Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisanie listów pół żartem pół serio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisanie listów pół żartem pół serio. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 marca 2021

Listy przyjaciółek, Maryni & Nastki (9). Pół żartem, pół serio


 

Witam, kochana Nastusiu!

Wybacz mi tak długie milczenie. Tak bardzo byłam ostatnio zajęta, że nawet nie wiem, kiedy tyle czasu minęło od ostatniego mojego listu do Ciebie. Wybaczysz Nastusiu, co? Proszę!

Już Ci wyjaśniam, czym aż tak bardzo zajęta byłam. Że praca, że dom, to normalne, zajęć ogrom, ale ja nie o tym. Otóż zajęta byłam czymś innym, czymś, o czym już dawno zapomniałam, a co dopiero niedawno samo mi się jakoś z nagła przypomniało… Malowanie! Nastusiu moja kochana, wróciłam do malowania! Wyobrażasz to sobie? Ostatni mój obraz popełniłam grubo przed maturą, a teraz, ni stąd, ni zowąd, ochota do malowania wróciła. Żadna tam ze mnie malarka już nie będzie, to pewne, ale najważniejsze, że w malowaniu, czy rysowaniu, znajduję ogromną przyjemność. Ta czynność mnie bardzo wycisza, uspokaja, odpręża, przywraca równowagę, a w rezultacie — dodaje energii. Po każdym takim moim „malnięciu” czegoś tam, czuję się taka rześka, taka silna, że… hihihi!... góry mogłabym przenosić. Nawet Kazan ma korzyść z mojej odnowy, bo jeszcze dłużej brykam z nim po lesie. Podsyłam Ci moje pierwsze dzieło, tylko się ze mnie nie śmiej. Chcę, abyś zerknęła swym wrażliwym okiem i oceniła moje umiejętności, a przy okazji poznała moją sąsiadkę Urszulkę, bo to ona służyła mi za model. Ona w każdym razie jest sobą zachwycona na tym rysunku, bo jak twierdzi, ujęłam jej sporo lat. 

 


Aż sama zaskoczona jestem, że ostatnio tyle różnych muz mnie dopada. A może to jeszcze nie ostatnia?

A z tym komplementowaniem mojego Brona, to Ty Nastusiu nie przesadzaj. Chcesz mi chłopa rozbisurmanić? Się nie zgadzam! Słyszysz?! Chłopa trzeba krótko za mordziuchnę trzymać. Za wiele nie chwalić. No! Opowiedziałam też Urszulce o tym, co mi pisałaś w tej kwestii, i o tym, żeś od lat sama sobie szefem, bo szefów nie trawisz, zwłaszcza w spódnicy. Uśmiała się co niemiara. Ale też zaczęła się nagle zastanawiać nad swoją sytuacją w pracy. No i doszła do wniosku, że w niedalekiej przeszłości popełniła wielki błąd, bo kiedy jej proponowano stanowisko szefa oddziału, zrezygnowała, i teraz ma nad sobą koleżankę jako szefa. Nielubianą koleżankę, która się ciągle nad nią pastwi. Rozmyśla już, jakby tu pozbyć się tego babsztyla i samej zostać szefową. Mówi, że choć to trudna i długa droga, spróbuje. A gdyby to próbowanie szło jej jak po grudzie, to najwyżej wszystkie frustracje nagromadzone w tym czasie odreagowywać będzie w domu na mężu, jak wróci z Belgii. Albo zostanie w domu i zajmie się nicnierobieniem. Oj, narobiłaś tej mojej Urszulce bałaganu w głowie… Oj, narobiłaś. Mnie na szczęście nie, bo też sama sobie jestem szefem już od ponad dwóch lat.

Też żałuję, że muza śpiewacza opuściła Cię w wieku dojrzewania. Z chęcią bym Twojego śpiewu posłuchała, gdy u mnie zawitasz. Ale nie martw się, przecież masz tyle innych talentów. Zaraz, teraz tak sobie myślę… A może Twoja śpiewacza muza jeszcze do Ciebie powróci? Tak jak moja malarska do mnie powróciła.

Nie będę Cię już kotkami usypać, skoro za nimi nie przepadasz. Ale żałuj, bo one są naprawdę milutkie. Uspakajają swoim mruczeniem, ogrzewają, ba, leczą nawet z reumatyzmu… Słyszysz, Nastuś? Lekarz Ci to mówi, choć to bardzo nieprofesjonalne ze strony lekarza… A jednak mówi! No ale skoro nie chcesz, to dzisiejszej nocki niechaj księżyc Ciebie uśpi:

Ach śpij, kochanie, jeśli gwiazdkę z nieba chcesz — dostaniesz.

Czego pragniesz daj mi znać, ja Ci wszystko mogę dać. 

Więc dlaczego nie chcesz spać?

Ach śpij, bo właśnie księżyc ziewa i za chwilę zaśnie.

A gdy rano przyjdzie świt, księżycowi będzie wstyd, że on zasnął a nie Ty!”

Ziewające już buziaczki Ci ślę oraz dobrej nocki życzę! Maryna  

***

A witam, witam, kochana Maryniu!

Już okey. Po dogłębnym przeanalizowaniu Twojej prośby postanowiłam usprawiedliwić Cię przed sobą. Tak że możesz czuć się już usprawiedliwioną… Tylko tym razem, ma się rozumieć!

No, Maryńka, jestem pod wielkim wrażeniem Twojej nowej (choć starej) muzy malarskiej. Fajnie Ci to wychodzi, sądząc po Twojej sąsiadce Urszulce. Piękna z niej kobieta, i pięknie przez Ciebie uwieczniona. Masz talent, maluj więc, rysuj, twórz. Popatrz, a ja sobie nawet nie przypominam, że Ty kiedykolwiek malowałaś. Nigdy wcześniej się nie chwaliłaś. A szkoda, bo jest czym. Czekam niecierpliwie na kolejne Twoje dzieła.

Dobrze, że Twojego dictum w sprawie wychowywania chłopów, Twój osobisty nie słyszy. Przykro by mu było. I może byś nawet po uszach od niego za to oberwała. A co do rozpieszczania go przeze mnie, to wcale się na to zgadzać nie musisz… Ale, że tak powiem, moja Droga, niewiele też w tej materii masz do gadania. Przykro mi. Bo też, nie wiedzieć czemu, chwalenie cudzych mężów to mi jakoś tak od samości przychodzi. Oczywiście żadne to lebiegi być nie mogą, muszą coś sobą prezentować, by na moje chwalenie zasłużyć. Wprawdzie Twojego męża jeszcze nie znam, ale już niemal pewna jestem, że na komplementowanie moje, a jakże, zasługuje. Skąd ta pewność? Ano stąd, że Ciebie znam i wiem, że żadnego melepety za męża byś sobie nie wzięła. No ale cóż, przyjdzie mi poczekać na jego powrót byś mogła się przekonać, jakie są efekty mojego komplementowania. Bo tak chwalić w pustkę, to też mi się nie chce, moja Ty słomiana wdowo. A tak swoją drogą, skoro piszesz, że chłopa trzeba króciutko za mordziuchnę trzymać, to zaczynam się już zastanawiać, czy ta Twoja sąsiadka z boku nie miała przypadkiem racji, mówiąc, że on (no, ten Twój Bron) to tak sam się na tę niebezpieczną wojenkę nie wybrał. Hihihi…! No ale nic, nie chcę wyjść na wścibską, tłumaczyć się więc przede mną nie musisz.

Natomiast tym bałaganem w głowie Twojej sąsiadki Urszulki trochę mnie zmartwiłaś. Moim osobistym podejściem do kwestii szefa w spódnicy nie zamierzałam nikomu w głowie bałaganić. A tym bardziej, do rewolucji w czyimkolwiek życiu doprowadzać. Powiedz Urszulce, że musi ze spokojem i rozsądkiem do sprawy podejść, żeby się w efekcie nie okazało, że nie tylko szefowej się pozbędzie, ale i pracy. I z jej nicnierobienia też w końcu nici mogą wyjść, bo kiedy zbyt mocno będzie odreagowywać swoje frustracje na mężu, walizki jej przed drzwi wystawi i będzie musiała puszki zbierać, albo może nawet i jakąś trakcję elektryczną podprowadzić, by jako taki godziwy poziom życia sobie zapewnić. Niech więc rozważy kwestię bardzo spokojnie. Żeby nie wyszło też na to, że kiedy Ty będziesz chciała wybrać się z nią na spacer, to już jej w domu nie zastaniesz. No i zamiast spacerów po pobliskim lesie, będziesz musiała od mostu do mostu w poszukiwaniu za nią biegać. Tak że wiecie, obie: spokój, rozwaga, mądre działanie, a potem przyjdzie czas na satysfakcję. Amen!

A do kotów to Ty mnie i tak nie przekonasz. Kanapowcem nie jestem i kocie mruczenie wyprowadza mnie z równowagi. Reumatyzmu nie mam. Miałam w dzieciństwie jakieś jego epizody i sauną sobie wyleczyłam. A wiesz, przed laty miałam takiego staruszka sąsiada (Niemca), któremu czasem z serca dobrego pomagałam. (Jego dzieci czasu dla niego nie miały). I kiedyś, kiedy przebierałam mu pościel, doznałam szoku. A wiesz dlaczego? Otóż dlatego, że jego kołdra była cała z kocich skórek. Ty byś musiała mnie wtedy widzieć, w jakim tempie mu tę pościel przebrałam. W kosmicznym. Na bezdechu i ze ściśniętym gardłem. Nie to, że mi było aż tak bardzo tych biednych kociąt żal, na pewno też, ale przede wszystkim dlatego, żeby pawia nie puścić i mu świeżo przebranej pościeli jakowymś szlaczkiem nie przyozdobić. Brrr… jeszcze i teraz, na samą myśl, ślina mi się w buzi zbiera.

No, to tyle na razie wieści z ziemi niemieckiej do polskiej. Bywaj, moja kochana Artystko! Trzymaj się ciepło… i twórz! Nastka

PS

Co się zaś tyczy usypiania mnie, to dobrze żeś od szaroburych odstąpiła. A co do księżyca, to pewna jestem, że z mojego powodu nigdy mu wstyd nie jest. Bo ja, moja droga, usypiam grzecznie, i to od razu, kiedy tylko w mym osobistym wyrku członki ciała wygodnie ułożę. No okey, może nie tak całkiem od razu, bo najpierw rachunek sumienia z dnia mijającego robię, a potem plan na dzień następny. Trwa to może parę minut. Jednak usypiać mnie naprawdę nie trzeba. No ale skoro Ty potrzebujesz usypiania, to Ci zaśpiewam króciutką kołysankę. Chociaż nie, zadeklamuję, bo muza śpiewacza jeszcze do mnie nie powróciła i zamiast Cię uśpić, odwrotny skutek mogłabym osiągnąć… Hihihi! No dobra, już deklamuję:

Śpij, śpij, Maryniu kochana…

Niewiele godzin zostało do rana.

