Gdzie jesteś
wiosenko ty moja kochana?
Co dzień cię
szukam z nadzieją od rana,
Przez
wszystkie okna zawzięcie zaglądam,
Bardzo cię
potrzebuję, wręcz pożądam!
Biegnę
więc do lasu… Po lesie już kołuję,
Coraz
szybciej i szybciej, choć tchu mi brakuje.
Uparcie
i wytrwale pokonuję słabości
I
nagle czuję — jak wiosna w mym sercu się mości.
Skoro
przebiśniegi kwitną, znaczy wiosna już tuż-tuż. Czuję ją
każdym zmysłem… A już najbardziej sercem. Wprawdzie zima ciągle
chojrakuje i nie chce odpuścić, ale są to z pewnością jej
ostatnie podrygi. Choć dzisiaj akurat trudno mi sobie to wyobrazić,
gdyż u nas znów z nieba śniegiem wali, że… łooo matko! I to
już drugi dzień. Ale co tam, niech już wysypie całą resztkę ze
swoich śnieżnych zapasów… Jak musi. I niech spinkala na półkulę
południową. Pożegnam ją bez większego żalu, bo mi się już
bardzo za wiosną ckni. Mam wielkie plany z nią związane. A jeszcze
większe nadzieje. (O pandemii celowo nie wspominam. Mam jej tak dość,
a właściwie tego, co rządzący wyczyniają z ludźmi, że zupełnie
przestałam się nią przejmować).
Żadnego
zdjęcia z dzisiejszego zimowego krajobrazu nie zamieszczam. Nie chcę
nikogo podłamywać, bo zapewne każdy na wiosnę z wielkim
utęsknieniem już czeka.
Wrócę
jeszcze na moment do biegania, skoro już się tak za wiosną
nabiegałam. Bo też przypomniało mi się, że niedawno w Internecie
przeczytałam post pewnej młodej blogerki, w którym pisała, że
jej pasją jest bieganie i że jak trzy dni sobie nie pobiega to się
dusi. Ha, aż buzię rozdziawiłam, bo u mnie jest podobnie. Choć
gdzie mi tam do niej, ani wiekowo, ani fizycznie. Blogerka ta to
kobieta młoda, a ja… no, powiedzmy, że nieco starsza, ale
psychiczne predyspozycje w tym względzie, jak i potrzeby
płucno-oddechowe mamy podobne. W komentarzu pod jej postem
wypowiedział się jakiś facet, twierdząc, że jego pasją w
odróżnieniu od niej — jest niebieganie. Uśmiałam się z jego
komentarza, choć w zasadzie wiem, że ludzie dzielą się na takich,
co lubią sport, ruch na świeżym powietrzu, i na takich, co nie
lubią. I koniec! Tacy ludzie mają pewnie inne pasje i chyba też
potrafią być szczęśliwi. Z autopsji jednak wiem, że ludzie
uprawiający sport są weselsi, radośniejsi, szczęśliwsi. Dzieje
się pewnie tak dlatego, że wszystkie toksyny, jakie wchłania
organizm człowieka w dzisiejszym zatrutym świecie, podczas wysiłku
fizycznego są wydalane razem z potem. Nawet te psychiczne. A może
przede wszystkim.
Wiem po sobie, że kiedy podłapię jakiegoś doła i
wszystkiego mi się odechciewa, to wtedy, choć najmniejszej ochoty
nie mam na jakikolwiek ruch, do ruchu właśnie się zmuszam. No a
wtedy, albo bieganie, albo pływanie, albo chociażby pedałowanie na
stacjonarnym rowerku. Ale tak porządnie, żeby aż siódme poty ze
mnie wyszły. Dosłownie. Po czym prysznic, na przemian ciepły i
zimny. Kurczę, ależ się potem wspaniale czuję. Jak nowo
narodzona. Naprawdę! Po takich zabiegach, rumiana jak pączuś w
maśle, zapominam o dołku, a wszystkie moje problemy bledną i
subtelnieją. Nawet ja staję się wtedy jakaś taka… jakby
subtelniejsza.
Zdjęcie wprawdzie z
zeszłego roku, ale lada dzień w moim ogrodzie znów tak pięknie zakwitną jabłonie. Mocno w to wierzę.
Z
cyklu: "Opowieści
o poważnej i żartobliwej treści"