Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niezwykłe przygody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niezwykłe przygody. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 lutego 2021

Dendroterapia w zimie też możliwa... i też działa

Każde wyjście zimową porą na dwór absolutnie znakomicie wpływa na nasze zdrowie. Najzdrowiej jest wyjść poza miasto, do lasu. Oczywiście jeśli się ma taką możliwość. Ale miejskie parki też są w miarę dobrym miejscem.

Kocham naturę, dlatego długo się nie zastanawiałam, kiedy moja córka z rana zadzwoniła, by sobie razem pobiegać po lesie. Wprawdzie najpierw odmówiłam, bo dzień wcześniej zdrowo sobie po lesie pobrykałam, a miałam akurat w tym dniu coś ważnego do załatwienia, jednak po chwili namysłu oddzwoniłam i zameldowałam pełną gotowość do wybiegu... ponadplanowego wybiegu. A co se będę żałować!

Będąc już w lesie, nie omieszkałam odwiedzić swojego ulubionego dębu... starego, wiszącego nad stromym urwiskiem. W tym akurat lesie to moje najważniejsze drzewo do przytulania. Ileż to ja już sobie energii od niego pobrałam przez te wszystkie lata. Ogrom! Na szczęście nic mu tym nie zaszkodziłam, bo widać, że ciągle ma jej dużo i nadal rośnie zdrowo.

Pociągnęłam do niego też i córkę. Trochę protestowała, krzycząc na mnie, że spadnę, że się zabiję, że szaloną matką jestem... i takie tam... Ale tak cieplutko, od serca. Fakt, było trochę ślisko, ale nie na tyle, żebym sobie przytulania musiała odmawiać.

Drzewa są dla mnie bardzo ważne, wszak są antenami energii Wszechświata. Energii, która każdemu stworzeniu jest niezbędna do życia. Zawsze ją czuję. Czuje ją każdy, kto z naturą jest blisko związany.

Potem razem zrobiłyśmy sobie jeszcze w tym miejscu (nieco dalej od urwiska oczywiście) krótką gimnastykę... i po niej ruszyłyśmy dalej.

Na zakończenie naszego dość długiego pobytu w lesie (miałyśmy dużo tematów do obgadania), odwiedziłam też i drugi mój dąb. Rośnie nad jeszcze bardziej stromym urwiskiem. Żeby nie straszyć już córki, pomaszerowałam tam sama. Dąb ten jest stosunkowo młody i rośnie tylko w górę, nie ma rozpostartych konarów jak ten stary. Łatwiej się do niego przytula, ale ja wolę jednak ten stary. Dlaczego? Sama nie wiem. Hmm... może z racji wieku?

 


Dla zainteresowanych dendroterapią (na poważnie) polecam mój poradnik pt. „Dendroterapia. Poprzez przyjemność ku zdrowotności”:

https://dlaczytajacych.blogspot.com/2020/03/dendroterapia-poprzez-przyjemnosc-ku.html


czwartek, 10 grudnia 2020

Moc zaklęta w słojach... Użyteczność drzew

 

Sama już nie wiem, skąd się to wzięło,

Że mnie na takie fotki natchnęło...

Pstrykało mi się całkiem snadnie,

Jednak pstrykałam — co popadnie.


Kiedy do domu z lasu wróciłam

i do kompa aparat podłączyłam...

Aż mnie zatkało, przyznaję szczerze.

Czy to przypadek? Jakoś nie wierzę!


Długo się jeszcze bardzo dziwiłam,

Że tylko dzieła z drzew uwieczniłam.

Pewnie to musi coś jednak znaczyć...

Swą użyteczność chcą tak zaznaczyć?


***

Jaka jest użyteczność drzew? Każdy wie, ogromna. Zdjęcia z mojej wędrówki (m.in.) też o tym świadczą. A to tylko malutki ułamek ich użyteczności.