Śpij, śpij, oczęta wreszcie zmruż,

Wszystko wokół śpi, nawet Twój Anioł Stróż.

2009

 Z cyklu: „Teksty epistolarne”


niedziela, 14 lutego 2021

Listy przyjaciółek, Maryni & Nastki (8). Pół żartem, pół serio


Witaj złotojesienną porą, Nastka!

Och, jakże piękny dzień był u nas dzisiaj. Polska Złota Jesień. Taka prawdziwa. Cudowny to czas. Zewsząd roznosi się wspaniały zapach palonych liści. Uwielbiam go. Sama u siebie pod domem też zrobiłam małe ognisko. Jeszcze teraz w całym domu czuję tę przyjemną woń.

Na rusztowaniach wyraźne postępy. Czterech chłopów uwija się jak w ukropie. Nie to, że chcą mi zrobić przyjemność i jak najszybciej zakończyć remont mojego domu, ale ponoć dostali jakieś bardzo intratne zlecenie i śpieszno im przejść do nowego zleceniodawcy. To i dobrze. Przynajmniej szybciej będę miała ich z głowy. A i Kazan zazna wreszcie spokoju, bo też nieco nerwowy stał się biedaczek przez te ich całodzienne hałasy.

Z politykowaniem koniec, ale muszę Ci jeszcze podziękować za Twój świetny wiersz satyryczny. Uśmiałam się zdrowo. Jestem pod wrażeniem, że tak trafnie ujęłaś w nim wszystkie ówczesne wydarzenia polityczne. Hihihi…! Dobra jesteś. Tyle lat żyjesz na obczyźnie, a więcej wiesz, co się u nas dzieje niż niejeden Polak w kraju.

Za pocieszenie z serca Ci dziękuję. Pomogło! Od razu jest mi lżej znosić stan słomianej wdowy. Mówię serio! Jak Bron wróci, to ja się już za niego wezmę, żeby żadne takie fanaberie do głowy mu więcej nie przychodziły. Bo jakżeby inaczej nazwać tę jego wyprawę na wojnę nikomu oprócz polityków niepotrzebną? Choć tak po prawdzie, przyznać Ci się muszę, iż uważam, że to w pewnym sensie wielka odwaga pchać się tam. Nieważne już jaki to jest konflikt zbrojny i czyj. Każdy jest okropny i wymaga ogromnej odwagi ludzi biorących w nim udział. Ale żeby moje Bronisko za wiele sobie nie pomyślało, to mu nawet o tym nie wspomnę… A nuż rolę bohatera będzie chciał częściej odgrywać? Chłopa trzeba umieć sobie utemperować. Krótko za mordziuchnę trzymać, broń Boże za wiele nie chwalić. Pochwały dozować.

Ty, Nastka, a tak w ogóle, to skąd Ty tyle wiesz o facetach, skoro od lat żadne portki Ci się po domu nie pałętają?... Hihihi! A mojego Brona przecież nie znasz. Czyżbyś studiowała „Instrukcję obsługi faceta”? Jak opowiedziałam mojej sąsiadce Urszulce, co mi napisałaś w kwestii mojego stanu słomianej wdowy, była zachwycona. Bo musisz wiedzieć, że ją też czeka za niedługo taki sam stan, ponieważ jej mąż wyjeżdża ze swojej firmy na półroczny kontrakt do Belgii.

Poza tym, na poletku życiem mym uprawianym (och, jakże pięknie nazwałaś moje życie!) wszystko rośnie jak najlepiej i dojrzewa. Zdrówko dopisuje. Praca wre… i w przychodni, i na rusztowaniach. I zawsze znajduję też czas, by choć wieczorem z dwie godzinki przynajmniej pobiegać z Kazanem. Z rana nie zawsze mam czas na dłuższe uganianie się po lesie. Ale wczoraj czas sobie znalazłam (w poniedziałek praktykę otwieram dopiero o 14-tej). Specjalnie wstałam o 6-tej i powędrowałam z koszem i Kazanem w głąb lasu. Zamarzyło mi się grzybobranie. Chciałam nasuszyć sobie trochę grzybków, a i trochę zamarynować. Wiesz, moją twórczość kulinarną nadal rozwijam… Hihihi! Specjalnie dla Brona. Na jego przywitanie pragnę go zaskoczyć moimi (nieznanymi mu do tej pory) zdolnościami kulinarnymi. A przecież takie leśne grzybki wielu potrawom nadają szczególny smak. No i wyobraź sobie, że choć w porannym lesie unosił się dookoła zapach grzybni, moje marzenie spaliło na panewce. Kompletnie żadnych grzybów nie znalazłam. Jedynie takie:


 

No ale takimi grzybkami przecież Brona nie przywitam… Hihihi! Dobre ci one na pożegnanie, nie na przywitanie. Ale że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, przynajmniej nawdychałam się porządnej dawki świeżego powietrza i wróciłam do domu, wprawdzie z pustym koszem (chociaż nie, trochę pięknych szyszek w nim było), lecz za to jak nowonarodzona. Lekka, zwiewna… i miła w dotyku. Cholewcia, gdzie ten Bron?

Cały dzień minął mi bardzo miło. Lekko, zwiewnie. Jest już późny wieczór, leżę w łóżku i dalej jestem lekka, zwiewna i… ach, nie będę nawet kończyć, bo się jeszcze rozkleję. Albo co?... Ech, lepiej zapomnę, żem dorosła kobieta i pożegnam się z Tobą jako malutka dziewczynka:

Aaaa… śpij Nastulko… Aaaa!

Zamruczały kotki dwa:

Cicho, cicho, cicho sza!

Śpij nocką spokojnie... każdego dnia.

  

Dobranoc, Nastuś! Maryna

***

Witam, Maryniu, i też złotojesiennie!

A w górach już jesień, królestwo niczyje, a w górach już jesień, i kruche motyle…”. A ja w górach mieszkam i góralką Hanką jestem, więc dobrze wiem jak cudownie wygląda jesień. Łażę sobie po nich i co rusz deklamuję słowa tej piosenki. Nie śpiewam. Nie mogę. Nie chcę mieć zwierzyny na sumieniu... Hihihi! W wieku młodzieńczym jakowąś mutację głosu przeszłam i od tej pory mój śpiew do skrzeku jest podobny. Żałuję, bo bardzo lubię śpiewać… No cóż, pozostało mi jedynie śpiewanie w myślach. Co za pech! I pomyśleć, że jako dziecko byłam pierwszą solistką na wszystkich akademiach w mieście. Sama nie wiem, czemu Ci o tym piszę. Pewnie ta cudowna aura złotojesienna tak mnie do śpiewu nastroiła… Hihihi! No to sobie przynajmniej podeklamuję troszeczkę. A co?! Ciągle mam w pamięci słowa wielu polskich piosenek z tamtych lat.



Nie sposób oprzeć się temu jesiennemu pięknu w górach. To zdjątko zrobiłam specjalnie dla Ciebie na szczycie najwyższej u nas góry.

Tak, Maryniu, pamiętam doskonale te cudowne, pachnące ogniska w Polsce. Uwielbiałam je. A wyobraź sobie, że tu palić ni jak nie można. Niechbym no tylko spróbowała, a piękną złotą jesień przez kraty Gefängnis będę oglądać. Oczywiście żartuję, ale prawdą jest, że tu rzeczywiście nic nie wolno samemu palić. Bez względu na porę roku, czy tradycje. Niemcy to naród zdyscyplinowany, trzymający się prawa jak rzep psiego ogona i jakiekolwiek jego naruszenie grozi karą. I nie ma zmiłuj!... Tak jak w Polsce, gdzie ciągle jeszcze różne przepisy można pięknym łukiem obchodzić.

A nie, Maryniu, doświadczonam ci ja, że ho, ho! A może i więcej. Zdążyłam przecie doświadczyć tego szczęścia w porciętach. I wiem też, co w „Instrukcji obsługi faceta” stoi napisane. Z wrodzonej ciekawości i żądzy wiedzy (wszelakiej) nieraz do niej zaglądałam. Dlatego też, kierując się swoim różnorako nabytym doświadczeniem, jeno obcych facetów chwalę. Zwłaszcza szefów, jak mi się już jakiś gdzieś napatoczy. Bo tak po prawdzie, to ja sama sobie szefem od lat. Jak u Ciebie zawitam, Twojemu Bronowi również komplementów szczędzić nie będę. A niech się chłopina cieszy. Będę kimś w jego oczach. A co? Lubię być lubiana. A Ty później temperuj go sobie na swój własny użytek według wspomnianej instrukcji… Hihihi! Będziesz miała zajęcie. Dobra jestem, nie?

Co do grzybków, to też je bardzo lubię. Ale od kiedy wyszłam z domu rodzinnego, grzybobraniem się nie param. Z prostej przyczyny. Za czorta nie znam się na grzybach. Jako małolata zawsze tuptałam na grzybki do lasu ze swoją Mamuśką. Ona doskonale zna się na grzybach, i dzięki jej wiedzy, żadnych trujaków do domu nie przynosiłyśmy. Na to wygląda, skoro żyjemy. A ja znam się jedynie na takich grzybkach:

   

Fajniutkie, nieprawdaż? Jedną hubulkę nawet sobie finką wycięłam i przytargałam do domu. Z sentymentu. W dzieciństwie zawsze miałam ich pełno w swoim pokoju. Robiłam z nich różne ozdoby.

To tyle na dzień dzisiejszy, moja kochana. Trzymaj się zdrowo i wesoło. No i pisz, pisz, bo z utęsknieniem czekam na każdy Twój liścik. Ściskam Cię mocno bardzo i buziam w obydwa poliki… cmok! cmok! Nastka


PS

Aha! A co Ty do mnie z kotkami wyskakujesz? Przecież wiesz, że za kotkami-leniwcami akurat nie przepadam. Kotki są dobre dla ludzi-kanapowców… Jam człowiek-energia. Do mnie jak już, to z pieskami trzeba. I to lepiej budzić, niż usypiać, bo też spanie akurat za zło konieczne uważam. A budzić mnie na ten przykład można tak:

Żadne już aaaa, aaaaa…!

