Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rower. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rower. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 kwietnia 2021

Rowerem po błotnistych wertepach... i może na spotkanie z obcym?

Dzień był deszczowy i w zasadzie nie musiałam wyruszać rowerem na wycieczkę. Ale że ją sobie zaplanowałam już kilka dni wcześniej, plan wykonać musiałam. Akurat w tym dniu. W następnych dniach miałam co innego do zrobienia.

Wyjechałam z domu kiedy deszcz tylko kropił, ale gdy dojeżdżałam już do ściany lasu, rozpadał się na dobre. Ale co tam, wracać do domu nie miałam zamiaru.

 


Żeby nie zmoknąć całkowicie, zatrzymałam się na chwilę pod przydrożnym krzyżem, wyjęłam z plecaka przeciwdeszczowy kombinezon, założyłam... i w drogę.

Objeździłam dwa lasy wzdłuż i wszerz i nigdzie nie spotkałam żywego ducha. Nie licząc trzech sarenek, które przebiegły mi prawie przed nosem, przecinając leśną dróżką.

Czy się nie boję tak samotnie jeździć po lesie? Nie, chyba nie. Ale na wszelki wypadek zawsze mam w kieszeni gaz pieprzowy. Nigdy go jeszcze nie użyłam, ale zawsze pewniej się z nim czuję... Zaraz, raz jednak użyłam, ale na wędrówce pieszej. Zaatakował mnie wtedy pies rottweiler, który uciekł ze schroniska dla zwierząt. Gaz zadziałał odpowiednio, pies, skomląc, natychmiast się wycofał.

Czasami mam jednak takie wrażenie, że ktoś mnie obserwuje z ukrycia. Nie wiem, skąd to odczucie, ale mam go często. Może obcy są w lesie?... Uśmiecham się do swoich myśli, bo a nuż będę miała szczęście jakichś kosmitów kiedyś spotkać? Podobnie jak przed laty rolnik Jan Wolski z Emilcina.

 


Do domu wróciłam mokra, strzaskana błotem, ale szczęśliwa. Wcale nie zmarzłam. Wręcz przeciwnie. Krew przyjemnie buzowała mi w żyłach. W myślach układałam już sobie plan kolejnej wędrówki... I?

I rozmyślałam (tak trochę pół żartem, pół serio, bo mam bogatą wyobraźnię), jak powinnam się zachować, kiedy przyjdzie mi kiedyś rzeczywiście spotkać obcych. Bać się nie będę, bo od dziecka bardzo mnie ciekawią. Wiele o nich czytam. W każdym razie wolę ich spotkać, aniżeli człowieka... niezrównoważonego i fałszywego.


poniedziałek, 9 listopada 2020

Rowerem po zdrowie i radość życia

Jazda rowerem polecana jest wszystkim tym, którzy kochają ruch na świeżym powietrzu i obcowanie z przyrodą. Rower jest też uniwersalnym środkiem lokomocji. Łatwy w obsłudze i, co tu dużo mówić — tani w eksploatacji. W zatłoczonych miastach pozwala przemieszczać się szybciej, aniżeli samochodem. Daje nam też wielką korzyść: poprawę kondycji i stanu zdrowia. A także, co bardzo ważne, możliwość poznawania okolic, wszak możemy się nim zatrzymywać wszędzie, gdzie tylko mamy ochotę.

Podczas jazdy podnosi się poziom endorfin, w wyniku czego, poprawia się nam samopoczucie, czujemy się radośni. Dotleniony mózg powoduje, że i stres idzie w zapomnienie. Ba, nagle, ni stąd, ni zowąd, pedałując, przychodzą nam do głowy rozwiązania problemów, z którymi borykamy się już od jakiegoś czasu.

Jeżdżąc rowerem regularnie, poczujemy się zdrowsi, pełni energii, a także radośniejsi. Uśmiech na co dzień będzie gościł na naszych twarzach.

Tegoroczna listopadowa aura, jak do tej pory, sprzyja rowerowaniu. Póki jeszcze więc czas, póki śniegiem nie sypie, póki mrozem nie ściska, ten kto kocha jazdę rowerem, w każdej wolnej chwili wskakuje na rower i wykorzystuje ten czas — „póki”.

Wykorzystuję i ja. W przeciągu ostatnich dni objeździłam tutejszą kotlinę. Byłam nawet w tej jej części, na której jeszcze nigdy do tej pory rowerem nie byłam. Trudno było ją zdobyć. Jest stroma. Ale tak mi się spodobała, że pedałowałam tam dwukrotnie.

Jeżdżę tylko po lasach i czasami są takie dni, kiedy wracałam do domu cała strzaskana błotem jak nieboskie stworzenie. Ale mimo wszystko — szczęśliwa.

 


Wczoraj, kierując się już do domu, w oddali spostrzegłam coś dziwnego. Podjechałam bliżej. Cóż za oryginalny pomnik. Wykonany został przez wędrowców. Spontanicznie. Poinformował mnie inny rowerzysta, który się również mu przyglądał. Ponoć ciągle powiększa swoją objętość. Oprócz różnego rodzaju obuwia, czapek, torebek, skarpetek... nawet biustonosz na nim zawisł.

