niedziela, 24 maja 2026

Wszyscy widzą problem rządu, nikt nie wymusza zmiany

O złej komunikacji rządu mówi się od miesięcy, jakby była to oczywistość, nad którą nie trzeba się już pochylać. Wszyscy ją widzą, wszyscy ją komentują — i na tym się kończy. A przecież to nie jest tylko problem „przekazu”, ale realna polityczna słabość, która wpływa na nastroje społeczne i decyzje wyborcze. Najbardziej uderza jednak coś innego: że ci, którzy tę słabość najgłośniej opisują, nie robią nic, by ją zatrzymać. I udają, że to nie ich gra.



Nie rozumiem jednej rzeczy, która wraca w dyskusjach jak bumerang. Wszyscy „świadomi” dziennikarze mówią o fatalnej komunikacji rządu, o nieumiejętności przedstawiania własnych działań i o tym, że społeczeństwo — rzekomo mało uważne i nastawione wyłącznie na konsumpcję — nie dostrzega sukcesów władzy.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby na diagnozie się nie kończyło. Bo na tym właśnie się kończy.

Dużo słów, komentarzy, analiz, a w praktyce brak jakiejkolwiek realnej presji czy zorganizowanego działania, które mogłoby wymusić zmianę tej komunikacyjnej nieporadności. Jakby temat był jedynie intelektualnym ćwiczeniem, a nie kwestią, która realnie wpływa na przyszłość całego kraju.

A przecież ta przyszłość dotyczy również środowisk medialnych. To nie jest obserwacja z zewnątrz, tylko gra, w której stawką jest także ich własna pozycja i bezpieczeństwo. 

Udawanie, że wynik wyborów ich nie dotyczy, jest albo naiwnością, albo wygodnym dystansem, który łatwo utrzymać, dopóki nie przyjdą konsekwencje.

Nie chciałabym być w ich sytuacji, jeśli PiS ponownie wróci do władzy. Bo wtedy refleksje — jeśli w ogóle się pojawią — będą już spóźnione.

Dlatego to moment, który wymaga czegoś więcej niż komentarzy. Jeśli ta bierność się utrzyma, skutki nie będą abstrakcyjne. Będą bardzo konkretne.