Zaszczekały pieski dwa.

Na jogging po lesie już pora,

Fauna czeka i pachnąca flora!

 

2009

 Z cyklu: „Teksty epistolarne”

 

czwartek, 4 lutego 2021

Listy przyjaciółek, Maryni & Nastki (7). Pół żartem, pół serio

 

 

Cześć, Nastka, witają Cię Kazaniowie!

Ciągle szczęśliwi, że razem i tak nam już zostanie. A to dzięki Tobie, moja kochana. Gdyby nie Ty, nawet na myśl by mi nie przyszło zmieniać swego życia. Dzięki Tobie zmieniłam i stało się ono dla mnie takie cudowne, pełne ciepła i radości. Ogromnie Ci dziękuję, że mnie pchnęłaś na właściwe tory.

Teraz już potrafię cieszyć się każdym dniem, każdą najdrobniejszą nawet rzeczą, a uśmiech niemal bez przerwy gości na mojej twarzy. Do pełni szczęścia brakuje mi jedynie Brona. Martwię się o niego. Że też mu się zachciało na stare lata walczyć o polską rację stanu. No, niby nie do końca walczyć, bo on lekarz, ale jednak. Lekarz wojskowy to też żołnierz i też narażony jest na niebezpieczeństwo. A swoją drogą, co ma polska racja stanu do takich Talibów w Afganistanie? Nie znam się na tej wielkiej polityce, ale czasami wydaje mi się, że dzisiejszy świat zwariował, a wszystkim politykom oczy makiawelistycznym bielmem zaszły. Politycy gonią za władzą za wszelką cenę, zupełnie nie bacząc na naród, na swoich wyborców. Baczą jedynie na możnych tego świata. Na co dzień aż nadto wyraźnie widać, iż nie przebierają w środkach, dążąc do celu, czyli do zaspokojenia swojego narkotycznego głodu władzy. Wierz mi, brzydzę się politykami… Brrr!!! Toż to hieny. W większości. Tylu naszych biednych żołnierzy już zginęło na nie naszej wojnie, w Iraku, teraz w Afganistanie… I w imię czego, się pytam? W imię polskiej racji stanu? Toż to czyste pieprzenie w bambus, że się już tak brzydko wyrażę. Racji władzy tych, co u władzy, to tak, ale nie narodu. Niechaj więc nie pieprzą górnolotnie… Kurka wodna! Ależ się wnerwiłam! A niechby tym szurniętym fanatykom talibskim udało się wtargnąć do naszego obozu? Chryste, nawet nie chcę o tym myśleć.

Nastusiu, wybacz mi, że pozwoliłam sobie na takie wywnętrzanie się, ale przed kim mam się wywnętrzać, jak nie przed Tobą, moją dobrą, bratnią duszą? Od razu mi lżej. No ni jak nie mogę się pogodzić ze stanem słomianej wdowy. Przez tyle lat naszego pożycia po prosu przywykłam, że Bron jest zawsze w domu. To jego pierwsza taka eskapada wojskowa. Ale z pewnością ostatnia. Nigdy, przenigdy się już na to nie zgodzę, żeby jeszcze gdzieś wybył na tak długo, a zwłaszcza na jakąś głupią, przez polityków wymyśloną wojnę. A oprócz tego, teraz w domu wszystko na mojej głowie. Akurat wczoraj przybyła do mnie brygada remontowa i będzie kończyć remont naszego domu. No bo wiesz, dwa lata temu, kiedy zakładałam swoją prywatną praktykę, tylko parter remontowaliśmy. A teraz, zgodnie z wcześniejszą umową, będzie u mnie na rusztowaniach wisieć czterech chłopów. A jak długo będą wisieć, to tylko Bóg raczy wiedzieć, bo chłopy nie wiedzą. A ja wiem jedynie, że Brona jeszcze przez dziesięć miesięcy w domu nie będzie. No nic, dobrze że mam Kazana to i pewniej się przy tych chłopach czuję.

A wiesz, moja Pola przez cały weekend była w domu. Jest Kazanem zachwycona, a on najwyraźniej nią, bo ciągle się do niej łasił. Widać, że bidulce bardzo brakowało miłości. Natomiast moja sąsiadka Urszulka tak bardzo zapragnęła mieć psa, że sobie tak samo ze schroniska wzięła. No popatrz, jaki słodziutki. Wabi się Filut.

 

 

Urszulka chciała dużego psa, ale jej mąż się nie zgodził. Wzięła więc White Terier`a. Mąż jej jest zadowolony, bo jak mówił: — „Posiadaczem psa tej rasy był nie byle kto… Ha, sam Karol Darwin. A także Alfred Hitchcock i Pablo Picasso. A więc ja, Karol Pikasek, też mogę, ba, nawet powinienem”. — Uśmiałyśmy się z Urszulką z jej męża ogromnie. A i z Filuta także. Śmieszny jest. I ruchliwy niemożebnie. Ciągle by się tylko bawił. Nie na darmo wabi się Filut… Nomen omen. A za Kazanem to wręcz przepada. Skacze mu po głowie, podgryza uszy, ciągnie za ogon… Kazan jednak wszystkie te jego zabawne zaczepki cierpliwie znosi. Czuje się jego opiekunem.

Uśmiałam się do łez, czytając o Twojej Malwie. No to rzeczywiście miałaś z nią urwanie głowy. Choć teraz, po latach, wesoło ją wspominasz. Nie wiem, czy dałabym sobie radę z takim dziwacznym psem, upartym, i do tego, ze złodziejska naturą. Hihihi!... Malwinisko, dobre, fajnie ją nazywasz.

Będę kończyć, moja kochana, bo muszę pędzić ze swoją kulinarną muzą do kuchni. Powinnam tym moim czterem wiszącym na rusztowaniu chłopom coś do jedzenia przygotować. Pozdrawiam Cię bardzo cieplutko… i już mnie nie ma. Buziaczki w biegu posyłam… cmok, cmok, cmok! Maryna

***

Witaj, słomiana Wdowo!

No nie smuć się już tak, dziesięć miesięcy minie jak z bicza trzasnął i Twój Małżonek stanie w progu… wytęskniony, stęskniony, odmieniony, serdeczny, rozpromieniony. A wyda Ci się z pewnością młodszy, przystojniejszy, elegantszy… słowem, wspaniały i jeszcze bardziej kochany. Bo też taka rozłąka paradoksalnie bardzo dobrze wpływa na zaobrączkowanych. Oczywiście tych odpowiednio zaobrączkowanych. A Wy, jak mniemam, do takich należycie. Rozłąka w takim przypadku działa jak cudowne spoiwo. Spaja mocno i trwale. Zobaczysz, ani się obejrzysz, a Twoje szczęście ślubne powróci na łono… i Twoje, i rodzinki, i Waszej podmiejskiej przyrody. Rób swoje od rana do nocy na wszystkich frontach, i naraz, i z osobna, a to dobrze wpłynie na Twój stan ducha. Stężejesz, staniesz się twarda, zaradna, niepokonana… wszak POLKA potrafi. Wszystko potrafi. A nagrodą za ten trud codziennego życia będzie ogromna satysfakcja, że podołałaś ze wszystkim. No! Myślę, że choć odrobinę Cię wspomogłam w tym Twoim stanie słomianej wdowy.

A polityków to i ja nie lubię. Masz rację, niestety, politycy w większości są makiawelistycznymi i cynicznymi graczami. Nie przebierają w środkach w dążeniu do celu. Podstępem, przebiegłością i bezwzględnością prą do władzy w myśl maksymy Machiavellego: „Cel uświęca środki”, nie zastanawiając się nawet, że tak po prawdzie, to Machiavelli używając tych słów w swoim traktacie o sprawowaniu władzy pt. „Książę”, w wielu miejscach wyraźnie stwierdza, w jakich sytuacjach można tę zasadę stosować — wyraźnie ją ograniczając. Pewnie Machiavelli w grobie się przewraca, że jego nazwisko jest używane do określania aż tak dwuznacznych moralnie i nacechowanych hipokryzją działań ówczesnych polityków. Bo jak twierdzą badacze, sam Machiavelli w ogóle nie był makiaweliczny. Nasi kochani politycy udają tylko takich wielce praworządnych i pobożnych, a diabła mają za skórą… Ba, nie jednego. I mydlą nam oczy, omamiają, byleby tylko władzuchnę zachować jak najdłużej i zdążyć sobie kieszenie po brzegi ponapełniać. O proszę, dla przykładu masz tu kilku zagranicznych polityków, którzy wielką rolę odegrali swojego czasu nie tylko w swoim kraju, ale i na świecie.

 

Rączka… Niedźwiedź… Buzia!

 

I jak jednym udało się coś dobrego zrobić dla narodu i świata i odeszli w chwale (no, przynajmniej w tymczasowej, bo licho wie, co za szydło z worka za jakiś czas wyjdzie), to innym tylko się wydawało, że coś dobrego zrobili (choć my wiemy, że jedynie samo zło) i odeszli w wielkiej niesławie.

A to, że współczesna polityka i politycy liczą się głównie z interesami możnych tego świata jest aż nazbyt pewne i widoczne. Sprawujący władzę jakoś uważniej słuchają rad i sugestii światowych potentatów przemysłowych niż zwykłych obywateli. Mają świadomość, że rządzić skutecznie to znaczy współpracować z odpowiednimi ludźmi. A najcenniejszymi są ci, którzy dysponują odpowiednimi wpływami, możliwościami, a przede wszystkim kapitałem. I niewiele ich to obchodzi, że te kapitały bogaczy bardzo często pochodzą z przestępstw. O obywatelach, jako o swoim elektoracie, przypominają sobie tak naprawdę dopiero przed wyborami. I znów zaczynają obiecywać, mamić, oszukiwać… byleby choć jeszcze trochę móc pobyć na szczycie władzy.

