czwartek, 8 października 2020

Kwiaty leśne jesień zdobiące

Jesień panuje już ponad dwa tygodnie. Ale wspaniale panuje. Nie możemy narzekać. Jest ciepło, słonecznie niemalże codziennie. Nic więc dziwnego, że w lasach kwiatów jeszcze mnóstwo... i żadne z nich wrażliwe mimozy, co to niby jesień zaczynają, jak śpiewał Niemen. Są całkiem dorodne i różnokolorowe. Na niektórych nawet pracujące pszczółki można spotkać. Przyroda jest cudowna — o każdej porze roku.


Z cyklu: "Co w przyrodzie piszczy"


wtorek, 6 października 2020

Jeden dzień, trzy przygody, każda z rowerem w tle

Wiosną, latem, jesienią sezon rowerowy w pełni. Kto żyw i jazdę na rowerze lubi, rusza w drogę. Po ulicach, po parkach, po lasach, po górach. U nas szczególnie dużo rowerzystów można spotkać. Wszędzie. W lasach przede wszystkim. Bo też u nas od 26 lat co roku w lipcu odbywają się międzynarodowe zawody w kolarstwie górskimBike Marathon (oprócz tego roku oczywiście. Wiadomo, koronawirus). Wielu obywateli naszego miasta bierze w nim udział. A żeby móc wziąć udział w tak morderczym maratonie po górach i lasach — trzeba trenować. Dlatego nasi obywatele trenują na okrągło przez cały rok. Dowód? Proszę bardzo:


Tak jak wspominałam, rowerzystów można spotkać u nas wszędzie. Trzeba więc mieć oczy szeroko otwarte, aby nie wejść z nimi w kolizję. Oni też bardzo uważają. Ale że nieszczęścia chodzą po ludziach, do kolizji jednak czasem dojść może. Zwłaszcza na wąskich ścieżynkach leśnych. Wprawdzie tutaj jest taki przepis, że rowerzyści nie mogą jeździć po ścieżkach węższych niż 1 metr, ale młodzi rowerzyści niekiedy lubią łamać przepisy. Jak to młodzi. Pewnie liczą też na to, że nikogo na takiej ścieżce nie spotkają, bo jeżdżą zazwyczaj w ekstremalnych warunkach pogodowych, w czasie deszczu kiedy jest mokro i ślisko. A pewnie mało komu przychodzi na myśl, że są takie leśne ludki jak ja, co też lubią w taką pogodę wędrować po leśnych zakamarkach. Nigdy jednak nie byłam uczestnikiem kolizji z rowerzystami… Do czasu.

W ostatni weekend moja córka z rodzinką wyjechała na trzydniową wycieczkę rowerową po Dolinie Renu. Załadowali na auto rowery… i pojechali. Wcześniej jednak przywieźli do mnie psa na te trzy dni. Ucieszyłam się i już samego rana pojechałam z nim do lasu.

