sobota, 6 marca 2021

Kochaj psa swego jak siebie samego… i idź z nim do szkoły

Szkoły dla psów zajmują się ich szkoleniem i wychowaniem, uczą właściwych relacji z opiekunami. Opiekunów zaś zapoznają z podstawami kynologii, z potrzebami psów i ich psychiką, a także ze sposobami ich pielęgnacji i karmieniem.

Każdy pies, podobnie jak człowiek, ma inny charakter, inne potrzeby. Do każdego psa należy podchodzić więc indywidualnie. W szkołach dla psów, dzięki zróżnicowanym zajęciom, uczymy się psiego języka, a on uczy się naszego. Umożliwia to nawiązanie z nim lepszej komunikacji, zacieśnia więzi.

W ich szkoleniu najważniejsze jest, aby poznać się nawzajem, zrozumieć i porozumieć. Szkoląc, korzysta się jedynie z metod pozytywnych, opierających się na współpracy psa i człowieka. Pies chętnie wykonuje polecenia, kiedy zostaje za nie wynagradzany.

 


Wtedy je zapamiętuje i chętniej wykonuje po raz kolejny. Jego negatywne zaś zachowania powoli w nim zanikają, gdyż za nie nie zostaje wynagradzany ani miłym słowem, ani smakołykiem. Każda nagroda uczy psa myślenia i w rezultacie jego pozytywne zachowania stają się trwałe, nie zanikają.

Pies może być najlepszym i najwierniejszym przyjacielem człowieka, pod warunkiem jednak, że jego przywiązanie jest odwzajemnione.

 


Psy, tak samo jak ludzie, chcą być kochane. Kupując go, musimy w pełni zdawać sobie sprawę, że jest żywym stworzeniem, nie zabawką. Nie możemy ulegać chwilowym kaprysom i gdy podrośnie, czy się już nam znudzi, traktować go jak niepotrzebny przedmiot. Psy mają serce i cierpią. Podobnie jak człowiek odczuwają ból i smutek.


Gdy słyszę, że w Polsce, w tak bardzo katolickim kraju, psy są porzucane, oddawane do schroniska lub przywiązywane do drzewa w lesie, albo, co gorsza, bestialsko mordowane, serce mi pęka. Taki czyn woła o pomstę do nieba. Ludzi dopuszczających się takiego bestialstwa powinno się konsekwentnie i surowo karać.

Szkoły dla psów, choć są bardzo potrzebne i coraz ich więcej, miłości do psów niestety nie nauczą. Miłość do psów, jak i każdą inną, musimy mieć zaszczepioną w sercu. Jeśli nie mamy, nigdy nie powinniśmy się na kupno psa decydować. 


Czarny łabędź, piękno i gracja w jednym

Czarny łabędź to rzadko spotykany gatunek pochodzący z Australii, Nowej Zelandii i Tasmanii. Od przełomu XVIII/XIX wieku są hodowane jako ptaki ozdobne też i w Europie Zachodniej, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii.

Mnie się udało jednego podziwiać i sfotografować w Schwarzwaldzie w miejscowości Fischerbach (Badenia-Wirtembergia).


 

Ten jakże piękny i niezwykły ptak ma upierzenie w większości czarne, z pasem białych lotek na krawędzi skrzydeł, które wyraźnie widać dopiero w locie. Ma długą szyję i jaskrawoczerwony dziób z białym zakończeniem. Zaś jego nogi są koloru ciemnoszarego. Z kolei młode ptaki najpierw pokryte są ciemnobrązowym opierzeniem.

Samce są trochę większe od samic, mają też dłuższy i prostszy dziób. Dorosłe osobniki w czasie pierzenia gubią wszystkie lotki jednocześnie i wtedy nie mogą latać przez okres około pięciu tygodni. 

 

Z cyklu: "Co w przyrodzie piszczy"


czwartek, 4 marca 2021

Listy przyjaciółek, Maryni & Nastki (9). Pół żartem, pół serio


 

Witam, kochana Nastusiu!

Wybacz mi tak długie milczenie. Tak bardzo byłam ostatnio zajęta, że nawet nie wiem, kiedy tyle czasu minęło od ostatniego mojego listu do Ciebie. Wybaczysz Nastusiu, co? Proszę!