Kiedyś więcej interesowałam się polityką, ale że coraz bardziej mnie irytowała, przestałam się w nią wgłębiać. Toż to bagno bez dna. Teraz interesuje mnie tylko na tyle, by wiedzieć, co się na świecie dzieje. Zawsze oglądam Wiadomości TV i to mi wystarcza. A i tak nieraz potrafię się wkurzać na polityków jak jasna cholera! Zwłaszcza na naszych, rodzimych. Swojego czasu pisywałam nawet satyry na tematy polityczne. Dzisiaj już mi się nie chce na ten denny temat pisać. Uważam, że jest to zwykłe marnotrawienie czasu. Nie znoszę hucpiarstwa, a już politycznego dopiero. No ale jeden z moich wierszy satyrycznych Ci podsyłam. Ostatni. Napisałam go ponad dwa lata temu (2006 r.), tak że i ośmieszane w nim wydarzenia dotyczą tamtego okresu. Proszę bardzo, oto i on: 

 

Polakom brakuje poczucia humoru?

 

Oglądam co wieczór TV Wiadomości

I to co tam widzę wcale mnie nie złości.

A wręcz przeciwnie, ubaw mam po pachy,

Bo krach za krachem goni nowe krachy.


Krach na giełdzie, kryzys w rządzie,

Tajne teczki ustawione w rzędzie…

Szafa Lesiaka na oścież otwarta —

To polska rzeczywistość… Ech, do czarta!


Strach nerwy przędzie jak pająk pajęczynę,

Każdy spietrany łeb chowa pod pierzynę…

Ale zbyt długo chować go nie może,

Nadchodzą nowe news`y — pożal się Boże:


Ukryta kamera posłanki Beger;

W stolicy pobity jakiś „Neger”;

Młodzież Wszechpolska swastykę nosi;

Lepper Kaczora o litość prosi;

Kurski PO nową świnię podłożył;

Jakiś debil nową partię założył;

Giertych w mundurki dzieci ubiera;

A gdzieś na świecie panuje cholera…

Lecz to nie wszystko, bo za chwilę:

Kanclerzyca Andzia wygłasza swe Wille,

A w międzyczasie pobito Rabina…

Po co? Dlaczego? Czyja to wina?

Podumać o tym nam długo nie dano,

Bo już na ekranie głoszą znów rano,

Że Begerowa kurwikami strzela

I z owsem do Sejmu jak nic się wybiera.

Kaczora po kartoflu Durchfall rozłożył

I Trójkąt Weimarski na później przełożył.

Tusk z Rokitą, choć przyjaciele z klubu,

Epatują spektakularnym: łubu-dubu!

Uwaga, uwaga, znów news`a podali!

Ciężki kaliber… z nóg może zwalić…

W rządzie wybuchła seksafera!!!

Zachód zbaraniał i oczy przeciera.

Sława” Polski nie zna jednak granic,

Bo przy korycie wstyd mają za nic.

Pękają ze śmiechu narody całe,

Wręcz na Jamajce zdziwko niemałe.


A my z duchem czasu przecież idziemy

I co amerykańskie tylko chcemy…

Chcemy na lunch wychodzić z pracy.

Po pracy w weekend odpoczywać na cacy.

Żadnych życiorysów pisać już nie chcemy,

Bo CV brzmi piękniej i my o tym wiemy.

Jakże amerykańskie jest też „Sex-affair”

I jak super brzmi, choć jest nie fair.

Już na przykładzie Clintona Billa

W TV pokazano jak przaśna to chwila.


Każdego dnia natłok wiadomości

Przytłacza, przenika do szpiku kości.

Zewsząd z nas chcą wyciskać soki…

Czyż to za mało, by zrywać boki?


Jednak my, naród — kompleksy mamy…

I nie umiemy się śmiać z siebie samych.

I choć to zaleta — poczucie humoru,

Dla niej Polakom brakuje wigoru.


***

Czas się nauczyć poczucia humoru,

Nie mamy przecież lepszego wyboru...

I śmiejmy się z siebie drodzy rodacy,

Aż przyjdzie czas na strajk: w pracy… i po pracy.


OK., Maryniu, kończmy z tym politykowaniem. Zamknijmy tę kartę czym prędzej, wszak temat nudny i denny. Wpływu na politykę przecież i tak mieć nie możemy. To po cóż się nią zajmować? A niechaj wszyscy politycy sobie nawet łby publicznie poukręcają w walce o władzę… A co to nam? Przecież nie będziemy się wkurzać ani smucić. Zajmijmy się naszym życiem. Nam, kochającym życie, nawet nie wypada. Dobrze mówię, co nie?

Tymczasem pozdrawiam Cię bardzo cieplutko i czekać będę na nowe wieści z Twojego poletka życiem uprawianego. Buziaczki gorące naturalnie też ślę! Nastka

2009

 Z cyklu: „Teksty epistolarne”

 

poniedziałek, 25 stycznia 2021

Listy przyjaciółek, Maryni & Nastki (6). Pół żartem, pół serio

 

 

Witaj, Nastka, Ty moja kochana Serotoninko!

A witają Cię dwa bijące serca. Moje, to wiadomo, ale to drugie to nawet pojęcia mieć nie możesz, czyje. Ha, kochana, to drugie serce to… to… to serce… Kazana. Hurrrraaa! Mam pieska! Kochanego, pięknego, słodkiego, mądrego, radosnego wilczurka... Voila`!!!

 


No czyż nie piękny? Och, jakże ja jestem szczęśliwa. Kocham to moje cudowne psisko jak najbliższą mi osobę. I on to chyba wyczuwa, bo odwdzięcza mi się swoim dobrym psim serduszkiem ile może. Z pewnością instynktownie wyczuwa, żem go z biedy wyciągnęła. Otóż wyobraź sobie, że zanim zaczęłam szukać w gazetach ogłoszeń o sprzedaży psów, postanowiłam najpierw zaglądnąć do naszego miejskiego schroniska. Kiedy tam weszłam, myślałam, że mi serce pęknie na widok tylu biednych piesków. Byłam załamana ich widokiem. Najchętniej bym wszystkie ze sobą wzięła. A kiedy spostrzegłam Kazana, to od razu pewna byłam, że przynajmniej z nim ze schroniska wyjdę. Kazan wodził za mną takim wzrokiem, że czułam się jak zahipnotyzowana. Tyle smutku było w tych jego ogromnych oczętach… No myślałam, że się popłaczę. Pracownik schroniska powiedział mi, że jego właściciel pozbył się go dlatego, że atakował kury sąsiedzkie. Wyobrażasz sobie? Lepiej się problemu pozbyć, niż starać się go rozwiązać. Biedny Kazan, to musiał być dla niego potworny szok, taka drastyczna zmiana, utrata wolności. Kiedy z nim wychodziłam ze schroniska, cały czas tulił się do moich nóg i lizał po rękach. Moje kochane biedaczysko. Był tak szczęśliwy, że go wybawiłam z niewoli. Nie mogę pojąć, co to za ludzie, którzy tak bestialsko traktują te żywe istoty. Najwyraźniej bawią się tylko nimi, a kiedy im się znudzą, albo zaczynają przeszkadzać, pozbywają się ich. Co za podli ludzie! A ja Nastusiu jestem taka szczęśliwa. Teraz mam z kim rozmawiać i na spacery chodzić… E tam… spacery! Marszobiegi, bo Kazan bardzo lubi po lesie się wybiegać. Urszulka też już raz z nami była i też jest zachwycona. Świetnie mi robi taki ruch na świeżym powietrzu. Odżyłam i energii jeszcze mi przybyło. Tak że czasami i trzy razy biegam z Kazanem po lesie… Hihihi! I już wiem, że wszystko to prawda, co w swoim wierszyku o lesie zawarłaś. Dzięki Ci Nastulko za niego! Na porannym wybiegu po lesie zawsze go głośno deklamuję… Serio!

Na aerobik pewnie się zapiszę, ale w późniejszym okresie, aż Kazan będzie już całkowicie zaaklimatyzowany w swoim nowym domu. Choć nie widać, żeby miał jakieś problemy z aklimatyzacją. Zawsze jest radosny. A na mój widok, kiedy wracam z mojej przychodni, skacze z radości jakby się szaleju najadł… No dobra, przyznam szczerze, że sama chcę być z nim jak najdłużej. Szkoda mi też go samego zostawiać w domu.

A wiesz, moja Pola, jak jej powiedziałam o Kazanie, aż piszczała z radości. W następny weekend chce specjalnie przyjechać do domu, by go poznać. Bron też jest zachwycony. Rozmawiałam z nim przez Skype`a i pokazałam mu Kazana. Ależ się cieszył. Prosił mnie też, bym Kazanowi dużo o nim opowiadała, bo jak wróci, to nie chciałby zostać pogryzionym przez mojego osobistego bodyguard`a… Hihihi! Dobre, nie? Ale że Kazan to mój osobisty bodyguard, wiadomym musi być dla wszystkich… Bo mój ci on! I tylko mój… No!

Poza tym wszystko u mnie dobrze. Pielęgniarka wróciła do pracy i dochodzi do siebie. Pacjentów mam od groma, bo ludzie z urlopów różne choróbska skórne poprzywozili. Coraz więcej też ludzi zgłasza się do mnie ze świerzbiączką. Wiesz, to takie atopowe zapalenie skóry, które pojawia się często wraz z uczuleniem na pokarmy, astmą czy katarem siennym. Takie tam przewlekłe i nawrotowe schorzenie, rozwijające się na podłożu zaburzeń w układzie immunologicznym. A ludzie ostatnimi czasy jakoś mniej odporni się stali. No nic, nie będę Cię zanudzać swoją dermatologią. Powiem Ci jeszcze tylko, że bardzo się cieszę z tej mojej prywatnej praktyki. Zwłaszcza teraz. Wiesz, chodzi mi o Kazana.

Przepraszam Cię, że na inne tematy pisać nie będę, ale chyba sama rozumiesz, Kazan przysłonił mi cały świat. Nawet mój pociąg do łakoci jakby zelżał… Hihihi!

O, muszę już kończyć, bo widzę przez okno Urszulkę. Idzie do mnie ubrana w dres. No to zasuwamy do lasu. Pa, Ty moja kochana Serotoninko! Buziaczki słodziutkie ślę! Maryna

PS

Wierz mi, niewiele przesady jest w tym moim określeniu. Od kiedy Cię odnalazłam, tyle radości wstąpiło w moje życie… Jak nic, jesteś moją Serotoninką.


***

 

Witajcie dwa bijące Serducha!

