Ckni mi się
za normalnym życiem, za wszystkim, co było przed marcem 2020 roku.
Dość już mam tej psychozy covidowej. Dość już mam
widoku ludzi przemykających po ulicach niczym zombies...
Rany, kiedy to się skończy?!
Wprawdzie
nie mogę aż tak bardzo narzekać, bo moje życie osobiste aż tak
drastycznie się nie zmieniło, zwłaszcza moje przyjemności. W
większości robię to, co robiłam i przed tą całą wariacją
wirusową. Na szczęście nikomu u nas do łba nie strzeliło, żeby
lasy pozamykać, jak to było w Polsce. Tak że zasuwałam i nadal
zasuwam sobie po górach i lasach do woli. To moja wielka przyjemność
i... zdrowie.
Z dziećmi i
z wnukami spotykamy się nadal normalnie. No może zeszłej wiosny
nie aż tak często, ale potem wróciło już wszystko do normalności
i spotykamy się jak dawniej.
Święta
Bożego Narodzenia też będziemy spędzać razem. Jak zwykle. Nowy
Rok tym bardziej. Siłą rzeczy, bo mój najmłodszy wnuk miał
życzenie zameldować się na świecie właśnie w tym dniu.
Najbardziej
mnie wkurzają te maseczki, ba, brzydzą wręcz. W lesie
mogą oddychać pełną piersią bez tej „ozdoby” na twarzy, ale
w sklepach niestety nie. A że jestem okularnicą, bardzo energiczną
okularnicą, bardzo cierpię, bo okulary ciągle mam zaparowane
i nic nie widzę. Co rusz muszę je przecierać chusteczką, ale
ledwie je przetarte na powrót założę na nos, w sekundzie są znów
zaparowane. Ło matko i córko! No szlag mnie trafia! Jak ja tego nie
znoszę!
Z powodu
tych maseczek ubolewam też bardzo, że nie mogę jak zwykle
odwiedzać mojego ulubionego fryzjera Giuseppe.*
Znamy się
już blisko trzydzieści lat i bardzo się lubimy. Zawsze mamy sobie
tyle do opowiedzenia, tyle do obgadania, tyle do oplotkowania... A
teraz? Nic!... Cholerna posucha!
Co prawda w
tym chorym czasie odwiedzałam go parę razy, ale to jednak nie to!
Bo jak tu prowadzić normalną konwersację z tą szmatką na twarzy?
Jak być nią usatysfakcjonowanym, rozmowę mam na myśli, nie widząc
swoich uśmiechów, czy też innych mimicznych wyrazów twarzy
wynikających z poruszanych akurat tematów? Przecież są bardzo
ważne. Taka rozmowa to tak jak lizanie loda przez szybę... Kurka
wodna! Dla mnie rozmowa jest tak samo ważna jak zabieg fryzjerski. A
może i jeszcze ważniejsza.
Przy
ostatniej wizycie w salonie obiecałam Giuseppe, że następnym
razem odwiedzę go już bez maseczki. Liczyłam, że nastąpi to
wcześniej. Niestety, wymyślili znów kolejną zarazę. Całkiem
świeżą, i o bardzo dźwięcznej nazwie w postaci piętnastej
litery alfabetu greckiego... A niech to dunder świśnie!
Mam jednak nadzieję, że najpóźniej na wiosnę
wszystko wróci do normy. Że to przekleństwo covidove odfandzoli
się od nas raz na zawsze... Albo my od niego. I znów będziemy
normalnie funkcjonować, i to w każdej sferze naszego życia.
Na pohybel zarazie! Dwóm zarazom... ta druga (typowo
polska) w domyśle. ;)
*
Giuseppe — o tym wspaniałym człowieku i fryzjerze w jednej osobie oraz jego salonie pisałam już
wcześniej w opowiadaniu pt. „Fryzjer jak spowiednik” i „Moc pozytywnego myślenia”.
Z
cyklu: "Opowieści
o poważnej i żartobliwej treści"