W lesie, jak to w lesie, dróg i ścieżynek mnóstwo. Najpierw poszliśmy drogą przez las, a potem zeszliśmy na wąską ścieżynkę, wijącą się wysoko na sam szczyt góry. Padał deszcz. Było ślisko. Ale co tam. Dla nas, wprawnych wędrowców, to pikuś. Wędrowaliśmy spokojnie jakby nigdy nic. Idziemy sobie, idziemy, Aramis obwąchuje co się da, ja fotografuję co się da, aż tu nagle, zza ostrego zakrętu ścieżynki, w odległości przed nami może ze 2 metry, wyskakuje rowerzysta i leci prosto na nas. Aramis z głośnym szczekaniem rzuca się w jego kierunku. Jeszcze go takiego rozjuszonego nie widziałam. Rowerzysta na jego widok pewnie doznał szoku, bo kiedy już dotknął kołami ziemi, ostro przyhamował. Zbyt ostro. Zgrzyt, piski… i rower wypadł ze ścieżynki, a on wystrzelił w powietrze jak z katapulty. Nieszczęśnik wylądował w zaroślach z lewej strony ścieżynki, a ja, odruchowo odskakując w bok, z prawej strony ścieżynki. Natychmiast przywołałam Aramisa. Przestał ujadać i przybiegł do mnie. Na szczęście nic nam się nie stało. Rowerzyście pewnie też nic, bo zaraz wyszedł z zarośli i na odległość zaczął mnie wylewnie przepraszać. Ale więcej gestykulując niż mówiąc. Najwyraźniej był to rezultat ogromnego szoku, jakiego doznał na nasz widok, a zwłaszcza na widok rzucającego się w jego kierunku psa. Pewnie zupełnie się nie spodziewał, że w taką pogodę może się na kogoś napatoczyć i zasuwał sobie radośnie w rytm muzyki, jakiej słuchał w kasku… A tu nagle taka przeszkoda!
Rowerzysta dobrze wiedział, że na tej wąziutkiej ścieżynce nie powinien się znaleźć. Stąd te jego wylewne (choć bardziej mimiczne) przeprosiny. Na jego widok, a był to młodziutki chłopak, buchnęłam śmiechem, bo zabawnie wyglądał w tym swoim kasku na bakier, brudnej koszulce, z wystraszoną miną. Powiedziałam mu, że nic się nie stało, ale na drugi raz lepiej żeby tędy nie jeździł. Chłopak ucieszył się, że nie mam do niego pretensji, ale niepewnym wzrokiem spoglądał na Aramisa. Aramis na niego też, ale czy niepewnym pewna nie jestem. Na wszelki wypadek złapałam go za obrożę i kazałam mu być cicho. Kiedy już całkiem wyleźliśmy z krzaków i podeszliśmy do chłopaka, on zabierał się akurat za wyciąganie swojego roweru z zarośli. Widać było wyraźnie, że był porządnie pokiereszowany. Zwłaszcza kierownica.


Zdjęcie to zrobiłam na dużym zoomie z dużej odległości, kiedy już minęliśmy rowerzystę, i wspinając się ścieżynką coraz wyżej, stanęliśmy na szczycie góry. Widać było, że jeszcze długo prostował kierownicę roweru. Bardzo żal mi go było.

Druga przygoda z rowerem, a właściwie już z dwoma rowerami, przytrafiła nam się na popołudniowym spacerze po lesie. Ale już po innym. Specjalnie wybrałam las okalający zbocze najwyższej u nas góry, bo miałam nadzieję, że tam na rowerzystów nie natrafimy. Niestety, natrafiliśmy. I to w momencie kiedy wąziuteńką ścieżynką wijącą się serpentyną wchodziliśmy już prawie na sam szczyt góry. Oni nas usłyszeli, bo dość głośno zabawiałam się z Aramisem w aportowanie, i już z góry zaczęli wołać:
Jest tam kto?!
Tak, jest. Ja i mój pies! — odpowiedziałam, śmiejąc się, gdyż pomyślałam sobie, że dzisiaj mamy wyjątkowe szczęście do rowerzystów. I zaraz dodałam: — Zjeżdżajcie spokojnie. Już robię wam miejsce na ścieżce.
Po czym złapałam Aramisa za obrożę i zeszłam z nim ze ścieżynki kilka kroków w dół zbocza. Zaparłam się nogami o jakąś suchą, luźno leżącą gałąź i czekałam aż przejadą. Właśnie się do nas zbliżali, kiedy ta sucha gałąź okazała się być jednak zbyt suchą i pod moim ciężarem nagle pękła. Niestety nie znalazłam żadnego innego oparcia pod nogami i siłą rzeczy doszło do niekontrolowanego zjazdu w dół. A zjeżdżało mi się niezbyt elegancko, bo na brzuchu, nogami do przodu. Aramis oczywiście zjeżdżał ze mną. Trzymałam go przecież za obrożę. Tyle że on zjeżdżał nie na brzuchu, a na zadzie.
Para rowerzystów na widok nas zjeżdżających najwyraźniej bardzo się przeraziła, bo oboje natychmiast rzucili rowery i ruszyli nam na pomoc. Zupełnie niepotrzebnie. Bo myśmy się już sami pozbierali do kupy, zatrzymując się na innej gałęzi. A zatrzymaliśmy się gdzieś tak w połowie zbocza, między górną częścią ścieżynki a dolną.
Młodzi rowerzyści z przerażonymi minami przepraszali mnie i przepraszali, a ja śmiałam się i powtarzałam, że nic złego się nie stało. No bo się nie stało, byłam przecież cała. Wprawdzie brudna jak czort, bo ziemia mokra była, ale jednak cała. A brud? Co tam brud, przecież pralkę w domu mam. Upamiętniającego przygodę zdjęcia jednak nie zrobiłam. W tym akurat brud mi przeszkodził. Wszystko mogę mieć brudne, ale brudnych rąk wręcz nie znoszę.