Cudownie Maryniu, cieszę się razem z Tobą z Twojego Kazana. Bardzo się cieszę. A wiesz, w dzieciństwie też miałam Kazana, ale był to pies rasy husky. On jednak, na odmianę, nie w kurach gustował, a w kurzych jajach… Hihihi! Jednak po jakim czasie oduczyliśmy go wybierania kurom jaj z sąsiedzkich kurników. Widać, że nie wszyscy mają ochotę zajmować się swoim psem, i przy byle z nim problemie, oddają do schroniska. Podłe to strasznie! Na wszystkich schroniskach dla zwierząt powinno się zainstalować transparenty z cytatem L.B. Singera: „Dla zwierząt wszyscy ludzie to naziści, a ich życie to wieczna Treblinka”. Może słowa te co do niektórych przemówią?

Postąpiłaś bardzo mądrze i humanitarnie, że wzięłaś psa ze schroniska. Mądrze, bo pies już dorosły, nie będziesz z nim więc miała kłopotów wychowawczych, jakie się ma ze szczeniakiem. Humanitarnie, bo wybawiłaś z niewoli jedną żywą istotę. Sama doświadczasz, jak bardzo Kazan jest Ci oddany. Pies instynktownie wyczuwa dobrego człowieka.

Wilczury to też bardzo przyjazna dla człowieka rasa. I bardzo człowiekowi oddana. Pamiętam, że jeszcze w Polsce, kiedy po raz pierwszy moim dzieciom chciałam kupić psa, cały czas myślałam właśnie o wilczurze. Moja 10-letnia wtedy córeczka zmieniła jednak moje zamiary. Otóż zaprowadziła mnie do rodziców jej klasowego kolegi, którzy hodowali bassety… No i tak bardzo zakochałam się w tych psach ze smętnym spojrzeniem i uszami do ziemi, że oczywiście kupiłam jednego. Półroczną suczkę, którą moje dzieci od razu nazwali Malwą. Och, Maryniu, ile ja miałam potem z nią problemów. Malwa była tak odporna na wszelkie metody wychowawcze, że ni jak nie dała się wychować. Po dwóch miesiącach doszły jeszcze większe problemy. Parę dni przed naszym wyjazdem na wczasy nad Bałtyk, pojechałam z nią i dziećmi na wieś odwiedzić teściów mojego brata. A u nich było akurat świniobicie. Pracujący u nich rzeźnik, tak bardzo był zachwycony naszą Malwą, że co rusz rzucał jej kawałek świniny na podłogę. Prosiłam, żeby tego nie robił, bo pies jeszcze młody i może mu zaszkodzić. Przecież świeża świnina jest toksyczna. Pamiętam to doskonale ze stanu wojennego. Najpierw trzeba ją parę godzin wietrzyć, by nie zaszkodziła na żołądek. No ale że Malwa łasa była na mięcho, skomląc, ciągle się dopraszała. I pewnie gdy nie widziałam jakiś ochłap dostawała. Nie możesz sobie nawet wyobrazić, jakie miałam z nią potem perypetie. Czyściło ją na wszystkie strony. W końcu była tak odwodniona, że weterynarz nie dawał jej większych szans przeżycia. Byłam załamana. Moje dzieci dopiero. A za parę dni czekał nas przecież wyjazd na urlop. Nie wiedziałam, co mam robić. Na szczęście po dwóch dniach, po intensywnym leczeniu weterynaryjnym, Malwa nieco doszła do siebie. Lekarz widział tylko jedne wyjście. Zaaplikować jej porządną dawkę opium i z na wpół uśpioną wsiadać do pociągu i tak jechać na wczasy. Wyobrażasz sobie? Z południa Polski na północ… No i tak jechaliśmy. Całą noc.

Malwa była tak przymulona, że rozwaliła się na podłodze w przejściu między siedzeniami i spała jak zarżnięta. Nie można było jej ruszyć. Zresztą, gdzie skoro tłok w pociągu był niemożebny. Kiedy rano dotarliśmy do Międzyzdrojów, musiałam nieść swój potwornie ciężki plecak na plecach (z zawekowanym jedzeniem), dwa mniejsze plecaki moich dzieci na ramionach (po męczącej nocce nie miały siły)… no i oczywiście Malwę na rękach przed sobą. Ciągle była tak naćpana, że na nogach nie umiała ustać, a co dopiero iść. Na szczęście po dniu wywczasów jakoś to Malwinisko fizycznie do siebie doszło... Ale psychicznie? O rany! Po tym opium najwyraźniej sfiksowała. No sama popatrz, jak ta moja narkomanka wyglądała. Dzieci miały radochę. Ale ja? Szkoda gadać!

 

 

Przez całe dwa tygodnie tak nam tam nad morzem rozrabiała, że co rusz musiałam za nią jakieś koszty ponosić. Najgorsze było to, że stała się okropną złodziejką. Jej miska cały dzień stała pełna, nic z niej nie ruszała, chociaż dogadzałam jej różnymi smakołykami. Smakowało jej tylko to, co sobie sama ukradła. No i kradła na potęgę. Najgorzej było z nią na plaży, bo ani gdzie pofyrtańca przywiązać, ani upilnować. A wiesz, jak jest na plaży, koc przy kocu, ludzi pełno, no to i jedzenia w bród.

Dobrze, że większość ludzi na urlopie ma podwyższony wskaźnik poczucia humoru, to najczęściej reagowali śmiechem na tej jej złodziejskie zapędy. A i ona sama swoim wyglądem i zachowaniem potrafiła porządnie rozśmieszyć. Wieczorem, kiedy czas było wracać do campingu, nigdy z plaży tej czorcicy nie mogliśmy wyciągnąć. Ludzie, którzy już nas znali, stali zawsze przy schodkach na promenadę i czekali na cowieczorny spektakl w wykonaniu Malwy. A ona wyrywała się, uciekała, szczekała, ujadała, skomlała, prychała... ba, nawet jodłowała. Kiedy udało mi się w końcu chwycić ją na ręce, specjalnie robiła się bezwładna, że nie mogłam jej unieść. Po prostu wysypywała mi się z rąk. Jedyny sposób to ciągnąć ją na smyczy po piasku. Oczywiście na brzuchu, bo małpica zbuntowana rozkładała łapy na boki i jak sanie po śniegu ją ciągnęłam, a dzieci popychały za zad. Ludzie pękali ze śmiechu, a my za każdym razem spoceni jak szczury wracaliśmy z plaży.

Raz jej złodziejski wybryk kosztował mnie o wiele więcej, i grosza, i nerwów. Szliśmy wtedy do pobliskiej kawiarenki na naleśniki. Idziemy sobie spokojnie, Malwa ze świeżo umytymi zębami, bo znów się „czegoś" (już nawet nie powiem, czego) na wydmach nażarła... idziemy, idziemy, wesoło sobie rozmawiając, aż tu nagle, Malwa z ogromnym impetem wyrwała mi się ze smyczy i jak szalona pognała przed siebie. Aż jej uszy furkotały w powietrzu. Zdębiałam, bo jeszcze nigdy nie udało jej się ze smyczy zerwać. Wystraszona też byłam, bo nie mogłam pokapować o co jej tym razem chodzi. Za moment już wiedziałam. Niestety. Zobaczyłam wraz z moimi dziećmi jak ona dogania dwoje małych dzieci, wyskakuje w powietrze, i jednemu z nich coś wyrywa z rączki. No myślałam, że mnie trafi. Potworne zamieszanie zrobiło się dookoła. Napadnięte dzieci w pisk, moje dzieci w krzyk, przechodzący ludzie we wrzask... A wiesz, co się okazało, otóż okazało się, iż jedno z tych dzieci trzymało w rącze zwinięty w rulonik banknot 100 zł, wiesz, ten stary jeszcze, czerwony, z Waryńskim, no i nie wiem, czy ta szurnięta Malwa wzięła go za jakiś kawałek ciastka, czy co, w każdym razie z wyskoku w locie chapnęła dziecku za tę stówkę i uciekła w krzaki. No a ja później i 100 zł oddać musiałam i za straty moralne zapłacić również. Oczywiście rodzicom dziecka, nie dziecku.

Mówię Ci, Maryniu, o Malwie to ja mogę książkę napisać, tyle przeróżnych przygód z nią przeżyłam. Po latach to one wszystkie wydają się być bardzo śmieszne, ale wtedy, co z nią przeżyłam, to przeżyłam. Tak szurniętego psa jeszcze nigdy nie miałam.

Ale mamy temat… Hihihi! Listy nasze są całe pieskie, że się tak wyrażę. To nic, wszak pieski to wdzięczny temat. Co nie? Będę już kończyć, drodzy państwo Kazanostwo, bywajcie i zażywajcie świeżego powietrza. Całuski dla Ciebie, a Kazanowi łapa, Nastka

PS

Zapomniałam w poprzednim liście wspomnieć, że podkradłaś mi mój pomysł. Właśnie miałam zamiar ten wiersz o złotej rybce dać córce do wykaligrafowania na wymalowanym przez nią obrazie i przesłać Ci na pamiątkę. Taką niespodziankę chciałam Ci zrobić, a Ty wszystko zepsułaś... No okey, okey, żartuję. Już ci go wczoraj wysłałam.

Ale jakby nie patrzeć, to jeszcze jeden dowód na to, że nic się nie zmieniamy i nadal nadajemy na tych samych falach.

2009

 Z cyklu: „Teksty epistolarne”

 

sobota, 16 stycznia 2021

Listy przyjaciółek, Maryni & Nastki (5). Pół żartem, pół serio

 

Witaj, Nastka!

Wielkie dzięki za radę. Wyobraź sobie, że działa. I to jeszcze jak! Kiedy tylko widzę tę moją sąsiadkę z boku, już z daleka głośno ją pozdrawiam z szerokim uśmiechem na twarzy… A jakże! Och, gdybyś widziała jej minę. Wygląda jakby żabę połykała, tak ciężko jej odpowiedzieć na to moje radosne pozdrowienie. Zauważyłam, że coraz częściej stara się mnie nawet unikać, byleby tylko na moje pozdrowienia nie musieć odpowiadać. Nie wiem czemu, przecież tak milutko ją pozdrawiam… Hihihi! Czyżby miała coś na sumieniu? Już ona sama najlepiej wie. A ja mam przynajmniej od niej spokój… Wreszcie! I niechaj tak zostanie. Bo tak jak piszesz, szkoda czasu, by zajmować się takimi osobami. Koniec, kropka, toczka, finito, schluss… amen! Dobrze mówię, nie?

