INNE MOJE BLOGI TO: 1. "Szczęśliwa Kobieta" - Blog na tematy z życia wzięte; 2. "Na cętce źrenicy i w obiektywie" - Blog fotograficzny
sobota, 16 marca 2024
wtorek, 16 marca 2021
Na oknie ciągle maj. Za oknem różnie
Zima na odchodnym się ocknęła i sypie znów śniegiem trzeci dzień. Wprawdzie już tylko drobniutkim, który i tak w ciągu dnia się topi, bo temperaturę mamy na plusie, ale niech tam, trzeba to jakoś przeżyć. Ważne, że na oknach „doniczkowa wiosna" panuje, i to przez cały rok na okrągło.
Hoduję wiele kwiatów na oknach, ale w sypialni tylko orchideę i aloes. A to dlatego, że ze wszystkich doniczkowych kwiatów pochłaniają najwięcej dwutlenku węgla i najwięcej też tlenu wydzielają, oczyszczając tym samym powietrze w pomieszczeniu.
Na tle bieli za oknem moja orchidea prezentuje się pięknie. Bluszcz także. Jego liście, spoglądając przez szybę, intensywnie wypatrują wiosny... A tu zima o sobie przypomina. Taka niewyżyta! W ogrodzie znów śniegu pełno — po "tujowaty żywotnik".
Aloes natomiast w ogóle zimą się nie przejmuje i w swoim rozwoju galopuje... Strosząc kolce na nieproszonych gości, gdyby któremuś się zachciało wdrapać do mojej sypialni.
Na kuchennym oknie też wieczna wiosna. Aż miło. Zawsze hoduję różne "zarośla", jak to moje synczysko mówi. Tym razem są to: ruca-salatrauke i rzeżucha.
No to byle do wiosny! Ciągle sobie powtarzam... A moja orchidea daje mi znak, że to już niedługo.
Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"
niedziela, 14 marca 2021
Bieg w poszukiwaniu wiosny
Gdzie jesteś wiosenko ty moja kochana?
Co dzień cię szukam z nadzieją od rana,
Przez wszystkie okna zawzięcie zaglądam,
Bardzo cię potrzebuję, wręcz pożądam!
Biegnę więc do lasu… Po lesie już kołuję,
Coraz szybciej i szybciej, choć tchu mi brakuje.
Uparcie i wytrwale pokonuję słabości
I nagle czuję — jak wiosna w mym sercu się mości.
Skoro przebiśniegi kwitną, znaczy wiosna już tuż-tuż. Czuję ją każdym zmysłem… A już najbardziej sercem. Wprawdzie zima ciągle chojrakuje i nie chce odpuścić, ale są to z pewnością jej ostatnie podrygi. Choć dzisiaj akurat trudno mi sobie to wyobrazić, gdyż u nas znów z nieba śniegiem wali, że… łooo matko! I to już drugi dzień. Ale co tam, niech już wysypie całą resztkę ze swoich śnieżnych zapasów… Jak musi. I niech spinkala na półkulę południową. Pożegnam ją bez większego żalu, bo mi się już bardzo za wiosną ckni. Mam wielkie plany z nią związane. A jeszcze większe nadzieje. (O pandemii celowo nie wspominam. Mam jej tak dość, a właściwie tego, co rządzący wyczyniają z ludźmi, że zupełnie przestałam się nią przejmować).
Żadnego zdjęcia z dzisiejszego zimowego krajobrazu nie zamieszczam. Nie chcę nikogo podłamywać, bo zapewne każdy na wiosnę z wielkim utęsknieniem już czeka.
Wrócę jeszcze na moment do biegania, skoro już się tak za wiosną nabiegałam. Bo też przypomniało mi się, że niedawno w Internecie przeczytałam post pewnej młodej blogerki, w którym pisała, że jej pasją jest bieganie i że jak trzy dni sobie nie pobiega to się dusi. Ha, aż buzię rozdziawiłam, bo u mnie jest podobnie. Choć gdzie mi tam do niej, ani wiekowo, ani fizycznie. Blogerka ta to kobieta młoda, a ja… no, powiedzmy, że nieco starsza, ale psychiczne predyspozycje w tym względzie, jak i potrzeby płucno-oddechowe mamy podobne. W komentarzu pod jej postem wypowiedział się jakiś facet, twierdząc, że jego pasją w odróżnieniu od niej — jest niebieganie. Uśmiałam się z jego komentarza, choć w zasadzie wiem, że ludzie dzielą się na takich, co lubią sport, ruch na świeżym powietrzu, i na takich, co nie lubią. I koniec! Tacy ludzie mają pewnie inne pasje i chyba też potrafią być szczęśliwi. Z autopsji jednak wiem, że ludzie uprawiający sport są weselsi, radośniejsi, szczęśliwsi. Dzieje się pewnie tak dlatego, że wszystkie toksyny, jakie wchłania organizm człowieka w dzisiejszym zatrutym świecie, podczas wysiłku fizycznego są wydalane razem z potem. Nawet te psychiczne. A może przede wszystkim.
Wiem po sobie, że kiedy podłapię jakiegoś doła i wszystkiego mi się odechciewa, to wtedy, choć najmniejszej ochoty nie mam na jakikolwiek ruch, do ruchu właśnie się zmuszam. No a wtedy, albo bieganie, albo pływanie, albo chociażby pedałowanie na stacjonarnym rowerku. Ale tak porządnie, żeby aż siódme poty ze mnie wyszły. Dosłownie. Po czym prysznic, na przemian ciepły i zimny. Kurczę, ależ się potem wspaniale czuję. Jak nowo narodzona. Naprawdę! Po takich zabiegach, rumiana jak pączuś w maśle, zapominam o dołku, a wszystkie moje problemy bledną i subtelnieją. Nawet ja staję się wtedy jakaś taka… jakby subtelniejsza.
Zdjęcie wprawdzie z zeszłego roku, ale lada dzień w moim ogrodzie znów tak pięknie zakwitną jabłonie. Mocno w to wierzę.
Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"