Wieczorem doszło do trzeciej przygody z rowerem. Tym razem za sprawą mojego syna. Przyjechał do mnie na rowerze, e-rowerze. A przyjechał po to, aby się pochwalić swoim dziełem. Bo ten e-rower to jego dzieło od początku do końca. Od dziecka uwielbia składać rowery. Mój rower także sam złożył w prezencie na któreś tam urodziny.
Zajechał jak zwykle prosto do ogrodu. Wyszłam do niego z Aramisem tak jak stałam, w skarpetkach. A on mi na to:
Spróbuj jak super jeździ mój rower.
No coś ty, w skarpetkach jestem — odpowiedziałam.
Ale w antypoślizgowych… To tylko tu po ogrodzie spróbuj — wpadł na pomysł.
A jasne, że spróbuję! — zawołałam i wskoczyłam na rower.
Ja, wprawna rowerzystka, miałabym sobie odmówić jazdy na rowerze? Pomyślałam. A co tam, że w skarpetkach, krótka jazda przede mną przecież.
Już jako dziecko lubiłam jeździć na rowerze. Później, w dorosłym wieku, tak samo chętnie jeździłam. Na „komunistycznym” składaku z dwóją swoich dzieci przejechaliśmy wiele kilometrów. Nawet do mojej mamy, do miasta odległego o 40 km na odwiedziny nieraz jeździliśmy. Dzieciaki siedziały w wiklinowych fotelikach, jedno na kierownicy, drugie na bagażniku… i jazda w drogę! Fajnie było za komuny.
Uśmiechając się do swoich wspomnień, początkowo chciałam tylko po ogrodzie pojeździć, ale nagle coś mi strzeliło do łba i skierowałam rower na ulicę. Wszystko było okey, tylko jakoś dziwnie mi się pedałowało. Lekko. Zbyt lekko. Dlatego wydawało mi się, że to moje synczysko mnie popycha. Zawołałam więc:
Kurcze, no nie pchaj! Jeszcze taka stara nie jestem. Sama dam radę!
Żadnej reakcji. Odwróciłam lekko głowę i kątem oka zobaczyłam, że syna wcale za mną nie ma. Zanim to jednak do mojej palicy dotarło, i to że nie siedzę na zwykłym rowerze a na elektrycznym, mało nie wjechałam w swoje własne auto zaparkowane pod domem. W ostatniej sekundzie udało mi się go jednak ominąć. Wtedy zatoczyłam koło wokół domu, i śmiejąc się ze swojej głupoty, wjechałam z powrotem na ogród. Dojeżdżając do syna i leżącego obok niego Aramisa, ostro przyhamowałam, ale, nie wiedzieć czemu, tylko lewym hamulcem… Rower stanął dęba a ja jak ostatnia ofiara losu wyrżnęłam na ziemię. Rower oczywiście upadł na mnie. Syn się wystraszył, szybko podbiegł, podniósł rower i wydobył mnie spod niego. Phi! przecież sama dałabym radę się podnieść, ale że pękałam ze śmiechu, to i lepiej czułam się siedząc na ziemi.

Aramis najwyraźniej też się bardzo wystraszył, że jego wicepańci coś się stało, bo doskoczył do mnie jak piorunem rażony, jeszcze szybciej od syna… i troskliwie po całej twarzy wylizał… I jak tu się nie śmiać? No pęc ze śmiechu można!




Adio truskaweczki!

Niestety, to już koniec sezonu truskawkowego. Wielka szkoda! No, przynajmniej tych rosnących i dojrzewających na świeżym powietrzu. Bo tylko te są naprawdę zdrowe, słodziutkie, pyszne. Te, które będą nam później wielkie sklepy oferować, to będzie sama chemia.
U nas, w pobliżu Jeziora Bodeńskiego, co roku zaopatrywani jesteśmy w truskawki z tamtejszych plantacji. Od wiosny do końca września. Z dniem 30-go wszystkie chatki z tym cudownym owocem zwinęły swoje podwoje.