Już Ci wyjaśniam, czym aż tak bardzo zajęta byłam. Że praca, że dom, to normalne, zajęć ogrom, ale ja nie o tym. Otóż zajęta byłam czymś innym, czymś, o czym już dawno zapomniałam, a co dopiero niedawno samo mi się jakoś z nagła przypomniało… Malowanie! Nastusiu moja kochana, wróciłam do malowania! Wyobrażasz to sobie? Ostatni mój obraz popełniłam grubo przed maturą, a teraz, ni stąd, ni zowąd, ochota do malowania wróciła. Żadna tam ze mnie malarka już nie będzie, to pewne, ale najważniejsze, że w malowaniu, czy rysowaniu, znajduję ogromną przyjemność. Ta czynność mnie bardzo wycisza, uspokaja, odpręża, przywraca równowagę, a w rezultacie — dodaje energii. Po każdym takim moim „malnięciu” czegoś tam, czuję się taka rześka, taka silna, że… hihihi!... góry mogłabym przenosić. Nawet Kazan ma korzyść z mojej odnowy, bo jeszcze dłużej brykam z nim po lesie. Podsyłam Ci moje pierwsze dzieło, tylko się ze mnie nie śmiej. Chcę, abyś zerknęła swym wrażliwym okiem i oceniła moje umiejętności, a przy okazji poznała moją sąsiadkę Urszulkę, bo to ona służyła mi za model. Ona w każdym razie jest sobą zachwycona na tym rysunku, bo jak twierdzi, ujęłam jej sporo lat. 

 


Aż sama zaskoczona jestem, że ostatnio tyle różnych muz mnie dopada. A może to jeszcze nie ostatnia?

A z tym komplementowaniem mojego Brona, to Ty Nastusiu nie przesadzaj. Chcesz mi chłopa rozbisurmanić? Się nie zgadzam! Słyszysz?! Chłopa trzeba krótko za mordziuchnę trzymać. Za wiele nie chwalić. No! Opowiedziałam też Urszulce o tym, co mi pisałaś w tej kwestii, i o tym, żeś od lat sama sobie szefem, bo szefów nie trawisz, zwłaszcza w spódnicy. Uśmiała się co niemiara. Ale też zaczęła się nagle zastanawiać nad swoją sytuacją w pracy. No i doszła do wniosku, że w niedalekiej przeszłości popełniła wielki błąd, bo kiedy jej proponowano stanowisko szefa oddziału, zrezygnowała, i teraz ma nad sobą koleżankę jako szefa. Nielubianą koleżankę, która się ciągle nad nią pastwi. Rozmyśla już, jakby tu pozbyć się tego babsztyla i samej zostać szefową. Mówi, że choć to trudna i długa droga, spróbuje. A gdyby to próbowanie szło jej jak po grudzie, to najwyżej wszystkie frustracje nagromadzone w tym czasie odreagowywać będzie w domu na mężu, jak wróci z Belgii. Albo zostanie w domu i zajmie się nicnierobieniem. Oj, narobiłaś tej mojej Urszulce bałaganu w głowie… Oj, narobiłaś. Mnie na szczęście nie, bo też sama sobie jestem szefem już od ponad dwóch lat.

Też żałuję, że muza śpiewacza opuściła Cię w wieku dojrzewania. Z chęcią bym Twojego śpiewu posłuchała, gdy u mnie zawitasz. Ale nie martw się, przecież masz tyle innych talentów. Zaraz, teraz tak sobie myślę… A może Twoja śpiewacza muza jeszcze do Ciebie powróci? Tak jak moja malarska do mnie powróciła.

Nie będę Cię już kotkami usypać, skoro za nimi nie przepadasz. Ale żałuj, bo one są naprawdę milutkie. Uspakajają swoim mruczeniem, ogrzewają, ba, leczą nawet z reumatyzmu… Słyszysz, Nastuś? Lekarz Ci to mówi, choć to bardzo nieprofesjonalne ze strony lekarza… A jednak mówi! No ale skoro nie chcesz, to dzisiejszej nocki niechaj księżyc Ciebie uśpi:

Ach śpij, kochanie, jeśli gwiazdkę z nieba chcesz — dostaniesz.

Czego pragniesz daj mi znać, ja Ci wszystko mogę dać. 

Więc dlaczego nie chcesz spać?

Ach śpij, bo właśnie księżyc ziewa i za chwilę zaśnie.

A gdy rano przyjdzie świt, księżycowi będzie wstyd, że on zasnął a nie Ty!”

Ziewające już buziaczki Ci ślę oraz dobrej nocki życzę! Maryna  

***

A witam, witam, kochana Maryniu!

