może mnie czekać w głębi lasu. Nie zawróciłam jednak.



Ślisko było jak na lodowisku, nie tylko z powodu lodu, ale także błota pośniegowego. Dałam jednak jakoś radę. Ani razu nawet nie wyrżnęłam. Tyle że byłam totalnie oblepiona błotem.

 


Do domu wróciłam brudna jak nieboskie stworzenie, ale rześka i szczęśliwa. Raz, że udało mi się wrócić w całości, a dwa, że nawdychałam się dużo świeżego powietrza. A świeże powietrze i leśne widoki na każdego działają dobroczynnie. Bez względu na pogodę... Chyba że z nieba żabami ciepie albo wali piorunami.

Już nawet w styczniu była lepsza pogoda do rowerowania. W ciągu miesiąca udało mi się zaliczyć nawet kilka pięćdziesięciokilometrowych wędrówek każda. Było zimniej, to fakt, ale ani razu nie zmarzłam. Jak się ostro pedałuje, to się poci. W moim przypadku tym bardziej, gdyż jeżdżę tylko leśnymi dróżkami po górach. To jak tu się zdrowo nie napedałować... i nie napocić? Za każdym razem do domu wracałam zadowolona i pełna wrażeń... I o to mi chodziło! Też za każdym razem.

Jestem zdania, że jeśli się ma możliwości, a przede wszystkim chęci, dobrze jest wykorzystywać każdą pogodę — na jakąś aktywność fizyczną — ku zdrowotności i przyjemności.

Rowerem jeżdżę cały rok na okrągło. Tylko w zimie siłą rzeczy nie tak często jakbym chciała. Należę jednak do osób dość odważnych, toteż ryzyko mi niestraszne. Mam tak od dziecka. Brawury zaś nie znoszę. Najbardziej lubię jeździć sama. Nikt mnie wtedy nie strofuje i nie narzeka.

Pamiętam jak kilka lat temu, któregoś dnia lutego, też mi się przytrafiło jeździć po lesie w czasie odwilży i też byłam porządnie strzaskana błotem, ale zwykłym, nie pośniegowym. Wracając do domu, postanowiłam ostatni odcinek drogi z góry nie pokonywać leśnymi dróżkami a pięciokilometrową asfaltówką przeznaczoną dla leśników. Droga ta wiedzie przez gęsty las bezpośrednio do miasta, tyle że ostro w dół. Rzadko nią jeżdżę. Tylko wtedy, kiedy mam jakiś poważny powód. W tamtym dniu był nim mocno zabłocony rower, którym coraz trudniej mi się pedałowało. W upalne dni też mi się czasem zdarza po niej śmigać. Z prostej przyczyny, aby się nieco ochłodzić. Na niej jest zawsze dużo niższa temperatura, ponieważ słońce tam prawie w ogóle nie dociera.

Wtedy w lesie temperatura oscylowała w granicach czterech do pięciu stopni plus. Nie przyszło mi więc na myśl, że na asfaltówce może mi coś zagrażać. Niestety, zagrażało, i to bardzo.

Nieświadoma złej sytuacji na drodze i jakiegokolwiek ryzyka, jak zwykle puściłam się z górki, osiągając zawrotną szybkość jak na rower (lubię szybką jazdę), kiedy nagle zauważyłam, że czarny do tej pory asfalt zmienił kolor na biały. I to na całej swej szerokości.

Tylko nie to! — wrzasnęłam w myślach.

Jednak to było to, czyli szron na drodze. Droga tak mocno była zaszroniona, że za czorta nie można było hamować. A ja tu z górki pędzę jak szalona. Spróbowałam jednak lekko nacisnąć na hamulce, by choć trochę zmniejszyć szybkość, ale tak rowerem zarzuciło, że ledwie udało mi się go wyprostować i nie wyrżnąć. Nie powiem, wystraszyłam się na dobre.

Zabiję się jak nic! — jęknęłam z przerażenia.

Rower nabierał coraz większej szybkości, a ja nic nie mogłam zrobić tylko pruć drogą w dół na złamanie karku. Przed oczami stanęło mi całe moje życie i moi bliscy.

Muszę się jakoś ratować! No przecież nie mogę tak głupio zginąć! — przez głowę przeleciała mi desperacka myśl.

Natychmiast poderwałam się z siodełka i stanęłam na pedałach, schylając się pod odpowiednim kątem. Liczyłam na to, że balansując ciałem, choć trochę wyhamuję szybkość. A gdyby jednak nie, gdyby mi przyszło mimo wszystko wpaść w poślizg i z niego nie wyjść, to może z takiej pozycji w trakcie spadania udałoby mi się przynajmniej zwinąć w tak zwaną „starą skarpetkę” i w zderzeniu z asfaltem mniej się poturbować.

Na szczęście moja opatrzność czuwała nade mną. Udało mi się nie wyrżnąć. Na ostatnim kilkusetmetrowym odcinku przed wjazdem do miasta ta nie przyjazna rowerzystom droga znów była czarna.

Dzieciom nawet nie wspomniałam o tej mojej przygodzie na rowerze, bo znów bym dostała opieprz. No, może bardziej od córki, bo syn jest tak samo szalony jak ja i ma więcej dla mnie zrozumienia... W końcu urodziłam go w dniu swoich urodzin. A i imienin, żeby było śmieszniej.

 

wtorek, 21 lutego 2023

Sarenki wybrały życie w mieście?

Na to wygląda, bo znów są u mnie w ogrodzie. Co drugi albo trzeci dzień. Nawet jeden jelonek dokooptował do nich. Nie powiem, martwi mnie to. Wcześniej myślałam, że to tylko z powodu drwali i ich głośnych pił uciekły z lasu, szukając spokoju. Bo z powodu obfitego śniegu w lesie z pewnością nie, gdyż pokarm nawet w najbardziej śnieżną i mroźną zimę mają zapewniony przez leśniczych. Jak zawsze.

To co się z nimi właściwie stało, że teraz, kiedy drwale skończyli już swoje prace i śniegu w lesie prawie już nie widać, a one znów zjawiły się u mnie w ogrodzie?

Zauważyłam też, że nawet niekiedy śpią u mnie. Za każdym razem jest ich cztery. Myślę, że to są ciągle te same, plus ten jelonek. Tę jedną odważną sarenkę poznaję najbardziej, bo tylko ona podchodzi bliżej do mnie. Inne na mój widok wycofują się w głąb ogrodu.

Naprawdę nie wiem, co o tym wszystkim myśleć i co z nimi mam zrobić? Leśniczego do tej pory jakoś nie udało mi się w lesie spotkać. One mnie w zasadzie nie przeszkadzaj, ale przecież to nie jest normalne, aby błąkały się po mieście. Toż mogą wpaść gdzieś pod samochód, albo jacyś źli ludzie krzywdę im zrobią.

Może powinnam zadzwonić do jakiegoś Ośrodka Opieki nad Zwierzętami i zameldować o tym fakcie? A może one jednak z wiosną poczują zew natury i same wrócą do lasu?... Byłoby wspaniale. Poczekam więc jeszcze trochę i zobaczę, co się będzie z nimi działo.

 

 

Na zdjęciu widać, że ta odważna sarenka stoi bez ruchu i patrzy na mnie. Inne zmykają, chowając się w głębi ogrodu. Widać tylko pupę ostatniej zmykającej sarenki. A może to zad jelonka? Tak szybko w podskokach zwiewały, że trudno mi było je rozróżnić.

 

* Człowiek upośledza naturalne środowisko dzikich zwierząt

* Sarenki wróciły do mojego ogrodu