
Cześć,
Nastka, witają Cię Kazaniowie!
Ciągle
szczęśliwi, że razem i tak nam już zostanie. A to dzięki Tobie,
moja kochana. Gdyby nie Ty, nawet na myśl by mi nie przyszło
zmieniać swego życia. Dzięki Tobie zmieniłam i stało się ono
dla mnie takie cudowne, pełne ciepła i radości. Ogromnie Ci
dziękuję, że mnie pchnęłaś na właściwe tory.
Teraz już
potrafię cieszyć się każdym dniem, każdą najdrobniejszą nawet
rzeczą, a uśmiech niemal bez przerwy gości na mojej twarzy. Do
pełni szczęścia brakuje mi jedynie Brona. Martwię się o niego.
Że też mu się zachciało na stare lata walczyć o polską rację
stanu. No, niby nie do końca walczyć, bo on lekarz, ale jednak.
Lekarz wojskowy to też żołnierz i też narażony jest na
niebezpieczeństwo. A swoją drogą, co ma polska racja stanu do
takich Talibów w Afganistanie? Nie znam się na tej wielkiej
polityce, ale czasami wydaje mi się, że dzisiejszy świat
zwariował, a wszystkim politykom oczy makiawelistycznym bielmem
zaszły. Politycy gonią za władzą za wszelką cenę, zupełnie nie
bacząc na naród, na swoich wyborców. Baczą jedynie na możnych
tego świata. Na co dzień aż nadto wyraźnie widać, iż nie
przebierają w środkach, dążąc do celu, czyli do zaspokojenia
swojego narkotycznego głodu władzy. Wierz mi, brzydzę się
politykami… Brrr!!! Toż to hieny. W większości. Tylu naszych
biednych żołnierzy już zginęło na nie naszej wojnie, w Iraku,
teraz w Afganistanie… I w imię czego, się pytam? W imię polskiej
racji stanu? Toż to czyste pieprzenie w bambus, że się już tak
brzydko wyrażę. Racji władzy tych, co u władzy, to tak, ale nie
narodu. Niechaj więc nie pieprzą górnolotnie… Kurka wodna! Ależ
się wnerwiłam! A niechby tym szurniętym fanatykom talibskim udało
się wtargnąć do naszego obozu? Chryste, nawet nie chcę o tym
myśleć.
Nastusiu,
wybacz mi, że pozwoliłam sobie na takie wywnętrzanie się, ale
przed kim mam się wywnętrzać, jak nie przed Tobą, moją dobrą,
bratnią duszą? Od razu mi lżej. No ni jak nie mogę się pogodzić
ze stanem słomianej wdowy. Przez tyle lat naszego pożycia po prosu
przywykłam, że Bron jest zawsze w domu. To jego pierwsza taka
eskapada wojskowa. Ale z pewnością ostatnia. Nigdy, przenigdy się
już na to nie zgodzę, żeby jeszcze gdzieś wybył na tak długo, a
zwłaszcza na jakąś głupią, przez polityków wymyśloną wojnę.
A oprócz tego, teraz w domu wszystko na mojej głowie. Akurat
wczoraj przybyła do mnie brygada remontowa i będzie kończyć
remont naszego domu. No bo wiesz, dwa lata temu, kiedy zakładałam
swoją prywatną praktykę, tylko parter remontowaliśmy. A teraz,
zgodnie z wcześniejszą umową, będzie u mnie na rusztowaniach
wisieć czterech chłopów. A jak długo będą wisieć, to tylko Bóg
raczy wiedzieć, bo chłopy nie wiedzą. A ja wiem jedynie, że Brona
jeszcze przez dziesięć miesięcy w domu nie będzie. No nic,
dobrze że mam Kazana to i pewniej się przy tych chłopach czuję.
A wiesz,
moja Pola przez cały weekend była w domu. Jest Kazanem zachwycona,
a on najwyraźniej nią, bo ciągle się do niej łasił. Widać, że
bidulce bardzo brakowało miłości. Natomiast moja sąsiadka
Urszulka tak bardzo zapragnęła mieć psa, że sobie tak samo ze
schroniska wzięła. No popatrz, jaki słodziutki. Wabi się Filut.
Urszulka
chciała dużego psa, ale jej mąż się nie zgodził. Wzięła więc
White Terier`a. Mąż jej jest zadowolony, bo jak mówił: —
„Posiadaczem psa tej rasy był nie byle kto… Ha, sam Karol
Darwin. A także Alfred Hitchcock i Pablo Picasso. A więc ja, Karol
Pikasek, też mogę, ba, nawet powinienem”. — Uśmiałyśmy się
z Urszulką z jej męża ogromnie. A i z Filuta także. Śmieszny
jest. I ruchliwy niemożebnie. Ciągle by się tylko bawił. Nie na
darmo wabi się Filut… Nomen omen. A za Kazanem to wręcz przepada.
Skacze mu po głowie, podgryza uszy, ciągnie za ogon… Kazan jednak
wszystkie te jego zabawne zaczepki cierpliwie znosi. Czuje się jego
opiekunem.
