niedziela, 14 lutego 2021

Kałuże skute lodem przyciągają spojrzenia

W zimie kałuże zmieniają nie tylko swój wygląd, zmieniają także swoją moc. Często ją potęgując. Wiedzą o tym jedynie osoby o dużej wrażliwości i wyobraźni. Także czują ją, i to za każdym na nie spojrzeniem... Lecz tylko wtedy, kiedy są zrelaksowane i nastawione na magiczne przeżycia.

 


Niektóre kałuże

Skrywają sekrety.

Ich tajemne moce

To żadne też bzdety.


Moc w nich tajemnic

I bajek zaklętych...

Możesz je poznać,

Gdy nie jesteś spięty.

 

   


Z cyklu: "Fotofantasmagorie"


Listy przyjaciółek, Maryni & Nastki (8). Pół żartem, pół serio


Witaj złotojesienną porą, Nastka!

Och, jakże piękny dzień był u nas dzisiaj. Polska Złota Jesień. Taka prawdziwa. Cudowny to czas. Zewsząd roznosi się wspaniały zapach palonych liści. Uwielbiam go. Sama u siebie pod domem też zrobiłam małe ognisko. Jeszcze teraz w całym domu czuję tę przyjemną woń.

Na rusztowaniach wyraźne postępy. Czterech chłopów uwija się jak w ukropie. Nie to, że chcą mi zrobić przyjemność i jak najszybciej zakończyć remont mojego domu, ale ponoć dostali jakieś bardzo intratne zlecenie i śpieszno im przejść do nowego zleceniodawcy. To i dobrze. Przynajmniej szybciej będę miała ich z głowy. A i Kazan zazna wreszcie spokoju, bo też nieco nerwowy stał się biedaczek przez te ich całodzienne hałasy.

Z politykowaniem koniec, ale muszę Ci jeszcze podziękować za Twój świetny wiersz satyryczny. Uśmiałam się zdrowo. Jestem pod wrażeniem, że tak trafnie ujęłaś w nim wszystkie ówczesne wydarzenia polityczne. Hihihi…! Dobra jesteś. Tyle lat żyjesz na obczyźnie, a więcej wiesz, co się u nas dzieje niż niejeden Polak w kraju.

Za pocieszenie z serca Ci dziękuję. Pomogło! Od razu jest mi lżej znosić stan słomianej wdowy. Mówię serio! Jak Bron wróci, to ja się już za niego wezmę, żeby żadne takie fanaberie do głowy mu więcej nie przychodziły. Bo jakżeby inaczej nazwać tę jego wyprawę na wojnę nikomu oprócz polityków niepotrzebną? Choć tak po prawdzie, przyznać Ci się muszę, iż uważam, że to w pewnym sensie wielka odwaga pchać się tam. Nieważne już jaki to jest konflikt zbrojny i czyj. Każdy jest okropny i wymaga ogromnej odwagi ludzi biorących w nim udział. Ale żeby moje Bronisko za wiele sobie nie pomyślało, to mu nawet o tym nie wspomnę… A nuż rolę bohatera będzie chciał częściej odgrywać? Chłopa trzeba umieć sobie utemperować. Krótko za mordziuchnę trzymać, broń Boże za wiele nie chwalić. Pochwały dozować.

Ty, Nastka, a tak w ogóle, to skąd Ty tyle wiesz o facetach, skoro od lat żadne portki Ci się po domu nie pałętają?... Hihihi! A mojego Brona przecież nie znasz. Czyżbyś studiowała „Instrukcję obsługi faceta”? Jak opowiedziałam mojej sąsiadce Urszulce, co mi napisałaś w kwestii mojego stanu słomianej wdowy, była zachwycona. Bo musisz wiedzieć, że ją też czeka za niedługo taki sam stan, ponieważ jej mąż wyjeżdża ze swojej firmy na półroczny kontrakt do Belgii.