 



wtorek, 14 stycznia 2020

Jazda na rowerze bywa kontuzyjna

Ale tylko bywa. Ja mogę powiedzieć, że jeżdżę raczej bezkontuzyjnie. Raczej, bo wywrotki miałam nieraz, ale na szczęście nigdy nic poważnego mi się nie stało. Oczywiście oprócz paru stłuczeń, zadrapań i siniaków. Pewnie dlatego, że na wszystkie te wywrotki poniekąd miałam jakiś tam wpływ. Byłam tylko ja na rowerze i naturalny powód wywrotki. A skoro naturalny, to w ułamkach sekund mogłam jakoś zareagować.

Raz tylko, w zeszłym roku w lutym, kiedy powodem mojej wywrotki był akurat człowiek, potłukłam się poważnie. Nie zdążyłam zareagować, bo też nie mogłam się spodziewać, że jakiś idiota idący z przeciwka po leśnej dróżce złapie za kierownicę mojego roweru. A muszę przyznać, że w tym momencie jechałam nawet dość szybko. Bo też nie czułam żadnego zagrożenia. Prawą stronę drogi miałam wolną. Widoczność dobra. A tu nagle coś takiego!... Wystrzeliłam w powietrze jak z katapulty. Wylądowałam na poboczu drogi. Na moment straciłam przytomność. Próbowałam się podnieść, ale chwilę to trwało. Kręciło mi się w głowie. W końcu pomogła mi młoda para, którą wcześniej wyprzedziłam na drodze. Zaś ten facet, główny winowajca i sprawca wypadku, szybko zwiał. Tchórz jeden. Zdawał sobie sprawę, co zrobił. A pewnie też czuł i ból. Palce lewej ręki musiał mieć zdrowo obite.

Mimo grubego ubrania, jakie miałam na sobie, zharatałam sobie cały prawy bok do krwi, łącznie z twarzą. Przede wszystkim uszkodziłam sobie żebra. Bałam się o wątrobę. Lądując, spadłam brzuchem na kierownicę. Nie wiem, co stałoby się z moją głową, gdybym kasku na niej nie miała. Rower też był uszkodzony. Kierownica krzywa. Przednie koło scentrowane. Przekładki zaklejone błotem. Łańcuch spadł na ziemię. Młodzi ludzie chcieli dzwonić na pogotowie, ale ja, kiedy już doszłam w miarę do siebie, uparłam się, żeby tego nie robili. Przekonywałam, że dam radę sama do domu wrócić. Poprosiłam tylko, żeby mi rower doprowadzili do jako takiego porządku. Trochę się z tym pomęczyli, ale się udało.

Z bólem, bo z bólem, ale powoli ruszyłam w kierunku domu. Miałam do pokonania jeszcze ok.15 km. Ciągle mi się w głowie kręciło. Ale już tylko trochę. Nie było aż tak źle. Dawałam radę. Dopiero kiedy znalazłam się w domu, kiedy adrenalina przestała działać, poczułam paraliżujący ból całego brzucha. Nie mogłam swobodnie oddychać.
Zadzwoniła moja córka. Pewnie intuicyjnie wyczuła, że matka znalazła się tarapatach. Natychmiast do mnie przyjechała wraz z wnukiem i zawieźli mnie do Kliniki Ortopedycznej. Badania trwały ponad 2 godziny. Na szczęście okazało się, że żebra są całe, tylko poważnie potłuczone. Wątroba też cała. Rany mi opatrzono, zaordynowano silne tabletki przeciwbólowe i na szczęście pozwolono wracać do domu. Jedyne czego mi zabroniono, a co było oczywiste, to jazdy rowerem, i to przez 6 tygodni.

Był luty, wyjątkowo ciepły miesiąc. Nie mogłam przeżałować, że nie mogę jeździć. Wytrzymałam w domu 3 tygodnie. Potem, cichaczem przed dziećmi, wyciągnęłam rower i ruszyłam w las. Żebra bolały jeszcze jak cholera, ale co tam, byłam szczęśliwa, że jadę. Bałam się jedynie nagłej wywrotki, bo to byłby ból, a było trochę ślisko. Na szczęście nic się nie stało. Od tamtej pory jeździłam już jakby nigdy nic. Ból żeber z dnia na dzień zanikał.

Dzisiaj na żwirowej leśnej dróżce znów się wywaliłam. Akurat weszłam w zakręt i wpadłam w głębokie koleiny. Rower miałam lekko przechylony, jak to na zakręcie, a że koleiny wypełnione były błotem i luźnymi kamyczkami, to i pod kołami się obsunęły. Nie było rady, wyrżnąć musiałam. I wyrżnęłam. Jak długa. Siła uderzenia wykręciła kierownicę do tyłu tak że aż błotnik spadł z przedniego koła. Siodełko zaś przyjęło pozycją – na bakier. Mnie na szczęście nic się nie stało. No, za wyjątkiem lekko zadrapanego lewego łokcia. Ale co tam! Szybko pozbierałam się do kupy, rower też, i pognałam dalej.

Cóż, jestem skazana na rower. Opowiadałam o tym we wspomnieniu "Bicycle czar". Rower to moja pasja. Była, jest i będzie... jak najdłużej się da.