Adio truskaweczki!... Do przyszłego roku.





niedziela, 4 października 2020

Polska Służba Zdrowia trzeszczy w szwach?

Polskiemu pacjentowi trudno jest pojąć obecną sytuację w służbie zdrowia. Zwłaszcza jak jest naprawdę chory i potrzebuje natychmiastowej pomocy. Jak długo jeszcze będą trwały takie straszne zawirowania w medycznych placówkach? Chyba nikt tego nie wie. Nawet kolejny minister zdrowia.

Sytuacja w ochronie zdrowia jest tak zadziwiająca, że ciężko ją ogarnąć. O co w tym wszystkim chodzi? Lekarze przedstawiają swoje racje, farmaceuci swoje, a MZ i NFZ swoje. Niby racje każdej ze stron są ważne, ale co ma zrobić zwykły pacjent? Jak ma się znaleźć w sytuacji, w której wszystkie strony się spierają o to, czyja racja jest ważniejsza? Ano musi biegać jak od przysłowiowego Annasza do Kajfasza najpierw po receptę, a później z receptą. Bo jak już lekarz łaskawie wypisze stosowną receptę ze stosownym lekiem, to w tzw. „proteście pieczątkowym”, walnie w nią pieczątkę o treści: „Refundacja do decyzji NFZ” i nieborak-pacjent zasuwa z nią od apteki do apteki, by któraś łaskawie zrealizowała ją ze zniżką. Wszędzie bałagan i dezorientacja! I kto w takiej sytuacji najbardziej cierpi? Wiadomo! Pacjent. Polski pacjent. Nic tylko siąść i płakać! A może najlepiej już… umrzeć? 

Niezrozumiałe jest to, dlaczego rządzący w Polsce, i ci poprzedni, i ci obecni, tak niechętnie biorą przykłady z innych krajów europejskich, w których już od dziesięcioleci problemy socjalne zostały w miarę pomyślnie rozwiązane. Albo jak już wezmą jakiś, to wprowadzanie go w życie na warunki polskie strasznie opornie im idzie. Nasuwa się tylko jedno wytłumaczenie: Nasi rządzący są zbyt zajęci walką o władzę i licytowaniem się — kto z nich jest większym bohaterem narodowym, że na reformy społecznie niewiele sił już im zostaje... I ciąg dalszy zaniechań trwa. A polskie społeczeństwo, choć coraz bardziej zdegustowane, w takiej rzeczywistości musi żyć.

Czy w Polsce dopiero wtedy zmieni się na lepsze, kiedy wymrą już wszystkie te komunistyczno-solidarnościowe dinozaury? Czy polskiemu społeczeństwu trzeba czekać, aż do władzy dojdą młodzi, mądrzy ludzie, którzy nie będą już skażeni podziałami i nienawiścią polityczną?

Wracając do polskiej służby zdrowia, warto wspomnieć, że już kilkanaście lat temu, były Prezes NFZ Andrzej Sośnierz (w latach 2006-2007), jeszcze jako dyrektor Śląskiej Opieki Medycznej, wziął przykład z Zachodu i zrobił bardzo dobrą robotę, wprowadzając na Śląsku Program Informatyzacji Ochrony Zdrowia (PIOZ). Każdy mieszkaniec Śląska otrzymał wtedy plastikową kartę ubezpieczenia zdrowotnego z chipem i system ten działa tam pomyślnie do dziś. Dlaczego więc nie udało się tego sytemu wprowadzić w pozostałych regionach Polski?... No tak, ciąg dalszy zaniechań trwa! A może już powoli, teraz — przy drugiej kadencji rządu – dojdzie wreszcie do przebudzenia? Miejmy taką nadzieję. I pamiętajmy: nadzieja umiera ostatnia... Dużo zdrowia Polacy!

