Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niezwykłe przygody i przeżycia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niezwykłe przygody i przeżycia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 sierpnia 2021

Pastuszka na chwilowym etacie

Lato, grzech w domu siedzieć. Bez względu na pogodę. A już przy komputerze dopiero. Nie lubię grzeszyć, toteż codziennie przez wiele godzin jestem na łonie Matki Natury. Kiedy pada deszcz maszeruję z kijkami po lasach. A kiedy jest słoneczna pogoda, albo przynajmniej nie pada, jeżdżę rowerem po bliższych i dalszych okolicach.

Po kilkudniowych opadach deszczu wreszcie nastała odpowiednia pogoda na wędrówkę rowerową. Z samego rana ruszyłam więc w drogę.

Kiedy dojechałam do lasu po wschodniej stronie miasta, na dróżce wijącej się ku górze kotliny zaskoczył mnie niezwykły widok:

 

 

Ogromne stado kóz na czele z jeszcze większym stadem owiec maszerowało sobie na pastwisko. Na przedzie prowadził je jeden pasterz, a na końcu tego peletonu, że się tak wyrażę, autem jechał drugi pasterz i przez otwarte okno popędzał zwierzęta, nawołując i tłukąc ręką po drzwiach.

Gdy się do niego zbliżyłam, spytałam czy mogę jechać dalej. On mnie jednak poprosił, abym tego nie robiła, bo kozy płochliwe, wystraszą się i popędzą w las.

No to szłam za nimi, pchając rower. Kozy, a na przedzie owce, jakoś niemrawo szły, a jeszcze do tego co rusz zatrzymywały się na poboczu drogi, skubiąc trawę i liście krzewów. Pasterz w aucie tłukł o drzwi coraz mocniej, popędzając to ślamazarne towarzystwo.

Czas się dłużył. Szłam i szłam za nimi, w końcu mnie to znudziło... Bo ile można się tak ciągnąć? Podeszłam do auta i powiedziałam pastuchowi, że sama spróbuję popędzić to ślimacze stado. Facet się zaśmiał i skinął głową na znak zgody.

No to go wyprzedziłam, i popychając rower, ruszyłam między kozy. Popędzałam je nie tylko słownie, ale i kołami roweru. Zwłaszcza te, które co rusz schodziły z drogi w wiadomym celu. Kozy, o dziwo!, zaczęły mnie słuchać i przestały kierować się na pobocze. Ba, przyśpieszyły nawet kroku.

 


Szliśmy tak chyba z kwadrans i w końcu doszliśmy do rozwidlenia dróg. Wreszcie mogłam ruszyć w swoją dalszą drogę ku górze. Stado zaś skręcało na pastwisko znajdujące się na skraju lasu.

Na pamiątkę zrobiłam jeszcze kilka zdjęć tej „żywej rzece”... i już zamierzałam ruszyć, kiedy pasterz w aucie szybko do mnie podjechał, i śmiejąc się, zawołał:

Jeszcze nigdy moje kozy nie były tak posłuszne. Jak pani to zrobiła? Chętnie bym panią zatrudnił. Choćby na ćwierć etatu.


wtorek, 29 czerwca 2021

Niebezpieczeństwa czyhające na rowerzystów

 

Gdy na swej drodze rowerowania

niebezpieczne napotkasz przeszkody,

podziękuj Opatrzności za szczęście

i zalicz je do zwykłej przygody.

 



 

Właśnie wczoraj miałam okazję dziękować Opatrzności, i nagłą, niemalże spadającą na moją głowę przeszkodę — zaliczyć do przygody.

Nie wiem, jakim cudem udało mi się z tej przygody wyjść bez szwanku. Jechałam sobie spokojnie przez nieznany mi wcześniej las, oddalony od mojego domu o jakieś 25 km, i nagle, ni stąd, ni zowąd, usłyszałam głośne: — „trach”... i na drogę upadło drzewo, ca. 5-7 metrów przed moim nosem... Szok!

Miałam jednak szczęście. Znowu. Podobną przygodę przeżyłam jesienią*, lecz wtedy powodem łamiących się drzew był pierwszy, i bardzo ciężki śnieg. Ale teraz, w lecie?

Co mogło się stać, że drzewo rosnące wśród innych drzew nagle się zawaliło? Nie mam pojęcia. Wyglądało na całkiem zdrowe. Śladów na nim po wcześniejszym uderzeniu pioruna nie zauważyłam. Co więc mogło mu się stać?... Pozostanie tajemnicą.


* Mam jeszcze… żyć”:

https://dlaczytajacych.blogspot.com/2020/10/mam-jeszcze-zyc.html



środa, 2 czerwca 2021

Drżyjcie przestępcy...

Przed kim? A przed czworonożnymi policjantami na służbie. Są groźne i bezwzględne. Bo takie być muszą, mając do czynienia z różnymi zagrożeniami dla społeczeństwa.

Policyjne psy, specjalnie wyszkolone, wspomagają policjantów w trakcie codziennych patroli. Mogą skutecznie obezwładnić niebezpiecznego przestępcę. Pomagają w wykrywaniu śladów na miejscu przestępstwa, a także w ujawnianiu narkotyków, czy też niebezpiecznych materiałów. 

 


Każdy pies ma swojego stałego opiekuna. Tworzy z nim silny duet, co jest bardzo ważne w sytuacjach zagrożenia bezpieczeństwa innych osób.