Poza tym, na poletku życiem mym uprawianym (och, jakże pięknie nazwałaś moje życie!) wszystko rośnie jak najlepiej i dojrzewa. Zdrówko dopisuje. Praca wre… i w przychodni, i na rusztowaniach. I zawsze znajduję też czas, by choć wieczorem z dwie godzinki przynajmniej pobiegać z Kazanem. Z rana nie zawsze mam czas na dłuższe uganianie się po lesie. Ale wczoraj czas sobie znalazłam (w poniedziałek praktykę otwieram dopiero o 14-tej). Specjalnie wstałam o 6-tej i powędrowałam z koszem i Kazanem w głąb lasu. Zamarzyło mi się grzybobranie. Chciałam nasuszyć sobie trochę grzybków, a i trochę zamarynować. Wiesz, moją twórczość kulinarną nadal rozwijam… Hihihi! Specjalnie dla Brona. Na jego przywitanie pragnę go zaskoczyć moimi (nieznanymi mu do tej pory) zdolnościami kulinarnymi. A przecież takie leśne grzybki wielu potrawom nadają szczególny smak. No i wyobraź sobie, że choć w porannym lesie unosił się dookoła zapach grzybni, moje marzenie spaliło na panewce. Kompletnie żadnych grzybów nie znalazłam. Jedynie takie:


 

No ale takimi grzybkami przecież Brona nie przywitam… Hihihi! Dobre ci one na pożegnanie, nie na przywitanie. Ale że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, przynajmniej nawdychałam się porządnej dawki świeżego powietrza i wróciłam do domu, wprawdzie z pustym koszem (chociaż nie, trochę pięknych szyszek w nim było), lecz za to jak nowonarodzona. Lekka, zwiewna… i miła w dotyku. Cholewcia, gdzie ten Bron?

Cały dzień minął mi bardzo miło. Lekko, zwiewnie. Jest już późny wieczór, leżę w łóżku i dalej jestem lekka, zwiewna i… ach, nie będę nawet kończyć, bo się jeszcze rozkleję. Albo co?... Ech, lepiej zapomnę, żem dorosła kobieta i pożegnam się z Tobą jako malutka dziewczynka:

Aaaa… śpij Nastulko… Aaaa!

Zamruczały kotki dwa:

Cicho, cicho, cicho sza!

Śpij nocką spokojnie... każdego dnia.

  

Dobranoc, Nastuś! Maryna

***

Witam, Maryniu, i też złotojesiennie!

A w górach już jesień, królestwo niczyje, a w górach już jesień, i kruche motyle…”. A ja w górach mieszkam i góralką Hanką jestem, więc dobrze wiem jak cudownie wygląda jesień. Łażę sobie po nich i co rusz deklamuję słowa tej piosenki. Nie śpiewam. Nie mogę. Nie chcę mieć zwierzyny na sumieniu... Hihihi! W wieku młodzieńczym jakowąś mutację głosu przeszłam i od tej pory mój śpiew do skrzeku jest podobny. Żałuję, bo bardzo lubię śpiewać… No cóż, pozostało mi jedynie śpiewanie w myślach. Co za pech! I pomyśleć, że jako dziecko byłam pierwszą solistką na wszystkich akademiach w mieście. Sama nie wiem, czemu Ci o tym piszę. Pewnie ta cudowna aura złotojesienna tak mnie do śpiewu nastroiła… Hihihi! No to sobie przynajmniej podeklamuję troszeczkę. A co?! Ciągle mam w pamięci słowa wielu polskich piosenek z tamtych lat.



Nie sposób oprzeć się temu jesiennemu pięknu w górach. To zdjątko zrobiłam specjalnie dla Ciebie na szczycie najwyższej u nas góry.

Tak, Maryniu, pamiętam doskonale te cudowne, pachnące ogniska w Polsce. Uwielbiałam je. A wyobraź sobie, że tu palić ni jak nie można. Niechbym no tylko spróbowała, a piękną złotą jesień przez kraty Gefängnis będę oglądać. Oczywiście żartuję, ale prawdą jest, że tu rzeczywiście nic nie wolno samemu palić. Bez względu na porę roku, czy tradycje. Niemcy to naród zdyscyplinowany, trzymający się prawa jak rzep psiego ogona i jakiekolwiek jego naruszenie grozi karą. I nie ma zmiłuj!... Tak jak w Polsce, gdzie ciągle jeszcze różne przepisy można pięknym łukiem obchodzić.