Już okey. Po dogłębnym przeanalizowaniu Twojej prośby postanowiłam usprawiedliwić Cię przed sobą. Tak że możesz czuć się już usprawiedliwioną… Tylko tym razem, ma się rozumieć!

No, Maryńka, jestem pod wielkim wrażeniem Twojej nowej (choć starej) muzy malarskiej. Fajnie Ci to wychodzi, sądząc po Twojej sąsiadce Urszulce. Piękna z niej kobieta, i pięknie przez Ciebie uwieczniona. Masz talent, maluj więc, rysuj, twórz. Popatrz, a ja sobie nawet nie przypominam, że Ty kiedykolwiek malowałaś. Nigdy wcześniej się nie chwaliłaś. A szkoda, bo jest czym. Czekam niecierpliwie na kolejne Twoje dzieła.

Dobrze, że Twojego dictum w sprawie wychowywania chłopów, Twój osobisty nie słyszy. Przykro by mu było. I może byś nawet po uszach od niego za to oberwała. A co do rozpieszczania go przeze mnie, to wcale się na to zgadzać nie musisz… Ale, że tak powiem, moja Droga, niewiele też w tej materii masz do gadania. Przykro mi. Bo też, nie wiedzieć czemu, chwalenie cudzych mężów to mi jakoś tak od samości przychodzi. Oczywiście żadne to lebiegi być nie mogą, muszą coś sobą prezentować, by na moje chwalenie zasłużyć. Wprawdzie Twojego męża jeszcze nie znam, ale już niemal pewna jestem, że na komplementowanie moje, a jakże, zasługuje. Skąd ta pewność? Ano stąd, że Ciebie znam i wiem, że żadnego melepety za męża byś sobie nie wzięła. No ale cóż, przyjdzie mi poczekać na jego powrót byś mogła się przekonać, jakie są efekty mojego komplementowania. Bo tak chwalić w pustkę, to też mi się nie chce, moja Ty słomiana wdowo. A tak swoją drogą, skoro piszesz, że chłopa trzeba króciutko za mordziuchnę trzymać, to zaczynam się już zastanawiać, czy ta Twoja sąsiadka z boku nie miała przypadkiem racji, mówiąc, że on (no, ten Twój Bron) to tak sam się na tę niebezpieczną wojenkę nie wybrał. Hihihi…! No ale nic, nie chcę wyjść na wścibską, tłumaczyć się więc przede mną nie musisz.

Natomiast tym bałaganem w głowie Twojej sąsiadki Urszulki trochę mnie zmartwiłaś. Moim osobistym podejściem do kwestii szefa w spódnicy nie zamierzałam nikomu w głowie bałaganić. A tym bardziej, do rewolucji w czyimkolwiek życiu doprowadzać. Powiedz Urszulce, że musi ze spokojem i rozsądkiem do sprawy podejść, żeby się w efekcie nie okazało, że nie tylko szefowej się pozbędzie, ale i pracy. I z jej nicnierobienia też w końcu nici mogą wyjść, bo kiedy zbyt mocno będzie odreagowywać swoje frustracje na mężu, walizki jej przed drzwi wystawi i będzie musiała puszki zbierać, albo może nawet i jakąś trakcję elektryczną podprowadzić, by jako taki godziwy poziom życia sobie zapewnić. Niech więc rozważy kwestię bardzo spokojnie. Żeby nie wyszło też na to, że kiedy Ty będziesz chciała wybrać się z nią na spacer, to już jej w domu nie zastaniesz. No i zamiast spacerów po pobliskim lesie, będziesz musiała od mostu do mostu w poszukiwaniu za nią biegać. Tak że wiecie, obie: spokój, rozwaga, mądre działanie, a potem przyjdzie czas na satysfakcję. Amen!

A do kotów to Ty mnie i tak nie przekonasz. Kanapowcem nie jestem i kocie mruczenie wyprowadza mnie z równowagi. Reumatyzmu nie mam. Miałam w dzieciństwie jakieś jego epizody i sauną sobie wyleczyłam. A wiesz, przed laty miałam takiego staruszka sąsiada (Niemca), któremu czasem z serca dobrego pomagałam. (Jego dzieci czasu dla niego nie miały). I kiedyś, kiedy przebierałam mu pościel, doznałam szoku. A wiesz dlaczego? Otóż dlatego, że jego kołdra była cała z kocich skórek. Ty byś musiała mnie wtedy widzieć, w jakim tempie mu tę pościel przebrałam. W kosmicznym. Na bezdechu i ze ściśniętym gardłem. Nie to, że mi było aż tak bardzo tych biednych kociąt żal, na pewno też, ale przede wszystkim dlatego, żeby pawia nie puścić i mu świeżo przebranej pościeli jakowymś szlaczkiem nie przyozdobić. Brrr… jeszcze i teraz, na samą myśl, ślina mi się w buzi zbiera.