Będąc dzisiaj w lesie z kijkami Nordic Walking, maszerowałam sobie jak zwykle swoją ulubioną trasą, i jakie było moje zdziwienie, kiedy przy leśnej polance zobaczyłam radiowóz policyjny. Zatrzymałam się momentalnie, by zobaczyć, co tam się dzieje. Nagle w oddali zobaczyłam jak z radiowozu wyskakuje pies, a za nim wyłania się policjant. Po chwili razem pobiegli na polanę. Choć odległość była duża, poznałam ich od razu. To był mój znajomy ze swoim czworonożnym partnerem. Pierwszy raz zobaczyłam ich w tym miejscu. Zapragnęłam uwiecznić ten wspaniały widok. Wyjęłam aparat fotograficzny i przystąpiłam do akcji. Zdjęcia robiłam oczywiście na największym zoomie.

 


Jak już ich wiele zrobiłam, postanowiłam podejść do nich. Złapałam za kijki, i maszerując dziarskim krokiem, skierowałam się na polanę. Wtedy policjant (jego imię zachowam w tajemnicy) też mnie rozpoznał. Zatrzymałam się przy nim z szerokim uśmiechem. Pies (jak się wabi też tajemnica) dostał rozkaz: "warować", co wykonał natychmiast i w tej pozycji posłusznie trwał. A my ucięliśmy sobie małą pogawędkę. Policjant mówił, że odkrył tę polanę niedawno i bardzo mu się ona spodobała. Już na pierwszy rzut oka stwierdził, że to wymarzone miejsce do porannego treningu psa. Cisza, spokój i bardzo dużo miejsca.

Przyznałam mu rację, bo też nieraz wykorzystuję tę polanę na wybieg dla naszego psa. W niedalekiej przeszłości często też z wnuczkami hasaliśmy po niej. A w czasie sianokosów prowadziliśmy tu „poważne walki”, obrzucając się skoszoną trawą.

Pies znajomego jest bardzo ostrym psem, ale też dobrze ułożonym i posłusznym. Często bierze udział w akcjach ścigania przestępców. O niektórych znajomy już mi kiedyś wcześniej opowiadał. Oczywiście o tych, które nie były objęte tajemnicą.

Postałam jeszcze z nimi dobrą chwilę, robiąc im kolejne fotki. Nie mogłam oderwać oczu od psa. Jest piękny. Wspaniale i zwinnie się porusza. W końcu przypomniałam sobie po co tu przyszłam. Pożegnałam się, wołając:

Tschüss! Bis zum nächsten Mal! (Cześć! Do następnego razu!) — i pomaszerowałam w głąb lasu, obiecując mu na odchodnym, przesłać parę fotek pocztą mailową.

Zanim jednak ruszyłam, spojrzałam raz jeszcze na ciągle warującego czworonożnego policjanta i w jego poważnych ślepiach wyczytałam ostrzeżenie:

Widzicie te kły? Drżyjcie przestępcy… Ja, pies policyjny, wam to mówię!

 


W tak pięknym anturażu leśnej przyrody ten widok policjanta w pełnym rynsztunku ze swoim czworonożnym partnerem zachwyca podwójnie.


sobota, 17 kwietnia 2021

Fotografowanie leśnych kwiatów może być niebezpieczne

Wiosna trwa już prawie miesiąc a mimo to zieleni tyle, co kot napłakał. A tak bardzo marzy mi się już wreszcie zielona, pachnąca, radosna. Skoro więc wiosna w pełnej krasie ciągle każe na siebie czekać, trzeba sobie jakoś samemu radzić. I właśnie dlatego wybrałam się wczoraj z naszym rodzinnym psem Aramisem do lasu, aby sfotografować sobie trochę leśnych kwiatów (geofitów) do albumu. Cobym mogła je później powiększone na ekranie komputera oglądać… i choć oko nacieszyć.

Weszliśmy do lasu wczesnym rankiem. Szło nam się bardzo przyjemnie. Las ma taki swój specyficzny zapach o porannej porze. Cudowny, rześki, miło łechcący nozdrza.

Na początku szliśmy głównym duktem. Po chwili jednak zeszliśmy z niego i weszliśmy w głąb lasu. Tam miałam nadzieję znaleźć jakieś ładne kwiatuszki. I rzeczywiście znalazłam. Sfotografowałam je i szukałam dalej.

Idąc ciągle przed siebie, rozglądałam się wokoło. Aramis szczęśliwy biegał swobodnie, raz za mną, raz przede mną. Czasami szedł równo ze mną. W końcu tak bardzo się zamyśliłam, że przestałam się rozglądać. Nawet już nie pamiętam, o czym tak intensywnie rozmyślałam.

Nagle za plecami usłyszałam szczekanie Aramisa. Odwróciłam się natychmiast i zauważyłam, że biegnie w moim kierunku jak szalony. Gdy już do mnie dobiegł, zaskomlał cichutko i położył mi się pod nogami. Zdziwiło mnie to. Ale wnet się dziwić przestałam, bo naraz, jakieś dwa metry przed sobą, zobaczyłam strome urwisko. Aż mi się z lekka w głowie zakręciło na ten widok. Kiedy już doszłam do siebie, położyłam się na ziemi i podczołgałam na jego skraj. Chciałam uwiecznić swoje szczęście... Bo gdyby nie Aramis, to... nawet nie chcę myśleć, co by się stało.