A nie, Maryniu, doświadczonam ci ja, że ho, ho! A może i więcej. Zdążyłam przecie doświadczyć tego szczęścia w porciętach. I wiem też, co w „Instrukcji obsługi faceta” stoi napisane. Z wrodzonej ciekawości i żądzy wiedzy (wszelakiej) nieraz do niej zaglądałam. Dlatego też, kierując się swoim różnorako nabytym doświadczeniem, jeno obcych facetów chwalę. Zwłaszcza szefów, jak mi się już jakiś gdzieś napatoczy. Bo tak po prawdzie, to ja sama sobie szefem od lat. Jak u Ciebie zawitam, Twojemu Bronowi również komplementów szczędzić nie będę. A niech się chłopina cieszy. Będę kimś w jego oczach. A co? Lubię być lubiana. A Ty później temperuj go sobie na swój własny użytek według wspomnianej instrukcji… Hihihi! Będziesz miała zajęcie. Dobra jestem, nie?

Co do grzybków, to też je bardzo lubię. Ale od kiedy wyszłam z domu rodzinnego, grzybobraniem się nie param. Z prostej przyczyny. Za czorta nie znam się na grzybach. Jako małolata zawsze tuptałam na grzybki do lasu ze swoją Mamuśką. Ona doskonale zna się na grzybach, i dzięki jej wiedzy, żadnych trujaków do domu nie przynosiłyśmy. Na to wygląda, skoro żyjemy. A ja znam się jedynie na takich grzybkach:

   

Fajniutkie, nieprawdaż? Jedną hubulkę nawet sobie finką wycięłam i przytargałam do domu. Z sentymentu. W dzieciństwie zawsze miałam ich pełno w swoim pokoju. Robiłam z nich różne ozdoby.

To tyle na dzień dzisiejszy, moja kochana. Trzymaj się zdrowo i wesoło. No i pisz, pisz, bo z utęsknieniem czekam na każdy Twój liścik. Ściskam Cię mocno bardzo i buziam w obydwa poliki… cmok! cmok! Nastka


PS

Aha! A co Ty do mnie z kotkami wyskakujesz? Przecież wiesz, że za kotkami-leniwcami akurat nie przepadam. Kotki są dobre dla ludzi-kanapowców… Jam człowiek-energia. Do mnie jak już, to z pieskami trzeba. I to lepiej budzić, niż usypiać, bo też spanie akurat za zło konieczne uważam. A budzić mnie na ten przykład można tak:

Żadne już aaaa, aaaaa…!

Zaszczekały pieski dwa.

Na jogging po lesie już pora,

Fauna czeka i pachnąca flora!

 

2009

 Z cyklu: „Teksty epistolarne”

 

piątek, 12 lutego 2021

Jeśli się ma dość bieli

Choć bardzo lubię podziwiać zimowe, białe krajobrazy, czasami jednak mam już dość tej wszechobecnej bieli. Wtedy z wielką przyjemnością przeglądam swój przyrodniczy album i przemalowuję nieco swój świat, zabawiając się kolorami.

To bardzo fajna, relaksująca zabawa. Polecam. A jak jeszcze się ma bujną wyobraźnię to radocha wręcz niesamowita. Wystarczy parę ciekawych zdjęć... i do dzieła!

 





Wyobraźnia nie zna granic i jest ściśle związana z kreatywnością — jakże dziś chwalebną i odmienianą przez wszystkie przypadki.

 

Z cyklu: "Fotofantasmagorie"


Masz alergię na psa, a chciałbyś go mieć?

Jeśli kochasz psy, a ich sierść cię uczula, to wcale nie znaczy, że żadnego psa mieć nie możesz. Jest to już możliwe W ostatnich latach pojawiły się hodowle psów hipoalergicznych, przyjaznych alergikom.

Osoby, które kochają psy z pewnością nieraz poszukiwały odpowiedniej rasy dla swoich alergenów. Alergia wcale nie musi przecież oznaczać rozstania się z myślą o zakupie psa. Istnieją już psy, których hodowcy zapewniają, iż nie wywołują uczuleń. Odpowiednimi psami dla alergików są m.in. Yorki, West Teriery, psy albinosy, np. Golden Retriever. Okazuje się jednak, że nie dla wszystkich alergików są one przyjazne. Niektórych mimo wszystko uczulają.

Jest już jednak nowa rasa psów, których hodowla rozpoczęła się w Australii w 1988 roku i jest odpowiedzią na pojawiające się zapotrzebowanie na psy hipoalergiczne. Rasę tych psów nazwano: Labradoodle. Powstała ona ze skrzyżowania labradora z pudlem.

