środa, 20 maja 2026

Szept majowej trawy

W majowej trawie coś nieustannie się porusza, jakby ziemia oddychała zielonym oddechem. Słychać tam drobne życia – nie hałaśliwe, lecz uparte w swoim istnieniu, rozsiane między źdźbłami, między światłem a cieniem.

Zwierzęta nie biegną już, lecz płyną przez tę przestrzeń jak przez miękki sen wiosny. Każdy ich ruch zdaje się częścią większej ciszy, która nie jest pustką, lecz pełnią.

Rośliny rozchylają się ku słońcu bez pośpiechu, jakby znały jego rytm od zawsze i nie musiały go rozumieć.

Powietrze pachnie wilgocią i światłem, i czymś jeszcze – czymś, co wymyka się nazwom, a jednak zostaje na skórze jak wspomnienie.

Łąka nie kończy się na horyzoncie, tylko przechodzi dalej, w coraz subtelniejsze odcienie zieleni i złota.

A kto wejdzie w nią boso, temu ziemia odpowiada cicho, jakby mówiła językiem starszym niż słowa.

Łąki i polany nie zapraszają głośno. One po prostu są – i cierpliwie czekają, aż ktoś je usłyszy.