Aramis ciągle leżał i mnie obserwował. Nie skomlał już, bo go uspokajałam, że nic mi się nie stanie, że tylko zrobię zdjęcie i już zawracamy.

 

 

Zdjęcie nie oddaje prawdziwej wysokości urwiska. W rzeczywistości ma jakieś dwadzieścia metrów. Specjalnie zeszłam na dół, aby u jego podnóża oszacować wysokość... No i nie powiem, zrobiła na mnie wrażenie.

 

 

Wycieczka po lesie w poszukiwaniu wczesnowiosennych kwiatuszków była w sumie bardzo udana. Dzięki kochanemu Aramisowi w przepaść nie spadłam, a kwiatków  sfotografowałam sobie bez liku.


sobota, 21 listopada 2020

Listopadowa aura sprzyja rowerowym wycieczkom

Wierzyć się nie chce, że to końcówka listopada. U nas już od przeszło dwóch tygodni niebo niemalże codziennie tonie w błękicie, a słoneczko grzeje aż miło. Wymarzony czas na rowerowe wycieczki... Skoro tak, to jazda!

Uwielbiam jeździć leśnymi dróżkami. Wszędzie spokój, świeże powietrze i piękne widoki. Z perspektywy leśnych dróżek, wijących się po szczytach gór, nasze miasto wygląda bajecznie. W wielu miejscach na wierzących czeka też Pan Bozia. Cichutko, skromnie. Nienachalnie.

Dużo rowerzystów spotkałam po drodze. I nic dziwnego, wszak pogoda sprzyja. W drodze byłam ponad trzy godziny. Objeździłam leśnymi obrzeżami wschodnią część naszej kotliny.

Myślę, że nigdy nie ma aż tak złej pogody, by choć na chwilę nie móc się wybrać na rowerową przejażdżkę. Zwłaszcza kiedy jest sucho. Jazda na rowerze jest wtedy więcej niż przyjemna. Wystarczy się tylko odpowiednio do pogody ubrać i... w drogę!





wtorek, 3 listopada 2020

Przed pierwszym śniegiem

Choć to ciągle jeszcze jesień, już od paru dni czuć w powietrzu zbliżającą się zimę. A to znak, że czas na wymianę opon w aucie, z letnich na zimowe. W tym roku zmuszona byłam kupić cztery nowe opony, bo z moich starych zimowych, jak żartował mój syn, mogę ewentualnie już tylko kwietniki w ogródku sobie zrobić. Nie to, że są już aż tak zjechane i profil bieżnika za mały, nie, są już po prostu za stare. Ponoć najpóźniej — co 5 lat trzeba wymieniać opony, i to bez względu na ich stopień zużycia, ponieważ po tym czasie guma opon staje się zbyt twarda i opony już nie spełniają w pełni swojej roli. Można się na nich zdrowo przejechać, że się tak kolokwialnie wyrażę... Znaczy, wpaść w poślizg.

Mając na uwadze powyższe, i to, że moje opony mają już... kurczę, aż wstyd się przyznać... 8 lat, postanowiłam umówić się ze znajomym mechanikiem (Rosjaninem) celem kupna nowych i ich montażu.

Kiedyś swoim autem dużo kilometrów robiłam rocznie (często jeździłam do Polski), toteż opony częściej musiałam wymieniać. Ale od kiedy moim dzieciom się dorosło i mają prawo jazdy i własne auta, to one mnie wożą na dalekie trasy. Ja swoje auto obecnie zużywam jeżdżąc tylko po mieście i najbliższych okolicach.

Po południu byłam już w warsztacie. Postawiłam auto na kanale z podnośnikiem, i upewniając się ile mam czasu, powędrowałam sobie w nieznane mi do tej pory miejsca. Nieznane, bo też warsztat samochodowy znajomego Rosjanina (dumnie noszącego imię: Eduard) mieści się w innej dzielnicy miasta, a tam bardzo rzadko bywam.

Trasa wędrówki wiodła pod górę. Nie mogło być inaczej, bo jak się chce wyjść z miasta — pod górkę jest wszędzie. Wraca się natomiast z górki. To normalne, wszak miasto leży w kotlinie.

 



W czasie ponad godzinnej wędrówki zobaczyłam wspaniałe miejsca. A kiedy dotarłam do ostatniego domu na ulicy położonej w najwyższej partii wzniesienia, nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Koniec października a tu pięknie, pachnąco, kolorowo. Widok jak w bajce. Zatrzymałam się i chłonęłam to cudo wszystkimi zmysłami. Zapragnęłam je uwiecznić. Sięgnęłam po aparat fotograficzny... i już miałam pstryknąć zdjęcie, gdy nagle w jednym z okien domu, przez szybę, zauważyłam postać mężczyzny. Starszego pana. Uśmiechnęłam się szeroko do niego i podniesionym kciukiem do góry wyraziłam swój zachwyt. Starszy pan odwzajemnił uśmiech. Ośmielona, spytałam na migi, czy mogę sfotografować to wspaniałe dzieło. Ku mojej radości, z jeszcze szerszym uśmiechem, skinął głową na znak zgody. To napstrykałam sobie kilka fotek. 