Psy tej hybrydowej rasy są wręcz wymarzonymi psami dla alergików. Nie tylko nie uczulają (mają włosy, nie sierść), ale są też bardzo mądre. Umieją i lubią współpracować z ludźmi. Są bardzo radosne i zabawne. Swoimi zabawami potrafią rozśmieszyć największego nawet ponuraka. Doskonale też wyczuwają moment, kiedy mają stać się czujnym i opiekuńczym psem.


 

Mają piękne atletyczne ciało, duże oczy, zwisające uszy oraz, co bardzo ważne, nie linieją. Polecane są jako psy dla rodziny.

Doskonale także dotrzymają towarzystwa osobie samotnej. Są bardzo żywotne oraz posłuszne. Mają niewielkie tendencje do agresji, czy szczekania, są delikatne w podejściu do dzieci i innych zwierząt. Osiągają bardzo wysokie wyniki w treningach posłuszeństwa. Są też bardzo dobrymi przewodnikami dla osób niewidomych.

Labradoodle stają się coraz bardziej popularną rasą w Europie. Też i w Polsce rośnie nią zainteresowanie. Z tego co wiem, w kraju jest już kilka hodowli tych psów. Największa na Śląsku.

Kiedy piszę ten tekst, tuż obok mojego biurka leży nasz rodzinny pies — Labradoodle. W mojej rodzinie jedna z wnuczek miała uczulenie na psią sierść, ale przeszła test z psem tej rasy i wynik okazał się być negatywny. Żadnego uczulenia. To wielka radość dla nas, bo bardzo kochamy psy.

 

 


środa, 10 lutego 2021

Czym jest teatr jednego aktora, a czym jednego widza?

Teatr jednego aktora to twarda walka o widza i przetrwanie na scenie. Zaś teatr jednego widza to prowokacyjna gra i do tego stopnia ryzykowna, że w pewnym momencie aktorowi może się wymknąć spod kontroli i spowodować, że widz może mieć jej nagle dość... puknąć się w czoło i odejść.


Teatr jednego aktora i jednego widza — dla dorosłych.

 

Teatr jednego aktora i jednego widza — dla dzieci.


Z cyklu: „Pół żartem, pół serio”


Pomniki, pomniczki, pomnikomania... (czyja?)

Oglądanie pomników zasłużonych ludzi jest interesujące i bardzo pouczające. Ale oglądanie takich pomników, co to oko nacieszą, z czymś się skojarzą i pozytywnie nastroją, to dopiero fajna rzecz. Takich jak na przykład ten znad Jeziora Bodeńskiego, wiele mówiący i przede wszystkim bardzo budujący. 

 

 

Po tej polskiej, a właściwie pisowskiej pomnikomanii, a także zapowiedzi prezesa, że będą ozdabiać Polskę jego bratem Lechem jeszcze więcej, tym bardziej chce się spoglądać na rzeźby przynoszące miłe skojarzenia. W Polsce jest ich niewiele, ale na szczęście są.

Po tragedii smoleńskiej nietrudno było to sobie wyobrazić, że jak tylko PiS dorwie się do władzy, to pomników Lecha będzie w Polsce tyle, ile Lenina za czasów komuny. Ale że jego pomnik naczelny bufon wraz z podległą sobie pisowską bufonadą postawią w sąsiedztwie Naczelnika Piłsudskiego, i to o jeszcze większych gabarytach, tego się pewnie nikt nie spodziewał.

Domyślam się, że pisowskim zwolennikom ten pomnik się podoba, ale to tylko 1/3 Polaków. A reszta? Co na to reszta Polaków? Reszcie się nie podoba, tym bardziej że stoi tam też i bezprawnie.

Niektórzy szydzą wręcz, że to pomnik uniwersalny: i Lecha i Jarosława jednocześnie. Świadczy o tym brak obrączki na palcu i pieprzyka na twarzy tegoż. Żarty żartami, ale wielu też uważa, że Lechowi wielką krzywdę pisowcy wyrządzili tym pomnikiem. Także i innymi pomnikami, które w wielu miejscowościach stoją już od dawna... Co będzie dalej? Ile ich jeszcze „w glorii i chwale” stanie? Czas pokaże.