7 stycznia 2012

***

Jest rok 2020. Od 5 lat rządzi PiS. Czy w służbie zdrowia zmieniło się coś na lepsze? Kaczyński i jego poddani tak buńczucznie zapowiadali diametralną poprawę warunków w tej dziedzinie, opluwając przy tym poprzednich ministrów zdrowia, że polski pacjent znów zaczął wierzyć... I co? Psińco! Służba zdrowia jak trzeszczała w szwach od nadmiaru problemów, tak trzeszczy nadal, tyle że coraz donośniej i piskliwiej.
Od marca trwa pandemia COVID-19. Teraz przynajmniej mają na co zwalić swoją indolencję. A że dzięki koronawirusowi niektórzy się obłowili... to ich. To starają się zamieść pod dywan, licząc, że ciemny lud to kupi, bo głupi i... przekupiony.

Po 8 latach, niestety, nadal jest aktualne to zdanie: — "Wszędzie bałagan i dezorientacja! I kto w takiej sytuacji najbardziej cierpi? Wiadomo! Pacjent. Polski pacjent. Nic tylko siąść i płakać! A może najlepiej już… umrzeć?".


Rasowy kundel

Kundel to pies wielkiego serca...
naszych domów wierny dozorca.
Jest taki zwykły... rasy żadnej,
lecz dla człowieka nader przyjaznej.





piątek, 2 października 2020

Łysa Góra w Czarnym Lesie. Feldberg

Lato się skończyło, upały także, przyszedł czas na górskie wędrówki. Kto mieszka w górach albo w pobliżu z pewnością na takie wędrówki często się wybiera. To taka wewnętrzna potrzeba. Ja mieszkam w górach od kilkudziesięciu lat i po górach wręcz uwielbiam wędrować. Dla mnie górskie wędrówki to nie tylko potrzeba, to ogromna przyjemność. A wędruję nie tylko po pobliskich, także do nich jeżdżę, aby poznać nieznane.
Już w ostatnich dniach lata, kiedy upały nieco zelżały, wędrowaliśmy całą ferajną po różnych górach. Jedną z nich była Feldberg, czyli Polna Góra w dosłownym tłumaczeniu. Ja jednak nazywam ją Łysą Górą. Podobna jest do naszej polskiej, tyle że jest dużo wyższa.
Feldberg to najwyższy szczyt w paśmie górskim w Schwarzwaldzie (Czarny Las) o wysokości 1493 m.n.p.m. Położony jest w landzie Baden-Württemberg. Na szczycie góry umiejscowiona jest stacja meteorologiczna wybudowana w 1937 roku. Na szczyt dotrzeć można pieszo lub po części dojechać wyciągiem linowym ze stacji położonej u podnóża góry.
Znajduje się tutaj również narciarski kurort o tej samej nazwie — Feldberg (wys. 950 m.n.p.m.). To malowniczy teren ze szczególnym przeznaczeniem na sporty zimowe. Przy wystarczających opadach śniegu jest tu bardzo gwarno. Schwarzwald jest kolebką niemieckich skoków narciarskich.
Poza sezonem zimowym Feldberg jest rajem dla górskich wędrowców. Jest ładnie położony w Czarnym Lesie, w najstarszym chronionym regionie natury Niemiec, w sąsiedztwie dwóch jezior: Titisee i Schluchsee. Otoczenie nadaje się doskonale do odpoczynku dzięki zdrowemu klimatowi Czarnego Lasu oraz różnym kurortom, takim jak: Titisee-Neustadt, Schluchsee i Feldberg.

Wędrówka po Feldberg`u zajęła nam cały dzień. Było miło, wesoło i... zdrowo. Na szczyt wjechaliśmy wyciągiem, a potem pieszo długo po nim wędrowaliśmy i jeszcze dłużej z niego schodziliśmy, podziwiając po drodze piękne widoki oraz bogactwo tamtejszej flory i fauny. Wędrówka była naprawdę wspaniała.
Sam wjazd na szczyt to już duża atrakcja. W gondolach siedziało nam się wygodnie i fajnie podziwiało piękne widoki z dużej wysokości. Aż dech zapierało w piersiach, są tak niesamowite. Tyle że wiał akurat dość silny wiatr i bujało nami niemiłosiernie. A na przekładniach telepało, że ło matko! Młodzież miała frajdę, ja nieco mniej.
Uwaga!... Achtung!... Attention!... Внимание!... Dojeżdżamy na szczyt! — Słuchając naszych rozmów po polsku, zawołał siedzący z nami facet, który, ku naszej radości, też okazał się być Polakiem.
 