 



Widok ten sprawił, że poczułam się jakoś tak pięknie, radośnie. Aż nie chciało mi się stąd odchodzić. Ale kiedy spojrzałam na zegarek, postanowiłam wracać. Obeszłam jeszcze raz dom dookoła, i wtedy, nie wiedzieć skąd, przypominała mi się nagle piosenka „Polskie kwiaty“. Znałam ją długo przed wyjazdem z Polski. Uśmiechnęłam się do swoich myśli, i nucąc pod nosem jej słowa, raźnym krokiem ruszyłam w dół, do miasta, po odbiór auta z rosyjskiego warsztatu samochodowego. 

 

Śpiewa Ci obcy wiatr
Zachwyca piękny świat
A serce tęskni
Bo gdzieś daleko stąd
Został rodzinny dom
Tam jest najpiękniej

Tam właśnie teraz rozkwitły kwiaty
Stokrotki, fiołki, kaczeńce i maki
Pod polskim niebem, w szczerym polu wyrosły
Ojczyste kwiaty. W ich zapachu, urodzie jest Polska.

Żeby tak jeszcze raz
Ujrzeć ojczysty las
Pola i łąki
I do matczynych rąk
Przynieść z zielonych łąk
Rozkwitłe pąki

Bo najpiękniejsze są polskie kwiaty
Stokrotki, fiołki, kaczeńce i maki...

Śpiewa Ci obcy wiatr
Tułaczy los Cię gna
Hen gdzieś po świecie
Zabierz ze sobą w świat
Zabierz z ojczystych stron
Mały bukiecik

Weź z tą piosenką bukiecik kwiatów
Stokrotek, fiołków, kaczeńców i maków...
Pod polskim niebem w szczerym polu wyrosły

Ojczyste kwiaty. W ich zapachu, urodzie jest Polska..."

(B. Ponichter)

***

Nasunęła mi się taka myśl:

Świat jest piękny... i byłby jeszcze piękniejszy, gdyby nie było na nim aż tylu podłych i nienawistnych ludzi”.

Żadna to odkrywcza myśl, ale dzisiaj ma szczególną wymowę.


sobota, 17 października 2020

Mam jeszcze… żyć

Dzisiaj z rana znów się o tym przekonałam. Do tej pory na samo wspomnienie mojego poranka w lesie gęsia skórka robi mi się na całym ciele. Chociaż żaden tam ze mnie strachoput, strachajło, tchórz, czy też Feigling albo Angsthase (z niemiecka). Co to, to nie! Już tak mam, że mało czego się boję. Czy to dobrze, czy źle, nie wiem. Taka już jestem i nie ma na mnie rady. Pewnie to wina nadmiaru buzującego we mnie testosteronu. Nieraz już o tym pisałam.* O, chociażby we wspomnieniach pt. "Testosteronowe buzowanie"**. Ciągle mi się zdarza balansować życiem nad przysłowiową przepaścią. No i właśnie dzisiaj też mi się zdarzyło... Ale od razu zaznaczam, że tym razem zupełnie niechcący.

A było to tak: swoim zwyczajem z samego rana szykowałam się do wyjazdu na szczyt najwyższej u nas góry (909 m.n.p.m.), która choć nosi miano takie sobie, bo Oksenberg, co w przetłumaczeniu na polski, nie znaczy nic innego, jak wołowa góra, ja nazywam ją, oczywiście na swój własny użytek — Olimpem. Dlaczego? Ano dlatego, że jest to moje ukochane miejsce, gdzie rodzą mi się w głowie nowe pomysły, nowe plany, nowe marzenia, które potem wprowadzam w życie. Naprawdę. Uwielbiam to miejsce i parę razy w tygodniu muszę tam być. Nałogowo, niemalże. I dzisiaj oczywiście też byłam.

Zanim pojechałam na górę, spoglądałam niepewnym wzrokiem przez okno. Niebo się bardzo zachmurzyło i nawet zaczynał padać pierwszy śnieg. Nie spodobał mi się wcale… Śnieg mam na myśli. Włączyłam radio, by posłuchać prognozy pogody. Zapowiadali silny wiatr i opady śniegu na wysokości powyżej 600 m.n.p.m. Wkurzyłam się, bo wcale mi nie tęskno za zimą. Zresztą, w połowie października zima? Cóż to się komuś tam na niebiańskim wirsycku pokićkało? No ale postanowiłam, że jak postanowiłam, to postanowione i że z domu mimo wszystko wychodzę. Kiedy wyszłam, śnieg zaczynał coraz bardziej sypać, takie duże mokre płatki. Nic dziwnego, mój dom stoi właśnie na wysokości 600 m.n.p.m.

Z poślizgiem, bo z poślizgiem, ale jakoś (na letnich oponach) dotarłam na szczyt góry. A tam już bialuteńko jak w prawdziwej zimie.

Ani jednego auta. Ani żywej duszy. Przyszło mi przecierać szlak. Ale co tam, wcale mnie to nie przeraziło, bo też najczęściej jest to moim udziałem.

Śnieg sypał i sypał. Bardzo mokry śnieg. Wiatr też się zmógł. Ale nic, zasuwam dalej, przecież nie wrócę do domu, skoro już tu dotarłam. Ubrana jestem odpowiednio. Nie jest mi zimno. Wręcz przeciwnie, już się nawet lekko spociłam.

