Zapach lilaków wraca do mnie każdej wiosny jak ciche wspomnienie — miękki, słodki, trochę jak szept, którego nie da się do końca uchwycić. Te same lilaki, które na co dzień nazywamy bzami, rozkwitają u nas później, jakby chciały przedłużyć oczekiwanie, napiąć chwilę do granic.
A potem nagle są wszędzie. Rozlewają się po ogrodach i ulicach, wypełniają powietrze niewidzialną obecnością. Ich zapach nie tyle unosi się wokół, co przenika wszystko — osiada na skórze, wplątuje się we włosy, zostaje w myślach.
Mam dwa krzewy tuż przy domu. Dwa ciche źródła wiosny, które oddychają zapachem od świtu do zmierzchu. Budzę się w nim, jakby noc była nim przesiąknięta, i zasypiam, jakby kołysał mnie do snu niewidzialny ogród.
Ech… wiosna. Nie przychodzi — ona powoli w nas zakwita.