No, to tyle na razie wieści z ziemi niemieckiej do polskiej. Bywaj, moja kochana Artystko! Trzymaj się ciepło… i twórz! Nastka

PS

Co się zaś tyczy usypiania mnie, to dobrze żeś od szaroburych odstąpiła. A co do księżyca, to pewna jestem, że z mojego powodu nigdy mu wstyd nie jest. Bo ja, moja droga, usypiam grzecznie, i to od razu, kiedy tylko w mym osobistym wyrku członki ciała wygodnie ułożę. No okey, może nie tak całkiem od razu, bo najpierw rachunek sumienia z dnia mijającego robię, a potem plan na dzień następny. Trwa to może parę minut. Jednak usypiać mnie naprawdę nie trzeba. No ale skoro Ty potrzebujesz usypiania, to Ci zaśpiewam króciutką kołysankę. Chociaż nie, zadeklamuję, bo muza śpiewacza jeszcze do mnie nie powróciła i zamiast Cię uśpić, odwrotny skutek mogłabym osiągnąć… Hihihi! No dobra, już deklamuję:

Śpij, śpij, Maryniu kochana…

Niewiele godzin zostało do rana.

Śpij, śpij, oczęta wreszcie zmruż,

Wszystko wokół śpi, nawet Twój Anioł Stróż.

2009

 Z cyklu: „Teksty epistolarne”


Niewierzący kontra wierzący

Ludzie wierzący w swoich Bogów w niczym nie są lepsi od niewierzących. Niektórym się tylko wydaje, że są. Najczęściej jest na odwrót. To religie, to wierzący (w większości) — najwięcej krzywdy Światu wyrządziły. I nadal wyrządzają. To religie, to wierzący (w większości) — są najczęstszym źródłem ludzkich konfliktów, zarówno przeszłych, jak i obecnych. Historia Świata jest tego dobitnym dowodem.

 

bc0a80f888ef695c02636da3a884c932 Pinterest

Z cyklu: „Przemyślenia z życia wzięte”



wtorek, 2 marca 2021

Kartka z kalendarza prawdę ci powie?

Zaglądanie do kalendarza i czytanie, co stoi w nim zapisane w kolejnych dniach, to dobry nawyk. Wiele ciekawych rzeczy można się z takich karteluszek dowiedzieć. Ale trzeba czytać dokładne. Wiem, co mówię, bo gdybym sama czytała tak jak trzeba, tobym może wiedziała, że 2 marca mam imieniny. I chyba nigdy bym się o tym nie dowiedziała, gdyby nie mój znajomy z Internetu, Stefan, który „wystartował” do mnie w tym dniu z życzeniami. Wprawdzie z ”profilaktycznymi” tylko, jak to określił... ale jednak. Miłe to bardzo. Tym bardziej, że od kiedy żyję na Obczyźnie, zupełnie zapomniałam o czymś takim jak imieniny. Bo też tutaj ich się w ogóle nie obchodzi. Urodziny tylko.

Zresztą, już nawet w Polsce swoich imienin nie obchodziłam, bo i po co, skoro sama sobie je przyniosłam wraz z zameldowaniem się na tym pięknym świecie. Bo tak po prawdzie, to ja Halina... ale też i Michalszka oraz Halszka, ponieważ tak do mnie od dzieciństwa zwracają się moi bliscy i wielu znajomych. Jednak wcześniej nigdy by mi nawet na myśl nie przyszło, że Halszka też ma zapisane w kalendarzu imieniny. Szkoda, bo może bym je nawet polubiła, skoro mogłabym je oddzielnie od urodzin obchodzić. No i może obchodziłabym je hucznie już od dawna? Pewnie nic straconego. Dzięki Stefanowi dowiedziałam się, że imieniny Halszki w ogóle istnieją. Wszak stoi to jak byk na kartce z kalendarza z dnia 2 marca, którą Stefan mi przysłał.

 


A jaka mądra sentencja widnieje na tej kartce... Ho, ho, ho! I to nie byle kogo, bo samego Napolcia Bonapartego: „Słabość władzy najwyższej jest najgorszym nieszczęściem ludów”... No i czyż nie warto czytać kartek z kalendarza?