14 listopada 2018


Ten sprzed przeszło dwóch lat tekst przypomniał mi się dzisiaj, kiedy w TVP Info (a jakże!) oglądałam fragmenty kolejnej miesięcznicy pod pomnikiem Lecha Kaczyńskiego. Jakże uroczystej, mimo pandemii, jakże pompatycznej, mimo nie aż tak wielkich zasług opomnikowanego.

W dalszym ciągu uważam, że stawianie pomników znanym, zasłużonym postaciom jest OK., bo jest to potrzebne dla potomnych. Jednak powinno to następować dopiero wiele lat po ich śmierci, kiedy historia już ich należycie zweryfikuje. Po to tylko, aby się nagle nie okazało, że postawiono pomnik jakiemuś złemu człowiekowi, wręcz przestępcy (przykład pomnika ks. Henryka Jankowskiego). Żeby się nie okazało, że postawiono liczne pomniki niezbyt zasłużonej postaci, albo wręcz niegodnej dla historii Polski aż tak wielkiego wyniesienia... Żeby się nie okazało, że po upadku władzy PiS — pomniki Lecha Kaczyńskiego Polacy z hukiem będą z przestrzeni publicznej usuwać.


poniedziałek, 8 lutego 2021

Piłkę nożną w Polsce kocha się od zawsze

To prawda, a zainteresowanie nią rośnie w okresie Mistrzostw Europy i Mistrzostw Świata (Mundialu). I wtedy kocha się ją jeszcze bardziej Bo też piłka nożna jest bardzo widowiskowym sportem. Jakie były jej początki?

Matką dzisiejszej piłki nożnej jest Anglia. Już w połowie XIX wieku organizowano tam pierwsze rozgrywki. Tam też, jak mówi historia, po raz pierwszy spisano przepisy gry w piłkę nożną. W Polsce zaczęto w nią grywać niewiele później, bo już w połowie lat 80-tych XIX wieku, pod zaborami. W pierwszym dziesięcioleciu XX wieku zaczęły powstawać już pierwsze kluby piłkarskie. Dyscyplina ta najprężniej rozwijała na terenach zaboru austriackiego. Najstarszy polski klub piłkarski powstał właśnie we Lwowie w 1903 roku i nosił nazwę Lechia Lwów.

W okresie międzywojennym piłka nożna stawała się dominującą dyscypliną sportową w wielu polskich miastach i wsiach. Zaraz po wojnie ożyła na nowo.

Na Ziemiach Odzyskanych równolegle z organizacją życia gospodarczego, społecznego, kulturalnego i politycznego rozpoczęto organizowanie sportu, zakładano kluby sportowe. I choć społeczeństwo tam było bardzo zróżnicowane, bo też składało się z Polaków pochodzących z różnych regionów kraju i odmiennych środowisk, to jednak wszyscy razem z wielkim zaangażowaniem działali na rzecz piłkarskich klubów sportowych.

Początki działalności klubów nie były łatwe. Brakowało wszystkiego, a na pomoc władz i instytucji państwowych nie można było liczyć, gdyż zajmowały się ważniejszymi sprawami — usuwaniem skutków wojny. Piłkarskie kluby sportowe radziły sobie w większości same. Organizowały środki finansowe, sprzęt i transport. Czasami był to traktor z ławeczkami ustawionymi na przyczepie, czasami samochód ciężarowy, czasami rowery, a czasami tylko własne nogi. Jednak mimo tych ogromnych trudności, piłkarzy tamtego okresu cechował wielki zapał i niebywałe poświęcenie, mogące służyć nam dzisiaj jako piękny przykład do naśladowania. 

 



Zdjęcia pochodzą z albumu piłkarskiego mojego Ojca, z roku 1946/47. Drużyna piłkarska była Jego dumą. Przez wiele lat był piłkarzem, kapitanem. Po latach został prezesem klubu.


***

Pamiętam z dzieciństwa wiele meczów piłki nożnej i moje na nich kibicowanie. Najmocniej utrwaliły mi się te momenty kibicowania, kiedy Ojciec już nie grał, a był prezesem KS. Cóż to była za radocha, kiedy nasi strzelali gole... Bardzo na nie czekałam, bo co gol, to ja fruuuu! w powietrze, tak wysoko podrzucał mnie Tatko w euforii.😁