Uśmiałam
się do łez, czytając o Twojej Malwie. No to rzeczywiście miałaś
z nią urwanie głowy. Choć teraz, po latach, wesoło ją
wspominasz. Nie wiem, czy dałabym sobie radę z takim dziwacznym
psem, upartym, i do tego, ze złodziejska naturą. Hihihi!...
Malwinisko, dobre, fajnie ją nazywasz.
Będę
kończyć, moja kochana, bo muszę pędzić ze swoją kulinarną muzą
do kuchni. Powinnam tym moim czterem wiszącym na rusztowaniu chłopom
coś do jedzenia przygotować. Pozdrawiam Cię bardzo cieplutko… i
już mnie nie ma. Buziaczki w biegu posyłam… cmok, cmok, cmok!
Maryna
***
Witaj,
słomiana Wdowo!
No nie smuć
się już tak, dziesięć miesięcy minie jak z bicza trzasnął i
Twój Małżonek stanie w progu… wytęskniony, stęskniony,
odmieniony, serdeczny, rozpromieniony. A wyda Ci się z pewnością
młodszy, przystojniejszy, elegantszy… słowem, wspaniały i
jeszcze bardziej kochany. Bo też taka rozłąka paradoksalnie bardzo
dobrze wpływa na zaobrączkowanych. Oczywiście tych odpowiednio
zaobrączkowanych. A Wy, jak mniemam, do takich należycie. Rozłąka
w takim przypadku działa jak cudowne spoiwo. Spaja mocno i trwale.
Zobaczysz, ani się obejrzysz, a Twoje szczęście ślubne powróci
na łono… i Twoje, i rodzinki, i Waszej podmiejskiej przyrody. Rób
swoje od rana do nocy na wszystkich frontach, i naraz, i z osobna, a
to dobrze wpłynie na Twój stan ducha. Stężejesz, staniesz się
twarda, zaradna, niepokonana… wszak POLKA potrafi. Wszystko
potrafi. A nagrodą za ten trud codziennego życia będzie ogromna
satysfakcja, że podołałaś ze wszystkim. No! Myślę, że choć
odrobinę Cię wspomogłam w tym Twoim stanie słomianej wdowy.
A polityków
to i ja nie lubię. Masz rację, niestety, politycy w większości są
makiawelistycznymi i cynicznymi graczami. Nie przebierają w środkach
w dążeniu do celu. Podstępem, przebiegłością i bezwzględnością
prą do władzy w myśl maksymy Machiavellego: „Cel uświęca
środki”, nie zastanawiając się nawet, że tak po prawdzie, to
Machiavelli używając tych słów w swoim traktacie o sprawowaniu
władzy pt. „Książę”, w wielu miejscach wyraźnie stwierdza, w
jakich sytuacjach można tę zasadę stosować — wyraźnie ją
ograniczając. Pewnie Machiavelli w grobie się przewraca, że jego
nazwisko jest używane do określania aż tak dwuznacznych moralnie i
nacechowanych hipokryzją działań ówczesnych polityków. Bo jak
twierdzą badacze, sam Machiavelli w ogóle nie był makiaweliczny.
Nasi kochani politycy udają tylko takich wielce praworządnych i
pobożnych, a diabła mają za skórą… Ba, nie jednego. I mydlą
nam oczy, omamiają, byleby tylko władzuchnę zachować jak
najdłużej i zdążyć sobie kieszenie po brzegi ponapełniać. O
proszę, dla przykładu masz tu kilku zagranicznych polityków,
którzy wielką rolę odegrali swojego czasu nie tylko w swoim kraju,
ale i na świecie.

Rączka…
Niedźwiedź… Buzia!
I jak jednym
udało się coś dobrego zrobić dla narodu i świata i odeszli w
chwale (no, przynajmniej w tymczasowej, bo licho wie, co za szydło z
worka za jakiś czas wyjdzie), to innym tylko się wydawało, że coś
dobrego zrobili (choć my wiemy, że jedynie samo zło) i odeszli w
wielkiej niesławie.
A to, że
współczesna polityka i politycy liczą się głównie z interesami
możnych tego świata jest aż nazbyt pewne i widoczne. Sprawujący
władzę jakoś uważniej słuchają rad i sugestii światowych
potentatów przemysłowych niż zwykłych obywateli. Mają
świadomość, że rządzić skutecznie to znaczy współpracować z
odpowiednimi ludźmi. A najcenniejszymi są ci, którzy dysponują
odpowiednimi wpływami, możliwościami, a przede wszystkim
kapitałem. I niewiele ich to obchodzi, że te kapitały bogaczy
bardzo często pochodzą z przestępstw. O obywatelach, jako o swoim
elektoracie, przypominają sobie tak naprawdę dopiero przed
wyborami. I znów zaczynają obiecywać, mamić, oszukiwać… byleby
choć jeszcze trochę móc pobyć na szczycie władzy.