Od tamtej pory czytam zawsze i zawsze też pamiętam (bo to przyjemne), że mam imieniny... Ale tutaj tylko ja pamiętam, bo tak jak wspominałam, tutaj imienin... itd.  

 

***

A nasza korespondencja ze Stefanem w tamtym dniu wyglądała tak:

* Cześć, Halszka. Patrzę, a w kalendarzu stoi dziś Halszki!
Profilaktycznie — Wszystkiego Najlepszego — Stefan.

* Dzięki, Stefan, za wieczorną wizytę! No to ja profilaktycznie dziękuję za Twoje profilaktyczne życzenia! :D Wprawdzie w kalendarzu stoi Heleny, nie Halszki, i... aha... no tak, stąd te Twoje "profilaktyczne życzenia”. O kurcze... ale się profilaktycznie zrobiło.

No nic, pozdrawiam oraz dobrej nocki życzę... i to nie tylko profilaktycznie! Halszka

* No coś Ty, Halszka! Na dowód, że Halszki było wysłałem Ci pocztą mailową kartkę z kalendarza. Troszkę pracy sobie zadałem... Ale ja lubię porządek, nie tylko w papierach.
Wszystkiego najlepszego raz jeszcze. I oczekuje na prezent.

Profilaktycznie mam dowód, że nie jest ze mną jeszcze tak źle! A wasz kraj jakiś taki dziwny? Żadnych kiepskich dróg. Nie stać was na Kaczyńskiego. I jeszcze do tego kalendarze do d..y. Stefan

* O kurczę, Stefan, rzeczywiście 2 marca są imieniny Halszki. Ty wiesz, że ja o tym nigdy nie wiedziałam? Zwracam honor... nie tylko profilaktycznie. Ba, nawet o czymś takim, jak imieniny, zupełnie zapomniałam, żyjąc w Niemczech... bo też tutaj imienin się nie obchodzi.
Zaraz, a na jaki Ty prezent czekasz, skoro to ja mam (miałam) imieniny, nie Ty? No dobra, Twoje „profilaktyczne życzenia" wystarczą... A już Twoja fatyga wręcz zobowiązuje. Dobrze, że jesteś! Dobrze, że jesteś taki, jaki jesteś! Czyli porządkowy — "nie tylko w papierach". Lubię takich, bo sama jestem "porządkowa".
Aha... nigdy do mnie nie mów: "wasz kraj", bo też moim krajem zawsze była, jest, i będzie — Polska. Niemcy, mnie tylko — przy moim dziwnym zrządzeniu losu — zaadoptowały. Są więc moim krajem adopcyjnym, że się tak wyrażę. Przyznam jednak, że wcale nie żałuję, że nie ma tu takich "kiepskich dróg... i Kaczyńskiego”. Rany, już bym szybciej kiepskie drogi zniosła, niż Kaczyńskiego, Wszystko, tylko nie on!

OK... a więc tak: w podziękowaniu za Twoje życzenia, a także i fatygę, dedykuję Ci piękną piosenkę z tamtych lat. Masz ją już w poczcie mailowej.

Chciałam Cię też poczęstować szampanem... ale że tutaj jest to niemożliwe, lejącego się szampana musisz sobie wyobrazić sam... Iii... Eee tam... co się będę certolić! Z różą w zębachzapraszam Cię do tańca! Halszka 

s_f_01_875_01_02


Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"


Przedwiosenny spacer o zachodzie słońca

Od kilku dni mamy już przedwiośnie i chociaż w jego pierwszych dniach zieleni jest tyle, co kot napłakał, dni są jednak bardzo urokliwe. Szczególnie w lesie o zachodzie słońca, kiedy wokół mnóstwo bajecznych widoków cieszy oko i wprowadza w poetycki nastrój.

 

 

Gdy słońce chyli się ku zachodowi i powoli zaczyna chować się za leśnym horyzontem, zmierzch zapada niesamowicie spektakularnie. Wszystkie drzewa pokryte są wtedy czerwoną poświatą. Piękną, pachnącą. Ten spektakl niestety nie trwa długo, bo wnet ciemności zaczynają spowijać wszystko dookoła, a już zwłaszcza leżące w kotlinie miasto.

 


Czas zakończyć ten jakże romantyczny spacer i powoli kierować swe kroki w stronę domu. W sercu pozostaje jednak nadzieja na piękną wiosnę... Że swoim ciepłem pomoże nam pokonać pandemię koronawirusa raz na zawsze.