Chodząc po lesie, miałam wiele spraw do przemyślenia. A dumając nad nimi, robiłam zdjęcia, nie do końca wiedząc, co fotografuję. Bo też od kiedy ekranik mojej cyfrówki eksplodował, nic na nim nie widzę. Chociaż nie, widzę, grubą krechę i coś w rodzaju obrazka przedstawiającego dwie czarne róże. Tylko to i nic więcej. Od tamtej też pory zdjęcia robię na wyczucie.

Eksplozja ekranika jest pewnie konsekwencją mojego zbyt częstego fotografowania słońca. Widocznie aparat w końcu nie wytrzymał tak potężnej energii. Ale że go bardzo lubię (niespodzianki również) na wypady do lasu zawsze go zabieram i pstrykam fotki intuicyjnie. Potem zaś w domu, z wielkim podnieceniem, oglądam na monitorze komputera, co też za obrazki udało mi się utrwalić. No i dzisiaj akurat utrwaliłam tylko te związane z drzewami. A właściwie z rzeczami z nich powstałymi. Dziwne? Może... Ale nie do końca. Wszak są na nich konkretne i bardzo użyteczne dzieła z drzew:

* Chatka w środku lasu, w której cały rok na okrągło spotyka się młodzież ewangelicka.

* Ambona na skraju polany, nie tylko dla myśliwych, bo nieraz i ja na niej siedzę.

* Szałas dla leśników, gdzie zimą przechowywana jest także karma dla zwierząt.

* Tablica informacyjna na parkingu pod lasem.

* Korytko na wodę źródlaną. Źródlanka pyszna, próbowałam.

 


* Krzyż na szczycie Oksenberg (góra Wołowa 909 m.n.p.m.).

* Ławeczka na szczycie góry, na której czasem przysiadam.

* Palety... A co, je też drzewa nam przecież dają. Pamiętam, że chciałam zrobić fotkę siedzącej na drzewie wiewiórce, a tylko palety mi się uchwyciło.

* Drzwi wyjściowe do ogrodu. Też są drewniane, znaczy ich futryny. Schodki nie inaczej.

 


* Zdjęcie z wnuczkami sprzed paru lat jest też ciekawe. Przedstawia nie tylko wiele użytecznych dzieł z drzewa w czasie świętowania, ale przede wszystkim pokazuje, że ktoś przez okno (o drewnianych futrynach oczywiście) zaglądał do pokoju, czego wcześniej nikt z nas nie zauważył. Dopiero oglądając zdjęcia (na ekranie komputera), spostrzegliśmy dwie pary świetlistych oczu. Jestem pewna, że należały do leśnych ludków.

Śmieszne? Może i tak, ale ja już tak mam, że nawet w najzwyklejszych rzeczach jakieś niezwykłości widzę. No cóż, w końcu, ku mojemu szczęściu, udało mi się zachować w sobie dziecko.

***

Wszyscy mamy tylko jedno życie... By czuć się w nim szczęśliwym, lepiej przeżyć je radośnie, aniżeli w smutku, albo, co gorsza, w nienawiści.


Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"


wtorek, 14 stycznia 2020

Jazda na rowerze bywa kontuzyjna

Ale tylko bywa. Ja mogę powiedzieć, że jeżdżę raczej bezkontuzyjnie. Raczej, bo wywrotki miałam nieraz, ale na szczęście nigdy nic poważnego mi się nie stało. Oczywiście oprócz paru stłuczeń, zadrapań i siniaków. Pewnie dlatego, że na wszystkie te wywrotki poniekąd miałam jakiś tam wpływ. Byłam tylko ja na rowerze i naturalny powód wywrotki. A skoro naturalny, to w ułamkach sekund mogłam jakoś zareagować.