Moja trasa do maszerowania z kijkami przebiega szczytem góry. Na jej zaliczenie potrzebuję godzinę czasu. Choć czuję lekki dyskomfort, bo ostry wiatr zacina śniegiem mi prosto w twarz i co rusz słyszę trzask łamanych gałęzi, zasuwam dalej. W połowie drogi, kiedy byłam już głęboko w lesie, nieco się uspokoiło. To pewnie gęsto rosnące drzewa osłaniały mnie od wiatru. Poczułam się pewniej.

Byłam zadowolona, że zdecydowałam się wybyć z domu. Moje płuca od świeżego powietrza pracowały jak miech kowalski. Wspaniałe to uczucie.

Maszerowało się jednak coraz ciężej. Jak to po świeżym i mokrym śniegu. Był to bardziej ślizg w moim wykonaniu.

Kiedy dotarłam do polany nie było już tak wesoło. Z tego miejsca zostało mi jeszcze jakiś kilometr drogi. Poczułam się niezbyt pewnie, ale ciągle nastawiałam uszu i koncentrowałam swą uwagę na ten charakterystyczny odgłos łamanych gałęzi, by w porę móc uciec. Przecież taka łamiąca się gałąź to nie eksplozja bomby. Zanim spadnie na ziemię, to najpierw słychać jej głośne „trach”. Z pewnością można zdążyć uciec w bezpieczne miejsce. Nieraz już byłam w takiej sytuacji.  


  

 

Przede mną ostatni odcinek drogi. Najbardziej niebezpieczny — przy takiej pogodzie. Stare, olbrzymie drzewa, ciasno stojące obok siebie. Nie powiem, trochę się przeraziłam, stając przed nimi.

Widok budził grozę. Wszystkie drzewa pod ciężarem mokrego śniegu pochylały się niebezpiecznie nad drogą. Postałam chwilę, i zastanawiając się co mam robić, na chybcika pstryknęłam zdjęcie… Groza też mnie fascynuje. 

 

 

Długo się jednak nie zastanawiałam, bo i po co, skoro nie lubię się cofać… Jakoś już tak mam, że ja tylko do przodu, nigdy wstecz. No i ruszyłam. Przyznam szczerze, z duszą na ramieniu. Wyostrzyłam słuch, i zaglądając co chwilę na korony drzew, gnałam co tchu przed siebie. Będąc w połowie tej drogi, nagle uszu mych doleciał potężny trzask za plecami. Odwróciłam się automatycznie i kątem oka zobaczyłam spadające drzewo w tumanie śniegu. Strach mnie przeleciał po całym ciele. Na szczęście byłam już z 20 m dalej od miejsca jego upadku. Nie zdążyłam się jednak nawet ucieszyć swoim szczęściem, gdyż nagle, usłyszałam ponowny trzask, a po nim jeszcze jeden, i jeszcze jeden… i… nie wiem już ile. Konary waliły się na ziemię jeden po drugim. Serce wskoczyło mi do gardła. Ależ dostałam przyśpieszenia! Zostało mi jeszcze jakieś 100 m do końca tego potwornego odcinka. Gnałam jak szalona, mając obraz moich dzieci i wnucząt przed oczyma. Jeszcze 50 m, jeszcze 20… i będę uratowana. Udało się! Mogłam spuścić powietrze.

Przyznam szczerze, że czegoś takiego jeszcze nie przeżyłam. Wprawdzie moja wyobraźnia podpowiadała mi, że tak właśnie może się zdarzyć, że na zasadzie domina drzewa mogą się łamać jedno po drugim. No ale co innego wyobraźnia, a co innego rzeczywistość… A rzeczywistość była przerażająca.

Moja wyobraźnia, podbudowana rzeczywistością, nakazuje mi teraz siedzieć w domu i przy takiej pogodzie więcej się po lesie nie pałętać. Nakazały mi to też moje przerażone dzieci, kiedy im opowiedziałam, jaki spektakl natury przytrafiło mi się w lesie oglądać. Ba, wręcz musiałam im to przysiąc. No to przysięgłam. A co mi tam! Po chwili też i mojemu kochanemu zięciowi przysiąc raz jeszcze musiałam, gdyż specjalnie przyjechał do mnie, aby wymienić opony w moim autku z letnich na zimowe.

Siedzę sobie teraz w cieplutkim pokoju przy biurku, i pisząc, co rusz spoglądam przez drzwi do ogrodu. 

 

 

Nie powiem, widok jest piękny, ale ja tam wolę Polską Złotą Jesień, która jeszcze wczoraj u nas była… I trwała kilka tygodni.

Następnego dnia z samego rana pobiegłam zobaczyć jak wygląda to miejsce po wczorajszej nawałnicy. No i proszę bardzo, wejście na ten najbardziej niebezpieczny odcinek na szczycie góry, gdzie drzewa jak w dominie waliły się jedno po drugim, wygląda już niemalże normalnie. Z pewnością już nie tak, jak w tym dramatycznym momencie wczorajszego poranka. Ba, wygląda pięknie, jakby się nic złego nie działo. Przyroda jest cudowna. Szybko się regeneruje... Ale w tym przypadku pomogły jej prężne służby leśne, które się szybko uwinęły i usunęły połamane drzewa i gałęzie.

 

 

Słoneczko znów ładnie prześwituje i nadaje temu miejscu całkiem miły i spokojny wygląd. A ostatni odcinek mojej drogi po szczycie znów wygląda pięknie, dostojnie... i znów złoto-jesiennie. 