Kiedyś
więcej interesowałam się polityką, ale że coraz bardziej mnie
irytowała, przestałam się w nią wgłębiać. Toż to bagno bez
dna. Teraz interesuje mnie tylko na tyle, by wiedzieć, co się na
świecie dzieje. Zawsze oglądam Wiadomości TV i to mi wystarcza. A
i tak nieraz potrafię się wkurzać na polityków jak jasna cholera!
Zwłaszcza na naszych, rodzimych. Swojego czasu pisywałam nawet
satyry na tematy polityczne. Dzisiaj już mi się nie chce na ten
denny temat pisać. Uważam, że jest to zwykłe marnotrawienie
czasu. Nie znoszę hucpiarstwa, a już politycznego dopiero. No ale
jeden z moich wierszy satyrycznych Ci podsyłam. Ostatni. Napisałam
go ponad dwa lata temu (2006 r.), tak że i ośmieszane w nim
wydarzenia dotyczą tamtego okresu. Proszę bardzo, oto i on:
Polakom
brakuje poczucia humoru?
Oglądam co wieczór TV
Wiadomości
I to co tam widzę wcale
mnie nie złości.
A wręcz przeciwnie, ubaw
mam po pachy,
Bo krach za krachem goni
nowe krachy.
Krach na giełdzie, kryzys
w rządzie,
Tajne teczki ustawione w
rzędzie…
Szafa Lesiaka na oścież
otwarta —
To polska rzeczywistość…
Ech, do czarta!
Strach nerwy przędzie jak
pająk pajęczynę,
Każdy spietrany łeb
chowa pod pierzynę…
Ale zbyt długo chować go
nie może,
Nadchodzą nowe news`y —
pożal się Boże:
Ukryta kamera posłanki
Beger;
W stolicy pobity jakiś
„Neger”;
Młodzież Wszechpolska
swastykę nosi;
Lepper Kaczora o litość
prosi;
Kurski PO nową świnię
podłożył;
Jakiś debil nową partię
założył;
Giertych w mundurki dzieci
ubiera;
A gdzieś na świecie
panuje cholera…
Lecz to nie wszystko, bo
za chwilę:
Kanclerzyca Andzia
wygłasza swe Wille,
A w międzyczasie pobito
Rabina…
Po co? Dlaczego? Czyja to
wina?
Podumać o tym nam długo
nie dano,
Bo już na ekranie głoszą
znów rano,
Że Begerowa kurwikami
strzela
I z owsem do Sejmu jak nic
się wybiera.
Kaczora po kartoflu
Durchfall rozłożył
I Trójkąt Weimarski na
później przełożył.
Tusk z Rokitą, choć
przyjaciele z klubu,
Epatują spektakularnym:
łubu-dubu!
Uwaga, uwaga, znów news`a
podali!
Ciężki kaliber… z nóg
może zwalić…
W rządzie wybuchła
seksafera!!!
Zachód zbaraniał i oczy
przeciera.
„Sława” Polski nie
zna jednak granic,
Bo przy korycie wstyd mają
za nic.
Pękają ze śmiechu
narody całe,
Wręcz na Jamajce zdziwko
niemałe.
A my z duchem czasu
przecież idziemy
I co amerykańskie tylko
chcemy…
Chcemy na lunch wychodzić
z pracy.
Po pracy w weekend
odpoczywać na cacy.
Żadnych życiorysów
pisać już nie chcemy,
Bo CV brzmi piękniej i my
o tym wiemy.
Jakże amerykańskie jest
też „Sex-affair”
I jak super brzmi, choć
jest nie fair.
Już na przykładzie
Clintona Billa
W TV pokazano jak przaśna
to chwila.
Każdego dnia natłok
wiadomości
Przytłacza, przenika do
szpiku kości.
Zewsząd z nas chcą
wyciskać soki…
Czyż to za mało, by
zrywać boki?
Jednak my, naród —
kompleksy mamy…
I nie umiemy się śmiać
z siebie samych.
I choć to zaleta —
poczucie humoru,
Dla niej Polakom brakuje
wigoru.
***
Czas się nauczyć
poczucia humoru,
Nie mamy przecież
lepszego wyboru...
I śmiejmy się z siebie
drodzy rodacy,
Aż przyjdzie czas na
strajk: w pracy… i po pracy.
OK.,
Maryniu, kończmy z tym politykowaniem. Zamknijmy tę kartę czym
prędzej, wszak temat nudny i denny. Wpływu na politykę przecież i
tak mieć nie możemy. To po cóż się nią zajmować? A niechaj
wszyscy politycy sobie nawet łby publicznie poukręcają w walce o
władzę… A co to nam? Przecież nie będziemy się wkurzać ani
smucić. Zajmijmy się naszym życiem. Nam, kochającym życie,
nawet nie wypada. Dobrze mówię, co nie?
Tymczasem
pozdrawiam Cię bardzo cieplutko i czekać będę na nowe wieści z
Twojego poletka życiem uprawianego. Buziaczki gorące naturalnie też
ślę! Nastka
2009
Z
cyklu: „Teksty epistolarne”