Raz tylko, w zeszłym roku w lutym, kiedy powodem mojej wywrotki był akurat człowiek, potłukłam się poważnie. Nie zdążyłam zareagować, bo też nie mogłam się spodziewać, że jakiś idiota idący z przeciwka po leśnej dróżce złapie za kierownicę mojego roweru. A muszę przyznać, że w tym momencie jechałam nawet dość szybko. Bo też nie czułam żadnego zagrożenia. Prawą stronę drogi miałam wolną. Widoczność dobra. A tu nagle coś takiego!... Wystrzeliłam w powietrze jak z katapulty. Wylądowałam na poboczu drogi. Na moment straciłam przytomność. Próbowałam się podnieść, ale chwilę to trwało. Kręciło mi się w głowie. W końcu pomogła mi młoda para, którą wcześniej wyprzedziłam na drodze. Zaś ten facet, główny winowajca i sprawca wypadku, szybko zwiał. Tchórz jeden. Zdawał sobie sprawę, co zrobił. A pewnie też czuł i ból. Palce lewej ręki musiał mieć zdrowo obite.

Mimo grubego ubrania, jakie miałam na sobie, zharatałam sobie cały prawy bok do krwi, łącznie z twarzą. Przede wszystkim uszkodziłam sobie żebra. Bałam się o wątrobę. Lądując, spadłam brzuchem na kierownicę. Nie wiem, co stałoby się z moją głową, gdybym kasku na niej nie miała. Rower też był uszkodzony. Kierownica krzywa. Przednie koło scentrowane. Przekładki zaklejone błotem. Łańcuch spadł na ziemię. Młodzi ludzie chcieli dzwonić na pogotowie, ale ja, kiedy już doszłam w miarę do siebie, uparłam się, żeby tego nie robili. Przekonywałam, że dam radę sama do domu wrócić. Poprosiłam tylko, żeby mi rower doprowadzili do jako takiego porządku. Trochę się z tym pomęczyli, ale się udało.

Z bólem, bo z bólem, ale powoli ruszyłam w kierunku domu. Miałam do pokonania jeszcze ok.15 km. Ciągle mi się w głowie kręciło. Ale już tylko trochę. Nie było aż tak źle. Dawałam radę. Dopiero kiedy znalazłam się w domu, kiedy adrenalina przestała działać, poczułam paraliżujący ból całego brzucha. Nie mogłam swobodnie oddychać.
Zadzwoniła moja córka. Pewnie intuicyjnie wyczuła, że matka znalazła się tarapatach. Natychmiast do mnie przyjechała wraz z wnukiem i zawieźli mnie do Kliniki Ortopedycznej. Badania trwały ponad 2 godziny. Na szczęście okazało się, że żebra są całe, tylko poważnie potłuczone. Wątroba też cała. Rany mi opatrzono, zaordynowano silne tabletki przeciwbólowe i na szczęście pozwolono wracać do domu. Jedyne czego mi zabroniono, a co było oczywiste, to jazdy rowerem, i to przez 6 tygodni.

Był luty, wyjątkowo ciepły miesiąc. Nie mogłam przeżałować, że nie mogę jeździć. Wytrzymałam w domu 3 tygodnie. Potem, cichaczem przed dziećmi, wyciągnęłam rower i ruszyłam w las. Żebra bolały jeszcze jak cholera, ale co tam, byłam szczęśliwa, że jadę. Bałam się jedynie nagłej wywrotki, bo to byłby ból, a było trochę ślisko. Na szczęście nic się nie stało. Od tamtej pory jeździłam już jakby nigdy nic. Ból żeber z dnia na dzień zanikał.

Dzisiaj na żwirowej leśnej dróżce znów się wywaliłam. Akurat weszłam w zakręt i wpadłam w głębokie koleiny. Rower miałam lekko przechylony, jak to na zakręcie, a że koleiny wypełnione były błotem i luźnymi kamyczkami, to i pod kołami się obsunęły. Nie było rady, wyrżnąć musiałam. I wyrżnęłam. Jak długa. Siła uderzenia wykręciła kierownicę do tyłu tak że aż błotnik spadł z przedniego koła. Siodełko zaś przyjęło pozycją – na bakier. Mnie na szczęście nic się nie stało. No, za wyjątkiem lekko zadrapanego lewego łokcia. Ale co tam! Szybko pozbierałam się do kupy, rower też, i pognałam dalej.

Cóż, jestem skazana na rower. Opowiadałam o tym we wspomnieniu "Bicycle czar". Rower to moja pasja. Była, jest i będzie... jak najdłużej się da.