 


  * Bliskie spotkanie z mordercą-gwałcicielem (wtedy po raz pierwszy doświadczyłam uczucia, że... mam jeszcze żyć).

** Testosteronowe buzowanie

czwartek, 12 marca 2020

Smutny piątek 13-go

Nigdy nie wierzyłam w zabobony. Nigdy nie byłam przesądna. Nigdy też nie zwracam uwagi, kiedy 13-go przypada w piątek. Gdy z kolei ktoś próbuje mnie nim straszyć, wtedy mam w zwyczaju zaśpiewać dla żartu fragment piosenki Kasi Sobczyk: „Trzynastego nawet w grudniu jest wiosna”.
Wczoraj to nawet przez pół dnia nie wiedziałam, że jest 13-go. Dopiero wieczorem uświadomiła mi to moja starsza wnuczka. I chociaż nadal wierzyć nie będę, że piątek 13-go to jakiś szczególny, pechowy dzień, to jednak wczoraj taki dzień miałam.



Kiedy rano wstałam i jak każdego piątku przygotowywałam się do wyjścia do lasu, coś mi kazało w międzyczasie odpalić komputer. Przed wyjściem staram się najczęściej tego nie robić, aby mnie jakaś wiadomość nie zatrzymała w domu. Jednak tym razem zrobiłam to. No i okazało się, że czeka na mnie e-mail od mojej przyjaciółki z Polski, a w nim smutna wiadomość, że o 5-tej rano zmarł Wiesiek, nasz dobry kolega, z którym przez wiele lat pracowałyśmy w szkole. Dodatkowo to mąż naszej koleżanki. Ona także z nami pracowała. Bardzo smutno mi się zrobiło. Przecież Wiesiek miał dopiero 58 lat. Bardzo żal mi jego żony. Bardzo żal mi jego córki i jego małego wnuczka.

Do lasu oczywiście już nie poszłam. Pewnie bieganie po lesie dobrze by mi zrobiło na mój smutek, ale jakoś straciłam ochotę na wyjście z domu.
Przypomniało mi się także, że muszę wcześniej odebrać mojego wnuczka z przedszkola. W piątki odbieram go zawsze o 13-tej, tym razem jednak musiałam wcześniej, ponieważ byłam umówiona z córką, że i ją odbiorę z warsztatu samochodowego. Córka o godz. 13-tej miała oddać swoje auto do przeglądu i z warsztatu trzeba było ją zawieźć do domu. A właściwie to ona miała mnie i wnuczka zawieźć do mojego domu, bo potrzebowała mojego auta, by zawieźć starszą wnuczkę na balet i po dwóch godzinach odebrać. Warsztat naszego znajomego mieści się w innej dzielnicy miasta, jakieś 8 km dalej, musiałam więc tym bardziej się pośpieszyć. Wyjechałam pół godziny wcześniej. Kiedy dojeżdżałam do przedszkola, musiałam przejechać jeszcze przez wiadukt kolejowy. Wjechałam na niego zupełnie spokojnie... i nagle, w połowie wiaduktu, jakaś mała dziewczynka (może 5-letnia) wtargnęła na jezdnię tuż przed maską mojego auta. Hamowałam jak szalona... i wyhamowałam. Niestety, jadąca z przeciwka kobieta nie wyhamowała i uderzyła w nią. Dziewczynka poleciała kilka metrów w powietrzu i spadła na jezdnię. Trudno opisać, co się potem działo. Potworny wrzask, płacz, lament.
Nie wiem, jak to się stało, że matka tego dziecka ze starszą córką oraz znajomą znajdowały się na chodniku po lewej stronie wiaduktu, a jej młodsza córka sama została na przeciwległym. Biedne dziecko, pewnie chciało jak najszybciej dobiec do matki i zupełnie nie zwracało uwagi na jadące w obydwu kierunkach auta.

Potworny to był widok. Wyskoczyłam natychmiast z auta. Nie bacząc, że tamuję ruch, pobiegłam do tego tragicznego miejsca. Zaczęłam uspokajać klęczącą nad swoją córeczką matkę i radziłam, aby nie ruszała jej z jezdni, bo ona może mieć uszkodzony kręgosłup. Potem podeszłam do jej starszej córki. Siedziała blada jak papier na krawężniku chodnika i krzyczała wniebogłosy. Pogłaskałam ją po główce i łagodnym głosem prosiłam, żeby tak nie krzyczała, bo jeszcze bardziej wystraszy swoją siostrzyczkę. Pocieszałam ją, że karetka pogotowia już jedzie i pan doktor zaraz jej pomoże.
Śladów krwi nie było widać, ale z pewnością dziewczynka miała obrażenia wewnętrzne. Była przytomna. Jęczała cichutko.

Na szczęście kartka pogotowia przyjechała bardzo szybko. Kiedy tylko zobaczyłam, że się zbliża do wiaduktu, wskoczyłam do auta i odjechałam. Musiałam zrobić jej miejsce.
Pojechałam już prosto do przedszkola. Odebrałam wnuczka i razem jechaliśmy odebrać córkę. Byłam trochę roztrzęsiona, ale starałam się panować nad emocjami. Tym bardziej, że wnuczka już miałam pod opieką. Dojeżdżając do wiaduktu, zobaczyłam, że ratownicy wnoszą dziewczynkę na noszach do karetki. W międzyczasie dojechała policja i przejazd przez wiadukt był już zamknięty. Przed wiaduktem zrobił się korek. Z obydwu stron. Niewiele myśląc, wymanewrowałam auto z tego korka i pojechałam uliczką należącą do jednej z pobliskich firm. Przecież córka na mnie czeka.