 
Szczyt Feldberg jest niemalże łysy. Nie bez kozery tak go właśnie nazwano. Drzew na nim jak na lekarstwo, za to krowy różnej maści są wszechobecne. Ludzie im w ogóle nie straszni, wręcz przeciwnie. Niektóre obojętnie przypatrywały się nam, inne zaś miały nas gdzieś... i pasły się spokojnie.
Jedna krówka najwyraźniej mnie polubiła. Dłuższy czas szła za mną krok w krok. Choć krok mój był różny, bo co rusz zmuszona byłam przeskakiwać ogromne placki... krowie placki.
 


 
Wieża widokowa na szczycie widoczna jest już z oddali. Podobnie i kolumna Bismarcka w formie kamiennego obelisku z płaskorzeźbą popiersia kanclerza.

Ponad dwie godziny wędrowaliśmy po szczycie. Potem chwila odpoczynku — na tle pięknej panoramy... I dalej w drogę! Kierunek Feldsee (Polne Jezioro).
W drodze do Feldsee (9,8 ha) odpoczywaliśmy i posilaliśmy się w stylowej karczmie górskiej. Po posiłku, wzmocnieni i pełni energii, dotarliśmy do jeziora. Kształtem przypomina mi ono nasze kochane Morskie Oko (35 ha), choć jest dużo mniejsze. Za to linię brzegową oba jeziora mają niemalże identyczną (2,50 i 2,45 km).
 
 

 
Feldsee jest jeziorem polodowcowym. Znajduje się na wys. 1108 m.n.p.m. Ma prawie kolisty kształt o średnicy ca. 350-370 m. Głębokość jego to 32 m. Ma piękną oprawę. Tworzą je strome ściany skalne, miejscami dochodzące do 300 m wysokości.

Na jeziorze wszechobecne są kaczki. Jest ich dużo i są bardzo zachłanne. Podkarmiliśmy je nieco. Wprawdzie tylko ciasteczkami, bo tylko one nam zostały, jednak widać było, że bardzo im posmakowały... Ha, pewnie dlatego, że były bio.
Po spełnieniu dobrego uczynku, czyli nafaszerowaniu kaczek, ruszyliśmy w dalszą drogę. Najpierw dookoła jeziora, a potem w górę. Stromą i bardzo śliską ścieżynką.

Po dwóch godzinach wspinaczki — od podnóża jeziora — dotarliśmy do punktu wyjścia, czyli do parkingu, na którym zaparkowaliśmy nasze auto. Był już wieczór. Wszyscy byliśmy już trochę zmęczeni, ale bardzo zdrowo zmęczeni. Humory dopisywały nadal. Jeszcze zanim wsiedliśmy do auta, snuliśmy już plany na następną wędrówkę po górach... I tak u nas jest przez wszystkie lata... Do następnej wędrówki, wędrowcy! Góry czekają!



 
* Mapa głównych szlaków po Feldberg`u.
Schodząc z góry, zaliczyliśmy ten prawy szlak — prowadzący do Feldsee.


Jesień kroplami deszczu ozdobiona

Krople deszczu mają swój niepowtarzalny urok. Ich piękno można podziwiać wiosną, latem i jesienią. Ostatnimi czasy także i zimą.
Jesienną porą mamy szczególną okazję, aby się nimi zachwycać. Wszak to pora najbardziej deszczowa. Wprawdzie meteorolodzy twierdzą, że to latem pada najwięcej deszczu, to ja jednak pozwolę się z nimi nie zgodzić. Może kiedyś tak było, ale ostatnimi laty jest na odwrót. No, przynajmniej tu gdzie mieszkam. Tegoroczne lato było wyjątkowe suche.
Od października często pada u nas deszcz. Czasem tylko siąpi, czasem wręcz leje. Ale taką pogodę też można polubić. To kwestia nastawienia. Krople deszczu dodają jesieni uroku. Tak to widzę. W plenerze, nie przez okno.


Przyroda, niczym wyborny artysta, potrafi zachwycać swoją twórczością na każdym kroku. Trzeba tylko umieć to dostrzec, a nie tylko gnuśnieć w domu, narzekać... i pastwić się nad innymi.