A ten Twój wierszyk o złotej rybce pt.: „Gdybym no tylko złotą rybką została”, to mi podeślij, proszę. Wydrukuję go sobie na pięknie zdobionym papierze i powieszę w gabinecie. A co? Też mi się nieraz marzy złotą rybką zostać. Bo te moje trzy rybeńki, choć takie śliczniutkie, złociste, to jednak jakieś nieskore do spełniania życzeń. Wpatruję się w nie po kilka razy dziennie, mamrocząc swoje życzenia… i nic! Nic się nie dzieje… Hihihi! No ale przynajmniej na uspokojenie działają. A to już i tak dużo.

Twoje opowieści o Jockerze jeszcze bardziej mnie przekonują do kupna psa. Będę miała nie tylko obrońcę, ale też i z kim pobiegać rano i wieczorem. Wszak energii mam tyle, że mnie nieraz roznosi. Już myślałam, że trzeba mi się na jakiś aerobik zapisać, albo co… Ale gdybym psa miała, to byłoby chyba nawet lepiej, bo mogłabym sobie na świeżym powietrzu pohasać. Mówiłam już o tym mojej sąsiadce z przeciwka, wiesz, Urszulce, i ona jest moim pomysłem zachwycona. Mówi, że z chęcią do mnie doszlusuje, no i do mojego pieska, ma się rozumieć, i razem będziemy biegać po pobliskim lesie. Och, Nastusiu, tak bardzo się cieszę, że po tylu latach, mogłyśmy się odnaleźć. Tak wiele dla mnie znaczysz, moja kochana. Życie moje nabrało barw.

Moja pielęgniarka, wiesz, ta druga, wreszcie dała znak życia. Owszem, wróciła z urlopu, ale jest tak załamana, że nie ma siły przyjść do pracy. Wyobraź Ty sobie, że była w Tunezji z niedawno poznanym w Internecie facetem. Facet wyznał jej miłość i obiecywał, że jeszcze w tym roku wezmą ślub. No to dziewczyna była cała w kwiatkach… Ale do czasu. Na urlopie, tam w Tunezji, spotkali się z jakimś jego znajomym, który z życzliwości wyjawił jej całą prawdę. No i mleko się rozlało. Okazało się, że facet jest żonaty i ma troje dzieci. Żal mi dziewczyny, bo musiał to być dla niej potworny szok. No ale wreszcie musi spojrzeć prawdzie w oczy. Rozmawiałam z nią już parę razy i mówiłam jej, że to, jak się teraz czuje, to zależy już tylko od niej samej, że sama musi sobie wszystko przetłumaczyć z kim miała do czynienia, zrozumieć i pozbierać się do kupy, bo facet niewart jej łez… Ale ta nic, tylko płacze. Właśnie zaraz wychodzę z domu, by zanieść jej trochę łakoci. Może jej co nieco pomogą? Bo mi pomagają bardzo, kiedy w samotne wieczory ogarnia mnie smutek. Chociaż na drugi dzień to mam kaca moralnego, że ho, ho, żem taki słabeusz… A i coraz bardziej zaczynam się martwić, że w bioderka mi ta moja słabizna pójdzie. No spójrz, czym się ostatnio objadam.

Może jednak powinnam się zapisać na ten aerobik? Co myślisz? Wszak tyle miesięcy jeszcze Brona nie będzie… W końcu roztyję się naprawdę.

Pozdrawiam Cię słodko! Maryna


***

Witaj, słodziutka Maryniu!

Ja też jestem bardzo szczęśliwa, że się po tylu latach odnalazłyśmy. Chwała za to Pawłowi, twórcy portalu „nasza-klasa”. I pomyśleć, że niektórzy psioczą na ten portal. Pewnie to tylko ci, którzy się Bóg wie czego po nim spodziewają, albo po prostu źle go wykorzystują. Ale to zapewne tylko takie osoby, które i w realnym życiu same nie wiedzą czego chcą. Albo i wiedzą, i dlatego w niewłaściwy sposób go wykorzystują… A potem, rozczarowania, złość, a niekiedy nawet i rozpacz. Jak w przypadku tej Twojej pielęgniarki.

A juści, Maryniu, bardzo mądrze dziewczynie poradziłaś. Też jestem zadania, że problemy w większości rodzą się człowiekowi pod kopułą, czyli w centralnym ośrodku dowodzenia jego stanem ducha i ciała. No i myślę, że wystarczy sobie tam… no, w tym ośrodku, wszystko poukładać, zaprogramować, zakodować i na twardym dysku zapisać… I już szafa gra, problemy znikają… I idzie się przez życie już bezproblemowo. Proste, co nie? Jak budowa cepa… Hihihi! Chociaż w życiu, jak to w życiu, nieraz i z tak prostą konstrukcją bywają problemy… Bo też ludzie mają szczególny dar do komplikowania go sobie.

Aha, miałam Ci się jeszcze pochwalić, że dzięki „naszej-klasie” nawiązałam kontakt z moimi kuzynami z USA, Kanady i Australii, o których istnieniu nawet pojęcia nie miałam. Tak bardzo się cieszę. Wiele to dla mnie znaczy… A i moje drzewo genealogiczne coraz bardziej rozgałęzione i bogatsze się staje. No i jakże tu nie być wdzięcznym Pawłowi?

Twój pomysł z aerobikiem jest wspaniały. Czy kupisz psa, czy nie. Wiem co mówię, bom sama przed wyjazdem z kraju ponad 10 lat hopsała na aerobiku. Tak że zapisz się i ruszaj ile wlezie. To wszystko dla Twojego zdrowia. Natomiast nie żałuj sobie zbytnio łechcących podniebienie łakoci, bo w końcu apetyt na życie stracisz. A w następstwie utraty tegoż i energia żywiołów w Tobie osłabnie… I jeszcze, co nie daj Bóg, kiedy u Ciebie zawitam i w serdeczności swej wystartuję do Ciebie z otwartymi ramionami, to może do obalenia dojść i z podłogi zbierać Cię będę. I co wtedy? Się połamiesz… Albo co? Tak że przyjemności podniebieniowej se zbytnio nie odmawiaj. Wystarczy stosować dietę ŻP i sprawa załatwiona. Będziesz filigranowa.

A co do pieska, to też uważam, że pomysł bardzo dobry. Przecież warunki w domu masz, a i las pod nosem. Samej pewnie Ci się nie chce pójść do lasu, ale z pieskiem pójdziesz na pewno… Bo to mus, który przeradza się wkrótce w ogromną przyjemność. No sama popatrz, jak to cudownie jest móc być w lesie o brzasku. 

 


Las to cudowna ostoja przyrody…

Zieleń, rześka woń, ptaszków trele,

Cichutki szum źródlanej wody,

Azyl spokoju... Frajdy w nim wiele.

 
 

W lesie najpiękniej jest o brzasku,

Kiedy zwiewną mgłą osnute jeszcze,

Kiedy słońce nabiera blasku,

Kiedy na wpół uśpiony jeszcze.

 
 

Maryniu, przecież ja podobny typ jestem… i żywiołów ci u mnie też co niemiara. Energia nieustająco mnie rozpiera i ciągle za czymś gonię. Tak że rozumiem Cię doskonale. Wiem, iż co rusz trzeba nam się pozbywać nadmiaru energii, by nas od wewnątrz nie rozsadziła... Hihihi! A wiesz, jak moje dzieci na ten przykład komentują moją naturę? Ano pół żartem, pół serio mówią, że kiedy przyjdzie już mój czas, bym swą doczesną egzystencję na tym łez padole zakończyła, to one jak nic z trumną będą musiały za mną ganiać, bom jeszcze gotowa Św. Piotrowi statystyki popsuć.

I to by było na tyle na dzień dzisiejszy. No to bywaj, Maryniu aerobikowa! Ślę buziaki! Nastka

 

PS

A te Knusper-Minis Sommer zajadaj sobie na zdrowie. Też je lubię. I choć w zasadzie pod kopułą mam zakodowaną dietę ŻP, to mimo to ostatnimi czasy słodkości podjadam sobie często. Potem i tak wszystkie je spalam, bom przecież ruchliwa jak bakterie pod mikroskopem… Hihihi! Tak że się nie martw Maryniu i dogadzaj sobie. Wszak serotoniny nam potrzeba, by nasze umiejętności bycia szczęśliwym nie osłabły. Z Twoją podobną ruchliwością oponki na brzuchu Ci nie grożą. I nie smuć się. Bron niedługo wróci. Zobaczysz.

2009

 Z cyklu: „Teksty epistolarne”

 

poniedziałek, 4 stycznia 2021

Listy przyjaciółek, Maryni & Nastki (4). Pół żartem, pół serio

 


No, no, no, moja kochana Nastusiu,

dobra jesteś w te dedukcyjne klocki. Tak, kupiłam sobie złotą rybkę, a nawet trzy. I urządziłam sobie… to znaczy im, piękne akwarium. A nie, jednak też i sobie, bo musisz wiedzieć, że tak bardzo jestem zachwycona tym moim akwenem domowym, że często siadam sobie naprzeciwko i wlepiam wzrok w niego, jak w ekran telewizora. Z tą tylko różnicą, że to, co tam widzę, mnie uspakaja. I bardzo dobrze, bo ostatnio w pracy mam trochę nerwówki. Jedna z moich pielęgniarek nie wróciła z urlopu i nie wiem, co się z nią dzieje. Nie dość, że się o nią martwię, to jeszcze roboty mam o wiele więcej. No bo wiesz, jedna pielęgniarka nie jest w stanie wszystkich pacjentów w rejestracji obsłużyć. No nic, dam radę, moje rybeńki złociste pozwalają mi się odprężyć i nabrać sił.

A, i jeszcze coś… Moja muza. A wiesz, kochana, że też tak myślę, iż kulinarna ona, bo ciągle mnie coś na gotowanie bierze. I to z dobrym skutkiem. Sama z siebie się śmieję, bo gdyby mnie przy tym gotowaniu mój Bron zobaczył, toby mu oczęta z orbit wyszły… Hihihi! Przecież chłopina wie, że w kuchni to ja nieporadna jak słonica w składzie porcelany… A tu nagle, ni stąd, ni zowąd, gotuję. Pewnie dla mnie samej by się nie chciało, a gdzież tam, ale tyle pochwał zebrałam za ten bigosik od mojej sąsiadki z przeciwka i jej gości, że ciągle mi się chce gotować. Wyobrażasz to sobie? Ja i gotowanie? A jednak! Sama zobacz, co przedwczoraj po pracy nagotowałam, a właściwie upiekłam. Czyż nie arcydzieło kulinarne?