Kiedy pod warsztatem opowiedziałam córce co się stało, była bardzo przejęta. A gdy nagle nad naszymi głowami przeleciał helikopter z czerwonym krzyżem, kierując się w stronę szpitala, aż pobladła. Widząc ją w takim stanie, postanowiłam, że sama będę prowadzić auto i wszystko za nią załatwię. Na początku trochę oponowała, ale gdy jej powiedziałam, że nic mi nie jest, że czuję się dobrze, oponować przestała. Córka zna mnie dobrze i wie, że w dramatycznych sytuacjach może mi zaufać.
Odwiozłam ją do domu, wzięłam ze sobą jeszcze starszą wnuczkę i we trójkę pojechaliśmy do mnie. Wiedziałam, że córka ma jeszcze jakąś pracę do wykonania w swoim biurze. Chciałam, żeby miała spokój.

Wnuczki w domu nakarmiłam i zanim wsiedliśmy do auta, by odwieźć naszą baletnicę na balet, jeszcze raz, już nawet nie wiem który, oboje pouczałam dlaczego dzieci same nie mogą przechodzić przez ulicę. Przez żadną ulicę i w żadnym przypadku. Wnuczka już dobrze pamiętała. Wnuczkowi na wszelki wypadek jeszcze praktycznie zademonstrowałam. Kazałam mu popatrzeć na jezdnię pomiędzy zaparkowanymi autami przy chodniku, potem wzięłam go na ręce i jeszcze raz kazałam mu popatrzyć na jezdnię. Wtedy brzdąc zrozumiał, że dziecko tylko z dorosłym może przechodzić przez ulicę, bo dorosły ma wyżej oczy i lepiej widzi, czy z którejś strony jakiś pojazd nie nadjeżdża. Mam nadzieję, że wiedzę tę sobie utrwalił na zawsze.

Pod wieczór, kiedy już wszystko było załatwione i wróciłam do domu, wreszcie mogłam spuścić powietrze. Nie powiem, wtedy się trochę rozkleiłam. Ciągle przed oczyma miałam przerażający widok tej biednej dziewczynki i w uszach brzmiał mi rozpaczliwy płacz jej matki i siostrzyczki. Wiesiek też mi się ciągle przypominał.
Długo jednak nie trwałam w takim stanie rozklejenia, bo wnet zadzwoniła do mnie córka, aby mi raz jeszcze podziękować za pomoc. Powiedziała też, że mnie podziwia, że zawsze potrafię zachować zimną krew w dramatycznych sytuacjach.

Sama nie wiem, skąd ta zdolność się u mnie wzięła. Pewnie to moja cecha wrodzona. W trudnych sytuacjach nigdy się nie rozklejam, nie panikuję. Staram się trzymać emocje na wodzy... i działać. Wtedy wręcz czuję, że dostaję przysłowiowego kopa do działania. Zwłaszcza w takich chwilach, w których chodzi o skrzywdzone dzieci.
Jeśli zaś chodzi o moje dzieci, zawsze im pomagam. Jestem opiekuńcza. Ale nie nadopiekuńcza. I już zawsze tak będzie. Już zawsze będę rozkładać nad nimi swoje matczyne ramiona. Do końca swoich dni. Wprawdzie zdaję sobie sprawę, że moje możliwości będą się starzeć wraz ze mną, ale jestem pewna, że tak długo, jak będę mogła, będę im pomocna... A potem...? A potem, to już tylko one mnie.


13 sierpnia 2010 roku


czwartek, 6 lutego 2020

112 SOS Alarm

Niedawno po raz pierwszy w życiu miałam okazję zadzwonić na numer alarmowy 112. Był poniedziałek, swoim zwyczajem z samego rana wybrałam się na kijki do lasu. Kiedy na parkingu na szczycie góry wysiadłam z auta, zobaczyłam, że wszędzie pełno śniegu i mgła choć oko wykol. Pomaszerowałam więc odśnieżoną dróżką wzdłuż skraju lasu.