 

Z cyklu: "Co w przyrodzie piszczy"


niedziela, 28 lutego 2021

Chcą nas pozbawić najpiękniejszych pór roku?

Kto? A naukowcy. Jakich? A przedwiośnia i wiosny. I to już w najbliższej przyszłości. Co za niewyżyty gatunek ludzki z tych naukowców!

O rany, wiosny miałoby nie być?! Jak to?! Toż to najpiękniejsza pora roku… No, przynajmniej dla mnie. Ale myślę, że i dla większości z nas. Kiedy przeczytałam wywody naukowców na ten temat, to aż mną potelepało. I już sama nie wiem, czy ze złości, czy z zimna.

Właśnie nastał czas przedwiośnia, czyli uzupełniającej pory roku w przyrodzie — w strefie klimatu umiarkowanego — na styku zimy i wiosny. Tak w skrócie możemy powiedzieć o tym cudownym okresie, w czasie którego przyroda zaczyna budzić się do życia i poprawiać nam samopoczucie.

Czy zima zechce nas sobą jeszcze doświadczyć? Zobaczymy. Lepiej, żeby nie, przecież gdzieniegdzie pojawiły się już ptaszki z ciepłych krajów. Zmarzłyby straszliwie i nie miałyby co jeść. A te, co są jeszcze w locie, musiałyby wtedy ominąć zimną Europę i lecieć dalej na południe.

Nie każdego roku jednak jesteśmy z przedwiośnia zadowoleni. Wszak bywa czasami brzydkie i zimne. Czyżby naukowcy rzeczywiście się nie mylili? Czyżby „ten czas” już nadchodził? To całkiem możliwe, skoro w niektórych latach zimie jest bardzo ciężko się z nami pożegnać i po prostu odejść. A kiedy już łaskawie odejdzie, momentalnie robi się gorąco jak w lecie.

Polscy naukowcy obserwujący zmiany klimatyczne przewidują, żeby nie powiedzieć: straszą, iż wiosna też ma odejść do historii. Że będą jedynie trzy pory roku: zima, lato i jesień [sic!]. Wiosna, według ich wyników badań przeprowadzonych w Stacji Polarnej na Spitsbergenie, ma być coraz krótsza, aż wreszcie — za kilka lat — zaniknie całkowicie. Zauważyli, iż szczyt zimy w Arktyce ulega wyjątkowo szybkiemu przesunięciu, a to ma niestety ogromny wpływ na pory roku w Polsce. Właśnie taki, że wiosny ma nie być… A niech to! Przecież to jest straszne!

Często przebywam na łonie natury i sama widzę, że w ostatnich latach pogodowe dziwy zdarzają się we wszystkich porach roku. Stają się też coraz to bardziej nagminne i intensywne. No cóż, musimy się z takim stanem rzeczy pogodzić i… dalej żyć. Co nie znaczy, że nie powinniśmy, i to już na swoim podwórku, zwracać uwagę na to, co emitujemy do atmosfery. Bo że to człowiek w dużej mierze winny jest takim zmianom klimatycznym to jest już ponoć udowodnione. Ponoć, bo są też akurat opinie odwrotne, chociażby paleoklimatologów z Uniwersytetu w Cambridge. Naukowcy ci twierdzą, że obecne ocieplenie to nic nowego, że takie zmiany klimatu na Ziemi już się zdarzały i że to nie człowiek ponosi za nie winę. Że podobne miały miejsce bodajże 900 tys. lat temu w plejstocenie. Do wniosku takiego doszli na podstawie innowacyjnych metod badania pokrywy lodowej Antarktyki.

Gdzie zatem leży prawda? Pewnie my, zwykli mieszkańcy Planety Ziemia, wiedzieć nie będziemy, ale powinniśmy jednak do tematu podchodzić rozsądnie i atmosfery ziemskiej niepotrzebnie nie zatruwać. W końcu Ziemia jest naszym jedynym domem we Wszechświecie. Jedyną żywicielką. I pewnie jeszcze długo będzie. Naukowcy też tak twierdzą, bo jakoś do tej pory nigdzie we Wszechświecie nie udało im się znaleźć warunków do życia. Może będą na Marsie? Pracowity łazik Perseverance daje taką nadzieję. Jednak to jeszcze bardzo długa droga, by ludzkość się mogła przekonać.

Dbajmy więc o naszą kochaną Ziemię każdego dnia z całej mocy, wymagajmy też od innych, a będzie to z pożytkiem dla nas samych i przyszłych pokoleń.

 

Przedwiośnie w mojej małej Ojczyźnie.