 



Wczoraj nakarmiłam nim moją wiecznie głodną pielęgniarkę i mojego rzemieślnika, a całą resztę wieczorem zaniosłam dla sąsiadki z przeciwka. Jej mąż na pniu zjadł, a właściwie pochłonął, prawie wszystkie sam. Mówił, że nic poradzić nie może, bo: „wieczorem gołąbki lecą same do gąbki”.

Oj, biedny ten mój Bron, tak sobie teraz myślę, tyle lat przeżyliśmy razem, a gołąbki nigdy mu nie leciały same do gąbki. Bo też mu nigdy ich nie zrobiłam. Ot, taka ze mnie nieużyta żona… była. No ale teraz, pod działaniem muzy, obiecałam sobie, że kiedy z Afganistanu wróci, przywitam go gołąbkami.

Cholewcia, że też mu się zachciało na stare lata odgrywać rolę żołnierza w tak niebezpiecznym kraju. Czasami wydaje mi się, że on nigdy nie wyrósł z krótkich spodenek, kiedy to całymi dniami bawił się ołowianymi żołnierzykami. Ha, dlatego też poszedł na Wojskową Akademię Medyczną w Łodzi, a nie tak jak normalny człowiek, czyli ja… hihihi! na Uniwersytet Medyczny. Pamiętam, jak od dziecka mi powtarzał: — „Nomen oblige! A jam Bronisław”. — No i co z takim zrobić? Nic, trzeba się pogodzić z jego światopoglądem i to jego „obligo” zaakceptować.

Tak sobie żartuję, ale tak po prawdzie, to bardzo się martwię o niego. Staram się jednak jak najmniej myśleć o niebezpieczeństwie, jakie tam mu grozi, bo boję się, że zwariuję.

Ale niestety moja sąsiadka z boku mi wczoraj w bardzo brzydki sposób o tym przypomniała. Widząc, że między mną i sąsiadką z przeciwka, Urszulą, nawiązuje się bliższa znajomość, z jakiś znanych jej tylko pobudek pobiegła do niej i naopowiadała o mnie niestworzonych rzeczy. To jednak mnie aż tak nie zabolało, wszak znam już ją trochę i wiem, co z niej za gatunek, zabolało mnie jedynie to, że powiedziała, iż mój mąż, nie bacząc na niebezpieczeństwo, uciekł do Afganistanu ode mnie. Wiesz, aż się poryczałam, tak mnie to dotknęło. I co myślisz, Nastusiu kochana, powinnam z nią porozmawiać, by takich rzeczy nie opowiadała?

No dobra, zmieniam szybciutko temat, bo nie lubię się smucić. Chcę Ci podziękować za wzruszającą fotkę. Rzeczywiście ten Twój piesio wspaniały był. Ba, to prawie cielaczek, taki ogromniasty. A wiesz, ja też psiaki kocham. I co do piesków solidaryzuję się z Tobą. Powiem Ci, że kiedy moja córcia Pola poszła na swoje, to wtedy długo się nad tym zastanawiałam, czy sobie pieska nie kupić, no ale potem wpadłam w wir pracy, bo zakładałam akurat swoją prywatną praktykę i jakoś myśleć przestałam. Może teraz znów trzeba by mi było pomyśleć… Bo chyba teraz, od kiedy jestem całkiem sama, szczególnie przydałby mi się jakiś bodyguard… Hihihi! Niechby mnie bronił przed złem tego świata. Muszę znów podumać. Tymczasem pozdrawiam Cię i ślę buziaczki! Maryna

***

A nie, kochana Maryniu,

nie zaprzątuj sobie nawet głowy taką osobą. Niewarta tego. Toż to prostactwo najniższej próby. Od takich osób lepiej trzymać się z daleka, gdyż prędzej czy później przysłowiowa słoma i tak z butów im wylezie. Mówię Ci. Posłuchaj mojej dobrej rady.

A wiesz, niedawno też miałam niezbyt miłą sytuację z taką jedną osobą, która najpierw sama ze mną postąpiła bardzo nieładnie, a gdy ja się jej po czasie (licząc na jej refleksje) pięknym za nadobne odpłaciłam, wskazując nietakt, jaki popełniła w stosunku do mnie, to wyobraź sobie, wtedy ją to bardzo zabolało. Ale ni jak do niej nie dotarło jednak, że to ona sama takim właśnie swoim zachowaniem zmusiła mnie, bym tak postąpiła jak postąpiłam. A może nawet i wiedziała, tylko nie chciała się do tego przyznać. Ja się przyznałam dlaczego tak postąpiłam, bo to wbrew mojej naturze, i za to ją przeprosiłam, i to kilkukrotnie.

Wierz mi Maryniu, z bólem serca to wszystko przeżyłam, tym bardziej, że wcześniej ją bardzo lubiłam. No ale wiesz, choć sama bardzo źle się z tym czułam, wiedziałam, że tak właśnie postąpić powinnam. A chciałam się też przekonać, jak ona zachowa się po tym wszystkim. Od tego uzależniałam naszą dalszą znajomość. Gdyby była wystarczająco kulturalną, podjęłaby ze mną dialog. Usilnie o to zabiegałam. Powiedziałybyśmy sobie wówczas szczerze, co nam na sercu leży, przeprosiłybyśmy się nawzajem... i wtedy dopiero byłaby szansa naszą znajomość budować dalej. Mądrzej.

Znasz mnie, Maryniu, to wiesz, że pamiętliwa nie jestem i że nikt mojego zaufania nie traci bezpowrotnie. Że każdemu daję szansę je odzyskać, choćby nie wiem jakiego kalibru błąd popełnił… Lecz sam musi się o to postarać. Ale ona nie. Albo milczała, albo jak już się odezwać musiała, to oschle i lekceważąco.

Ubawiłam się w końcu tym jej zachowaniem, bo to takie niskie, prymitywne, że aż śmieszne. A wiesz, co mi powiedziała, kiedy spytałam dlaczego tak się zachowuje? Otóż powiedziała, że tak ogólnie to ona wybaczać może, zapomnieć jest jej trudniej, ale o zaufaniu nie ma już mowy. Wyobrażasz sobie? Ani na moment na myśl jej nie przyszło, że to właśnie ja pierwsza miałam powód stracić zaufanie do niej… Co za zarozumialstwo! Tylko się śmiać. To najlepsze wyjście.

A jako ciekawostkę powiem Ci, że słowa te padły z ust psychologa. Wyobrażasz to sobie? Akurat psychologa, który z racji zawodu winien swoich podopiecznych wszystkich tych zasad w kontaktach międzyludzkich uczyć jako podstawowe. No i jak nauczy, skoro sam nie umie stosować ich w życiu? Powiem Ci, Maryniu, że kiedy już całkowicie do mnie dotarło, co to za osoba, to mi ulżyło, bo już zupełnie nabrałam pewności, że czas zakończyć tę niezdrową znajomość.

Tak że wiesz, moja Droga, bierz przykład ze starszej przyjaciółki. Takie znajomości trzeba plenić w zarodku, aby więcej nieprzyjemnych sytuacji nie przeżywać. Bo też z czasem mogłyby się stać jeszcze bardziej nieprzyjemne, albo wręcz bolesne.

Nawet nie próbuj z tą wredną sąsiadką rozmawiać. Z uśmiechem na twarzy witaj ją zawsze i po prostu idź dalej. Babsztyl da Ci w końcu spokój.

No to tyle o niesympatycznych rzeczach, a właściwie osobach… Bo też Maryniu szkoda naszego czasu, by zajmować się takimi, którzy kierują się w życiu niskimi pobudkami i kultury za grosz nie mają. Koniec, kropka, toczka, finito, schluss… amen!

Cieszę się z Twojej psiej solidarności, bo też psiaki dla człowieka są stworzone. Z kotami jest na odwrót. Pies rzeczywiście potrafi obronić człowieka. Mój Joker, jak Ci już wspominałam, był moim ogromnym bodyguardem. Super z nim miałam. Nikogo obcego do mnie nie dopuścił. Zwłaszcza miał uraz na zawianych facetów. Na odległość takiego delikwenta wyczuwał… I warczał, i szczekał, jak wściekły, a mnie łbem odpychał jak najdalej od tych alkoholowych wyziewów. A jak jechaliśmy do kraju, i kiedy jeszcze były kontrole na granicy, to dopiero miałam wspaniale. Mój Joker był postrachem wszystkich celników i wopistów. Niechby no tylko któremuś przyszła ochota skontrolować moje auto, ha, szybko tego pożałował. Bo kiedy tylko jeden z drugim otworzył klapę bagażnika, na widok mojego Jokera, spietrały cały jeszcze szybciej ją zamykał. No popatrz sama, czy nie wyglądał groźnie? 

 


Ależ miałam fajowo. Od razu ręką dawali mi znak, że mam jechać dalej, czyli przekraczać granicę. No i co, czy to nie dosadny przykład, że pies człowiekowi służy? Co za pożytek miałabyś z kota w podobnej sytuacji? Żadnego!

A tą złotą rybką zaraziłaś mnie kochana, i to tak bardzo, że zaraz na drugi dzień pobiegłam do sklepu zoologicznego i popatrz, jaką śliczność złociutką sobie kupiłam.

 

 

Mało tego, na poczekaniu nawet wierszyk dla dzieci mi się o niej wymyślił, ale wymaga jeszcze korekty.

No to bywaj, Maryniu! A Twoje złote rybki niechaj spełniają Twoje życzenia, jedno po drugim.

Pozdrowienia ślę, buziaczki dołączam! Nastka

PS

Zapomniałam Cię pochwalić za Twoje arcydzieło gołąbkowe. Gołąbki wyglądają pysznie. Pysznie pewne też smakowały. Niech Cię ta muza ma w swojej opiece na zawsze. To się Bron będzie cieszył. A co! Wszak personel i sąsiedzi już się cieszą. Ja także... bo mam co oglądać.

2009

 Z cyklu: „Teksty epistolarne”

 

środa, 23 grudnia 2020

Listy przyjaciółek, Maryni & Nastki (10). Boże Narodzenie 2009


Witaj, Nastusiu kochana!

