Tegoroczna wiosna obeszła się z jabłoniami zaskakująco surowo. Ich kwitnienie było krótkie, niemal przelotne — jakby natura tylko na chwilę uchyliła drzwi do swojego najpiękniejszego spektaklu, by zaraz je zamknąć. Szkoda…
Bo przecież w sprzyjających latach jabłonie rozkwitają z rozmachem, okrywając się delikatnymi płatkami niczym lekką, pachnącą kurtyną. Przez długie tygodnie trwają wtedy w swoim cichym zachwycie, rozświetlając ogród i przyciągając spojrzenia.
Tym razem jednak wiosna nie była łaskawa. Powracające mrozy i nagłe śnieżyce, niesione porywistym wiatrem, strąciły kruche kwiaty niemal natychmiast, jakby ktoś przerwał ich opowieść w połowie zdania.
Patrzyłam na to z żalem. Mam w ogrodzie cztery jabłonie i każdej wiosny czekam na ich rozkwit jak na coś szczególnego, niemal osobistego. Lubię zatrzymać się przy nich na chwilę, w ciszy, i chłonąć ich ulotne piękno.
W tym roku nie było mi to dane. Jedynie jedna z nich, ta rosnąca nieco wyżej, na wzgórzu, osłonięta nieco dużymi drzewami leszczyny, zdołała na krótko oprzeć się kaprysom pogody — jakby chciała ocalić choć odrobinę tej wiosennej magii.
