piątek, 29 maja 2026

Koty w kadrze, chaos w sercu psiary

Jestem psiarą — z krwi, kości i przekonania. Do kotów podchodzę z rezerwą, żeby nie powiedzieć: z lekkim dystansem emocjonalnym. Przyznaję to bez bicia. Toleruję je jednak, a gdy sytuacja tego wymaga — niosę pomoc, niczym nieetatowa straż pożarna od spraw futrzastych.

Bo ile ja już kotów, wrzeszczących wniebogłosy niczym operowe divy w kryzysie egzystencjalnym, pozdejmowałam z drzew — tego nie zliczy nikt. Nawet ja. A próbowałam.



Nie mam pojęcia, co mnie dziś na koty naszło. Kalendarz milczy — Dzień Kota minął już dawno, bez echa i bez mojego udziału. A jednak los postanowił zadrwić.

Spotkałam go na polanie. W samym środku lasu, tam, gdzie nawet rozsądek mówi „zawróć”.

Z daleka wyglądał jak lis — zresztą całkiem niedawno widziałam tam jednego. Już prawie cieszyłam się na powtórkę z leśnej egzotyki, już ustawiałam kadr, już w myślach podpisywałam zdjęcie… a tu proszę. Kot.



Kot, który najwyraźniej miał własne plany, własne ścieżki i zupełnie inne pojęcie o tym, gdzie powinien być.

Co robił tak daleko od domu? Tego nie wie nikt. I być może lepiej nie wiedzieć. W końcu mówimy o kotach — istotach, które od wieków robią rzeczy bez powodu, bez planu i bez potrzeby tłumaczenia się komukolwiek.

I chyba właśnie za to… trochę je szanuję.