Pokonywałam akurat jakiś 6 kilometr i zbliżałam się do gospody znajdującej się pod lasem. Wtedy nagle usłyszałam przeciągłe i głośne ujadanie psów. Zdziwiło mnie to bardzo, ponieważ takie szczekanie psów to tu rzadkość. Bezpańskich psów nie ma tu w ogóle. Wszystkie psy mają swoich właścicieli, a żaden właściciel nie dopuszcza do tego, aby jego pies czy psy robiły takie larum. Zwłaszcza tak długo. A te psy, które słyszałam w oddali, ujadały i ujadały, i to jakoś tak żałośnie. Postanowiłam podejść bliżej gospody, aby zobaczyć co tam się dzieje. Wiedziałam, że gospoda o tej porze jest nieczynna. Kiedy się do niej zbliżyłam, na niewielkim placu zabaw, tuż obok gospody, zobaczyłam trzy wilczury, jeden leżał na śniegu, a dwa stały nad nim i szczekały wniebogłosy. Usłyszałam też szczekanie jeszcze jednego psa, ale gdzieś z głębi lasu. Zdębiałam! Nie wiedziałam, co mam robić. Dookoła nie było żywej duszy. Ludzkiej duszy. Oczywiście oprócz mojej, strwożonej już nie na żarty. Wprawdzie nie mam lęku przed psami, bo jestem „psią mamą” od zawsze, ale trzy wilczury i czwarty gdzieś tam, to trochę za dużo jak dla mnie w tych okolicznościach. Postałam tak z dobry kwadrans z nadzieją, że może coś się zmieni, że może właściciel tych psów się pojawi albo że psy same z siebie przestaną szczekać, ale nie, psy szczekały nadal i jeszcze bardziej donośnie. Niewiele już myśląc, postanowiłam użyć telefon komórkowy i zadzwonić na numer alarmowy — 112. Tak też uczyniłam. W końcu po to on jest. Odebrał miły głos męski. Przedstawiłam sprawę co i jak, i kiedy skończyłam nadawać, męski głos zaczął mnie dopytywać jak się nazywam, gdzie teraz jestem, i co widzę dookoła. Podałam grzecznie swoje nazwisko i zgodnie z prawdą powiedziałam, że stoję jakieś 50 m od tego miejsca gdzie są te psy i że żadnego człowieka do tej pory nie widziałam, ani po drodze ani w tym miejscu gdzie stoję. Męski głos poprosił mnie wtedy, żebym jeszcze na moment poczekała. No to czekałam. Po krótkiej chwili w słuchawce usłyszałam:
OK., mamy panią, dziękujemy, już jedziemy! 
— Pewnie przez satelitę namierzyli mnie, a właściwie moją komórkę — pomyślałam i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku ruszyłam w drogę powrotną.
Kiedy dochodziłam już do swojego auta, usłyszałam nadlatujący helikopter. Choć mgła nadal była gęsta jak mleko, wnet go też zobaczyłam między gałęziami drzew. Leciał nisko i kierował się w stronę gospody.



Do dziś nie wiem, co się tam właściwie stało. Dowiem się pewnie z naszej lokalnej gazety. Pewnie w kronice policyjnej napiszą, tak jak napisali o śmierci mojego sąsiada z domu z naprzeciwka, którego zwłoki wybawiłam od zupełnego rozkładu*. Ale wtedy dzwoniłam z domu, telefonem stacjonarnym, toteż od razu wiedziałam, co się stało. Policja poinformowała mnie osobiście i podziękowała za czujność i reakcję.

* link do tej historii: "Jak dobrze mieć sąsiada"

poniedziałek, 28 października 2019

Gorączka sobotniej nocy. Zabawa gimnazjalistów

Niedziela. Wczesnym rankiem wybyłam z psem na spacer. Tym razem postanowiłam pójść w zupełnie inne miejsce niż zwykle. Wychodziłam akurat z miasta, ale musiałam przejść jeszcze wzdłuż ogromnych i rozległych zabudowań Gimnazjum. Szłam sobie zadowolona, pogwizdując co chwilę na biegającego Aramisa, gdy nagle spostrzegłam, że on stanął jak wryty naprzeciw rowerowni szkoły i coś wietrzy. Natychmiast do niego podbiegłam. Jakie było moje zaskoczenie, bardzo niemiłe zaskoczenie, kiedy popatrzyłam w to miejsce, które mi wystawił. Oczom moim ukazał się okropny widok.


Coś takiego, jakaś smarkateria urządziła sobie tutaj libację! — fuknęłam sama do siebie z wielką odrazą. Smarkacze wiedzieli, gdzie się schować. Miejsce to jest zupełnie oddalone od ulicy i ludzkich spojrzeń, a do tego jeszcze zadaszone i z ławeczkami.
Rany, co za zastaw! — fuknęłam znów do siebie, przypatrując się rozstawionym na ławce rzeczom. A były to: dwa sześciopaki piwa, dwa nektary wiśniowe, dwie Tequile, butelka likieru czekoladowego i wódka Gorbaczówka, i to dwie duże flaszki.
Całe szczęście, że tym kilku młodzikom (naliczyłam pięć kubeczków) nie udało się „zabawić” do końca, bo, sądząc po tym zestawie, straszliwe męki by cierpieli. A że nie zabawili się do końca, widać było po zawartościach wszystkich butelek. Ledwo były nadpite. Pewnie ktoś ich musiał jednak spłoszyć. I to skutecznie… i bardzo dobrze! Smarkacze jedne! 
Widać, że wszędzie młodzież ma głupie pomysły, bez względu na kraj i nacje. Ale żeby serwować sobie aż tak zabójczą mieszankę?! Tym razem, na szczęście, ktoś dorosły w porę zareagował i przerwał młodym zabawę. Chwała mu za to!
Wniosek nasuwa się jeden. Dorośli dla dobra dzieci powinni mieć oczy stale szeroko otwarte. Powinni widzieć ponadto oczami wyobraźni. Powinni myśleć, analizować, przewidywać i... w porę zapobiegać.


No, drodzy Gimnazjaliści, przesadziliście. I to zdrowo! A właściwie chcieliście zdrowo przesadzić. Na szczęście nie udało się i oszczędziliście zdrowie. Nie róbcie takich rzeczy. Nie warto się tak truć… Pewnie nawet nie wiecie, że temu komuś, kto przerwał wam waszą libacyjkę, powinniście wdzięczni być. Bo kto wie, jakby się ona skończyła. Z pewnością bardzo źle. I pamiętajcie: Big Brother is watching!