Witam,
kochana Nastusiu!
Wybacz mi
tak długie milczenie. Tak bardzo byłam ostatnio zajęta, że nawet
nie wiem, kiedy tyle czasu minęło od ostatniego mojego listu do
Ciebie. Wybaczysz Nastusiu, co? Proszę!
Już Ci
wyjaśniam, czym aż tak bardzo zajęta byłam. Że praca, że dom,
to normalne, zajęć ogrom, ale ja nie o tym. Otóż zajęta byłam
czymś innym, czymś, o czym już dawno zapomniałam, a co dopiero
niedawno samo mi się jakoś z nagła przypomniało… Malowanie!
Nastusiu moja kochana, wróciłam do malowania! Wyobrażasz to sobie?
Ostatni mój obraz popełniłam grubo przed maturą, a teraz, ni
stąd, ni zowąd, ochota do malowania wróciła. Żadna tam ze mnie
malarka już nie będzie, to pewne, ale najważniejsze, że w
malowaniu, czy rysowaniu, znajduję ogromną przyjemność. Ta
czynność mnie bardzo wycisza, uspokaja, odpręża, przywraca
równowagę, a w rezultacie — dodaje energii. Po każdym takim moim
„malnięciu” czegoś tam, czuję się taka rześka, taka silna,
że… hihihi!... góry mogłabym przenosić. Nawet Kazan ma korzyść
z mojej odnowy, bo jeszcze dłużej brykam z nim po lesie. Podsyłam
Ci moje pierwsze dzieło, tylko się ze mnie nie śmiej. Chcę, abyś
zerknęła swym wrażliwym okiem i oceniła moje umiejętności, a
przy okazji poznała moją sąsiadkę Urszulkę, bo to ona służyła
mi za model. Ona w każdym razie jest sobą zachwycona na tym rysunku,
bo jak twierdzi, ujęłam jej sporo lat.

Aż sama
zaskoczona jestem, że ostatnio tyle różnych muz mnie dopada. A
może to jeszcze nie ostatnia?
A z tym
komplementowaniem mojego Brona, to Ty Nastusiu nie przesadzaj. Chcesz
mi chłopa rozbisurmanić? Się nie zgadzam! Słyszysz?! Chłopa
trzeba krótko za mordziuchnę trzymać. Za wiele nie chwalić. No!
Opowiedziałam też Urszulce o tym, co mi pisałaś w tej kwestii, i
o tym, żeś od lat sama sobie szefem, bo szefów nie trawisz,
zwłaszcza w spódnicy. Uśmiała się co niemiara. Ale też zaczęła
się nagle zastanawiać nad swoją sytuacją w pracy. No i doszła do
wniosku, że w niedalekiej przeszłości popełniła wielki błąd,
bo kiedy jej proponowano stanowisko szefa oddziału, zrezygnowała, i
teraz ma nad sobą koleżankę jako szefa. Nielubianą koleżankę,
która się ciągle nad nią pastwi. Rozmyśla już, jakby tu pozbyć
się tego babsztyla i samej zostać szefową. Mówi, że choć to
trudna i długa droga, spróbuje. A gdyby to próbowanie szło jej
jak po grudzie, to najwyżej wszystkie frustracje nagromadzone w tym
czasie odreagowywać będzie w domu na
mężu, jak wróci z Belgii. Albo zostanie w domu i zajmie się
nicnierobieniem. Oj, narobiłaś tej mojej Urszulce bałaganu w
głowie… Oj, narobiłaś. Mnie na szczęście nie, bo też sama
sobie jestem szefem już od ponad dwóch lat.
Też żałuję,
że muza śpiewacza opuściła Cię w wieku dojrzewania. Z chęcią
bym Twojego śpiewu posłuchała, gdy u mnie zawitasz. Ale nie martw
się, przecież masz tyle innych talentów. Zaraz, teraz tak sobie
myślę… A może Twoja śpiewacza muza jeszcze do Ciebie powróci?
Tak jak moja malarska do mnie powróciła.
Nie będę
Cię już kotkami usypać, skoro za nimi nie przepadasz. Ale żałuj,
bo one są naprawdę milutkie. Uspakajają swoim mruczeniem,
ogrzewają, ba, leczą nawet z reumatyzmu… Słyszysz, Nastuś?
Lekarz Ci to mówi, choć to bardzo nieprofesjonalne ze strony
lekarza… A jednak mówi! No ale skoro nie chcesz, to dzisiejszej
nocki niechaj księżyc Ciebie uśpi:
„Ach śpij,
kochanie, jeśli gwiazdkę z nieba chcesz — dostaniesz.
Czego
pragniesz daj mi znać, ja Ci wszystko mogę dać.
Więc
dlaczego nie chcesz spać?
Ach śpij,
bo właśnie księżyc ziewa i za chwilę zaśnie.
A gdy rano
przyjdzie świt, księżycowi będzie wstyd, że on zasnął a nie
Ty!”
Ziewające już buziaczki Ci ślę oraz dobrej nocki życzę! Maryna
***
A witam,
witam, kochana Maryniu!
Już okey.
Po dogłębnym przeanalizowaniu Twojej prośby postanowiłam
usprawiedliwić Cię przed sobą. Tak że możesz czuć się już
usprawiedliwioną… Tylko tym razem, ma się rozumieć!
No, Maryńka,
jestem pod wielkim wrażeniem Twojej nowej (choć starej) muzy
malarskiej. Fajnie Ci to wychodzi, sądząc po Twojej sąsiadce
Urszulce. Piękna z niej kobieta, i pięknie przez Ciebie
uwieczniona. Masz talent, maluj więc, rysuj, twórz. Popatrz, a ja
sobie nawet nie przypominam, że Ty kiedykolwiek malowałaś. Nigdy
wcześniej się nie chwaliłaś. A szkoda, bo jest czym. Czekam
niecierpliwie na kolejne Twoje dzieła.