Już Cię nawet przepraszać nie będę za moje długie milczenie, bo znając Ciebie, wiem, że mnie zrozumiesz i że mi wybaczysz. Straszliwie ostatnio zajęta jestem. A dni takie krótkie się zrobiły, że nawet nie wiem, kiedy kończy się jeden dzień a zaczyna drugi. Nie lubię tego czasu i szaroburego widoku za oknem. Śnieżna zima jest lepsza, bo przynajmniej biało dookoła, przez co i przyjemniej.

No i święta już za pasem. Wybieram się na cały okres świąt na wieś do mojej Mamy. Wcześniej myślałam, że spędzę je w domu z Polą, i Mamę do siebie ściągnę, ale okazało się, że Pola ze swoimi przyjaciółmi wyjeżdża na dwa tygodnie do Tajlandii. Wróci po Nowym Roku. Postanowiłam więc spędzić święta na wsi, w domu rodzinnym... Śladami dzieciństwa. Mama jest zachwycona, bo też woli swoją wieś niż moje miasto. Kazan pewnie będzie też zachwycony. Wylata się po maminym ogromnym podwórzu co niemiara.

Aha, Nastka, a za mojego Brona, to ja Ci uszy ponaciągam. Poczekaj tylko! Jak się u mnie wreszcie kiedyś zjawisz, będziesz latać po moim królestwie jak kłapouch nr 7. Hihihi… Zobaczysz! Gadałam z Bronem na skypa i opowiadałam mu o Tobie i o tym Twoim rozpuszczaniu cudzych mężów. Uśmiał się zdrowo i powiedział, że jak tylko wróci do kraju, musisz do nas przyjechać. On osobiście wyśle Ci zaproszenie. Widzisz, jakie te chłopiska puste? Jak bardzo lubią być rozpieszczane? Będziesz miała pole do popisu. Przynajmniej w oczach Brona… No bo ja, obiecanego kłapoucha nr 7 i tak z Ciebie zrobię.

Melduję, że maluję nadal. I to z coraz to większa pasją. Tym razem podsyłam Ci portret mojego Brona z lat młodzieńczych. Odrysowałam go ze starego zdjęcia, które mi podarował wraz dedykacją w maturalnej klasie.


No jak? Fajniutki był, co nie? Nawet ten jego orli nos dodawał mu uroku. Ależ moje ślubne szczęście będzie miało niespodziankę, kiedy wróci. Jego ślubna z nagła zaskoczy go aż dwoma muzami naraz. Kulinarną i malarską.

Nastusiu kochana, będę kończyć, ale chciałabym jeszcze złożyć Ci życzenia świąteczne i noworoczne.

Ykhm… ykhm…! No to więc tak:

 

Oby Święta były dla Ciebie tak radosne,

jak radosne są ptaszki na wiosnę…

Oby prezentów pod choinką multum było,

co by Twoją radość, bardziej wzbogaciło.

A Nowy Roczek Twe marzenia niechaj spełni,

co byś się mogła czuć szczęśliwa… i spełniona w pełni.

 

Ha, ale mi wierszyk wyszedł... Tylko się nie śmiej ze mnie, bom antytalent poetycki… Ba, w całej pismaczej ogólności antytalent ze mnie. Ale życzenia moje dla Ciebie z serducha mojego wypływają, w którym Ty, zajmujesz dużo miejsca. Boś moją ukochaną Psiapsiółką przecie.

Do życzeń moich dołącza się również Urszulka. Prosiła mnie o to. Ciągle się o Ciebie dopytuje. Mówi, że bardzo by chciała Cię poznać i osobiście podziękować za lekcję życia, jakiej jej udzieliłaś w ostatnim liście. Do dziś o tym wspomina… i za każdym razem ryczy ze śmiechu, jakby jej kto pijawki do pięt przystawiał.

Pa, Kochana! Pędzę do zajęć, bo dzień wnet będzie się kończyć, a ja tyle mam jeszcze do zrobienia… Ależ zajęta jestem… Ależ ja to lubię! To, że bardzo zajęta jestem. Bo, przyznam Ci się szczerze Nastusiu, ja się ogromnie cieszę, kiedy mam dużo zajęć. Wtedy chce mi się żyć. Nie znam słowa „nuda”. O rany, chyba bym się rozchorowała, gdyby mi, co nie daj Bóg, przyszło się nudzić.

Buziam serdecznie i pozdrowionka ślę dla Ciebie i Twoich kochanych Dzieciaczków z Dzieciaczkami! Wesołych Świąt i samych wspaniałości w Nowym Roku! Przyjemnie Zajęta Maryna

***

Witam zapracowaną Psiapsiółkę!

A pewnie, że Cię rozumiem, bom sama zapracowana. I też przyznam, że być zapracowaną bardzo lubię. Nawet ostatnio wcześniej wyskakuję z łóżka, aby tylko zdążyć wszystko zrobić, co sobie w nocy przed uśnięciem zaplanuję. To moje wcześniejsze wstawanie też polubiłam. Dzień wydaje się o wiele dłuższy i taki jakiś radośniejszy. Nie na darmo stare polskie przysłowie mówi: „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”. Kiedy dawno temu miałam zły okres w swoim życiu, że rankami z łóżka wyczołgać mi się nie chciało, czułam się potwornie. Nie miałam siły ani chęci na nic. Myślę, że takie ranne, niepotrzebne gnicie w łóżku, to pierwszy krok do popadnięcia w depresję, gdyż powstaje wtedy taki łańcuszek powiązań, a właściwie uzależnień. Długie spanie uzależnia i powoduje osłabienie organizmu, więc się śpi jeszcze dłużej. A im dłużej się śpi, tym bardziej się jest osłabionym. A jak się jest bardziej osłabionym, tym dłużej się śpi. No i błędne koło się zamyka… I ani się człek obejrzy, a deprecha już na poważnie spoziera mu w oczy. Tak że powinnyśmy być Maryniu szczęśliwe, że łóżka nasze traktujemy jedynie jako miejsce nocnego wypoczynku, a nie wielogodzinnego wylegiwania się. A tak w ogóle, to myślę, że ludziom czynu, ludziom z pasją, takie nadmierne korzystanie z łóżka rzadko się zdarza. Takim ludziom też i depresja nie grozi. Co Ty na to, Pani Doktor? Mam rację?

No pięknie Ci wychodzi to portretowanie. Dzięki za portrecik Brona. Przystojniaczek z niego był… tzn. jest… że ho, ho! Bo mniemam, iż tak mu zostało. Ty, Marynia, teraz mi przyszło na myśl… a może byś Ty tak zaczęła sobie tymi zdolnościami portretowania na jarmarkach dorabiać, co? Hihihi!... No dobra, dobra, żartuję, ale przyznam, że bardzo ładnie Ci to wychodzi. A może kiedyś byś i mnie sportretowała dla moich potomnych? Hę? Ależ byłabym Ci wdzięczna.

Miło mi, że Bron chce mnie zaprosić. Kto wie, może uda mi się z Jego zaproszenia skorzystać. Bo też marzy mi się, aby w przyszłym roku wybrać się do Polski. Jak tylko moje marzenie się ziści, zawitam u Was z pewnością. No a wtedy… ha, kłapoucha nr 7 to ja z Ciebie zrobię.

Podziękuj, proszę, Twojej sąsiadce Urszulce za życzenia. Mówisz, że moja lekcja się Jej spodobała? Hihihi…! A wcale się Jej nie dziwię, że marzy o wykopaniu szefowej. Dobrze, że choć umie śmiechem reagować na tak podłą sytuację. Bo nie ma nic gorszego, jak mieć szefa w spódnicy... Brrrr! Aż mnie potelepało na samą myśl. Całe życie jak diabeł święconej wody unikałam takiej sytuacji. No i na szczęście udało mi się. Nigdy nie miałam szefa w spódnicy… Ha, teraz nawet w spodniach nie mam.

Aha, zapomniałabym Ci się zwierzyć, że od jakiegoś czasu mam adoratora. Super nowinka, co?! Sama nie wiem, kto to jest. Wiem tylko tyle, iż jest znajomym mojej znajomej z Polski, z którą się poznałam dwa lata temu na Spotkaniu Polonusów w Berlinie i czasami do siebie pisujemy. I wyobraź Ty sobie, że ten jej znajomy, wielki biznesmen, gdzieś u niej wypatrzył moje zdjęcie, wypytał kto zacz i teraz morduje ją, aby nas ze sobą poznała. No i Basiurka, bo tak ma na imię ta moja znajoma, wystosowała do mnie liścik, w którym wyłuszczyła mi sprawę mojego wirtualnego adoratora. Uśmiałam się, bo dla mnie to komiczna sytuacja. Odpisałam więc jej, pół żartem, pół serio, że i owszem, możemy się poznać, bo w styczniu wybieram się do Berlina. Poznać się przecież zawsze można. Ale żeby jej znajomy nie robił sobie zbyt dużych nadziei, to od razu zaznaczyłam, że mam tylko jeden wymóg: — musi zadziałać chemia. Bo bez chemii ani rusz. Biznesmen musi coś sobą prezentować (prócz interesu, ma się rozumieć), bym miała ochotę z nim spędzić choć chwilkę z mojego drogocennego czasu. Hihihi! Zobaczymy, jaki będzie ciąg dalszy, i co z niego wyniknie. Zamelduję Ci z pewnością.

Wielgachne dzięki również i Tobie Maryniu za piękne życzenia. No co chcesz? Fajne życzonka Ci wyszły. Aż się wzruszyłam. W drodze rewanżu, powinnam Ci malowane życzenia przesłać. Niestety, takowych nie prześlę, bo do malowania za czorta talentu nie mam. Moje wnuczki lepiej ode mnie malują. O, spójrz! Podsyłam Ci szopkę własnoręcznie namalowaną i sklejaną przez moją 6-cio letnią wnuczkę.

Prawda, że ma talent? Ale to z pewnością nie po mnie, a po swojej mamie, a mojej córce. A teraz moje dla Ciebie życzenia. Ślę Ci je wraz ze stroikiem mojego stołu przedwigilijnego:

 


Życzę Ci Maryniu dużo miłości,

Niechaj w Twym sercu nieustannie gości...

Nie tylko w czasie Świąt i Nowego Roku,

Ale zawsze i wszędzie, na każdym kroku

 

Bądź szczęśliwa, Przyjaciółko kochana!

Tryskaj energią od samego rana.

Promieniuj radością na wszystkich dookoła,

Zadziwiaj talentami i… pisz epistoła.



Z utęsknieniem czekam na każdy Twój liścik. Pozdrawiam cieplutko! Zaniedbana epistolarnie Nastka

2009