Choć u nas deszcz padał niemal bez wytchnienia aż do zeszłego tygodnia, kalina w moim ogrodzie rozkwitła jakby wbrew pogodzie — obrodziła śnieżnymi kulami, lekkimi jak cisza poranka.
Jej krzewy spotyka się w wielu przydomowych ogrodach i trudno się temu dziwić, bo mają w sobie coś niezwykle dekoracyjnego. Także jej liście jesienią potrafią oczarować — wtedy płoną szkarłatną purpurą, jakby dogasało w nich letnie światło.
Kalina nie owocuje w sposób, w jaki zwykliśmy myśleć o owocach, ale nie potrzebuje tego, by istnieć pełnią uroku. Jest mrozoodporna i każdej wiosny powraca, rodząc swoje bajecznie piękne kwiaty.
Lubię kalinę. Ma wiele odmian, lecz najbardziej urzeka mnie kalina koralowa — ta o białych, puszystych kwiatostanach przypominających małe, świetliste pompony.
Każdej wiosny wpatruję się w jej ogromny krzew, czekając na moment, w którym nagle się odmienia. I za każdym razem dzieje się to tak samo: jeszcze wczoraj nie było nic, a dziś już są one — jakby majowa noc dotknęła gałązek i obudziła w nich biel.
Gdzieś czytałam, że w niektórych regionach Polski sadzono ją na grobach młodych ludzi. Nie wolno było jej wąchać, bo miało to grozić utratą węchu. Zniszczenie jej krzewu uważano za czyn niemal świętokradczy.
Kalina zajmuje szczególne miejsce w tradycji Słowian. Obok róży jest jednym z najczęściej powracających kwiatów w literaturze i muzyce — jakby od wieków domagała się, by ją opowiadać i śpiewać. A może raczej sama to robi, tylko przez ludzi.
Bo „kalinka” („Калинка, калинка, калинка моя! В саду ягода малинка, малинка моя!”) dawno już przestała być tylko pieśnią jednego narodu. Wędruje po świecie, tańczy i rozbrzmiewa w różnych językach i rytmach.
Jedną z takich odsłon znalazłam na YouTube: Kalinka – YouTube