Dobrze, że
Twojego dictum w sprawie wychowywania chłopów, Twój osobisty nie
słyszy. Przykro by mu było. I może byś nawet po uszach od niego
za to oberwała. A co do rozpieszczania go przeze mnie, to wcale się
na to zgadzać nie musisz… Ale, że tak powiem, moja Droga,
niewiele też w tej materii masz do gadania. Przykro mi. Bo też, nie
wiedzieć czemu, chwalenie cudzych mężów to mi jakoś tak od
samości przychodzi. Oczywiście żadne to lebiegi być nie mogą,
muszą coś sobą prezentować, by na moje chwalenie zasłużyć.
Wprawdzie Twojego męża jeszcze nie znam, ale już niemal pewna
jestem, że na komplementowanie moje, a jakże, zasługuje. Skąd ta
pewność? Ano stąd, że Ciebie znam i wiem, że żadnego melepety
za męża byś sobie nie wzięła. No ale cóż, przyjdzie mi
poczekać na jego powrót byś mogła się przekonać, jakie są
efekty mojego komplementowania. Bo tak chwalić w pustkę, to też mi
się nie chce, moja Ty słomiana wdowo. A tak swoją drogą, skoro
piszesz, że chłopa trzeba króciutko za mordziuchnę trzymać, to
zaczynam się już zastanawiać, czy ta Twoja sąsiadka z boku nie
miała przypadkiem racji, mówiąc, że on (no, ten Twój Bron) to
tak sam się na tę niebezpieczną wojenkę nie wybrał. Hihihi…!
No ale nic, nie chcę wyjść na wścibską, tłumaczyć się więc
przede mną nie musisz.
Natomiast
tym bałaganem w głowie Twojej sąsiadki Urszulki trochę mnie
zmartwiłaś. Moim osobistym podejściem do kwestii szefa w spódnicy
nie zamierzałam nikomu w głowie bałaganić. A tym bardziej, do
rewolucji w czyimkolwiek życiu doprowadzać. Powiedz Urszulce, że
musi ze spokojem i rozsądkiem do sprawy podejść, żeby się w
efekcie nie okazało, że nie tylko szefowej się pozbędzie, ale i
pracy. I z jej nicnierobienia też w końcu nici mogą wyjść, bo
kiedy zbyt mocno będzie odreagowywać swoje frustracje na mężu,
walizki jej przed drzwi wystawi i będzie musiała puszki zbierać,
albo może nawet i jakąś trakcję elektryczną podprowadzić, by
jako taki godziwy poziom życia sobie zapewnić. Niech więc rozważy
kwestię bardzo spokojnie. Żeby nie wyszło też na to, że kiedy Ty
będziesz chciała wybrać się z nią na spacer, to już jej w domu
nie zastaniesz. No i zamiast spacerów po pobliskim lesie, będziesz
musiała od mostu do mostu w poszukiwaniu za nią biegać. Tak że
wiecie, obie: spokój, rozwaga, mądre działanie, a potem przyjdzie
czas na satysfakcję. Amen!
A do kotów
to Ty mnie i tak nie przekonasz. Kanapowcem nie jestem i kocie
mruczenie wyprowadza mnie z równowagi. Reumatyzmu nie mam. Miałam w
dzieciństwie jakieś jego epizody i sauną sobie wyleczyłam. A
wiesz, przed laty miałam takiego staruszka sąsiada (Niemca),
któremu czasem z serca dobrego pomagałam. (Jego dzieci czasu dla
niego nie miały). I kiedyś, kiedy przebierałam mu pościel,
doznałam szoku. A wiesz dlaczego? Otóż dlatego, że jego kołdra
była cała z kocich skórek. Ty byś musiała mnie wtedy widzieć, w
jakim tempie mu tę pościel przebrałam. W kosmicznym. Na bezdechu i
ze ściśniętym gardłem. Nie to, że mi było aż tak bardzo tych
biednych kociąt żal, na pewno też, ale przede wszystkim dlatego,
żeby pawia nie puścić i mu świeżo przebranej pościeli jakowymś
szlaczkiem nie przyozdobić. Brrr… jeszcze i teraz, na samą myśl,
ślina mi się w buzi zbiera.
No, to tyle
na razie wieści z ziemi niemieckiej do polskiej. Bywaj, moja kochana
Artystko! Trzymaj się ciepło… i twórz! Nastka
PS
Co się zaś
tyczy usypiania mnie, to dobrze żeś od szaroburych odstąpiła. A
co do księżyca, to pewna jestem, że z mojego powodu nigdy mu wstyd
nie jest. Bo ja, moja droga, usypiam grzecznie, i to od razu, kiedy
tylko w mym osobistym wyrku członki ciała wygodnie ułożę. No
okey, może nie tak całkiem od razu, bo najpierw rachunek sumienia z
dnia mijającego robię, a potem plan na dzień następny. Trwa to
może parę minut. Jednak usypiać mnie naprawdę nie trzeba. No ale
skoro Ty potrzebujesz usypiania, to Ci zaśpiewam króciutką
kołysankę. Chociaż nie, zadeklamuję, bo muza śpiewacza jeszcze
do mnie nie powróciła i zamiast Cię uśpić, odwrotny skutek
mogłabym osiągnąć… Hihihi! No dobra, już deklamuję:
Śpij, śpij,
Maryniu kochana…
Niewiele
godzin zostało do rana.
Śpij, śpij,
oczęta wreszcie zmruż,
Wszystko
wokół śpi, nawet Twój Anioł Stróż.
2009
Z
cyklu: „Teksty epistolarne”