niedziela, 4 października 2020

piątek, 2 października 2020

Łysa Góra w Czarnym Lesie. Feldberg

Lato się skończyło, upały także, przyszedł czas na górskie wędrówki. Kto mieszka w górach albo w pobliżu z pewnością na takie wędrówki często się wybiera. To taka wewnętrzna potrzeba. Ja mieszkam w górach od kilkudziesięciu lat i po górach wręcz uwielbiam wędrować. Dla mnie górskie wędrówki to nie tylko potrzeba, to ogromna przyjemność. A wędruję nie tylko po pobliskich, także do nich jeżdżę, aby poznać nieznane.
Już w ostatnich dniach lata, kiedy upały nieco zelżały, wędrowaliśmy całą ferajną po różnych górach. Jedną z nich była Feldberg, czyli Polna Góra w dosłownym tłumaczeniu. Ja jednak nazywam ją Łysą Górą. Podobna jest do naszej polskiej, tyle że jest dużo wyższa.
Feldberg to najwyższy szczyt w paśmie górskim w Schwarzwaldzie (Czarny Las) o wysokości 1493 m.n.p.m. Położony jest w landzie Baden-Württemberg. Na szczycie góry umiejscowiona jest stacja meteorologiczna wybudowana w 1937 roku. Na szczyt dotrzeć można pieszo lub po części dojechać wyciągiem linowym ze stacji położonej u podnóża góry.
Znajduje się tutaj również narciarski kurort o tej samej nazwie — Feldberg (wys. 950 m.n.p.m.). To malowniczy teren ze szczególnym przeznaczeniem na sporty zimowe. Przy wystarczających opadach śniegu jest tu bardzo gwarno. Schwarzwald jest kolebką niemieckich skoków narciarskich.
Poza sezonem zimowym Feldberg jest rajem dla górskich wędrowców. Jest ładnie położony w Czarnym Lesie, w najstarszym chronionym regionie natury Niemiec, w sąsiedztwie dwóch jezior: Titisee i Schluchsee. Otoczenie nadaje się doskonale do odpoczynku dzięki zdrowemu klimatowi Czarnego Lasu oraz różnym kurortom, takim jak: Titisee-Neustadt, Schluchsee i Feldberg.

Wędrówka po Feldberg`u zajęła nam cały dzień. Było miło, wesoło i... zdrowo. Na szczyt wjechaliśmy wyciągiem, a potem pieszo długo po nim wędrowaliśmy i jeszcze dłużej z niego schodziliśmy, podziwiając po drodze piękne widoki oraz bogactwo tamtejszej flory i fauny. Wędrówka była naprawdę wspaniała.
Sam wjazd na szczyt to już duża atrakcja. W gondolach siedziało nam się wygodnie i fajnie podziwiało piękne widoki z dużej wysokości. Aż dech zapierało w piersiach, są tak niesamowite. Tyle że wiał akurat dość silny wiatr i bujało nami niemiłosiernie. A na przekładniach telepało, że ło matko! Młodzież miała frajdę, ja nieco mniej.
Uwaga!... Achtung!... Attention!... Внимание!... Dojeżdżamy na szczyt! — Słuchając naszych rozmów po polsku, zawołał siedzący z nami facet, który, ku naszej radości, też okazał się być Polakiem.
 


 
Szczyt Feldberg jest niemalże łysy. Nie bez kozery tak go właśnie nazwano. Drzew na nim jak na lekarstwo, za to krowy różnej maści są wszechobecne. Ludzie im w ogóle nie straszni, wręcz przeciwnie. Niektóre obojętnie przypatrywały się nam, inne zaś miały nas gdzieś... i pasły się spokojnie.
Jedna krówka najwyraźniej mnie polubiła. Dłuższy czas szła za mną krok w krok. Choć krok mój był różny, bo co rusz zmuszona byłam przeskakiwać ogromne placki... krowie placki.
 


 
Wieża widokowa na szczycie widoczna jest już z oddali. Podobnie i kolumna Bismarcka w formie kamiennego obelisku z płaskorzeźbą popiersia kanclerza.

Ponad dwie godziny wędrowaliśmy po szczycie. Potem chwila odpoczynku — na tle pięknej panoramy... I dalej w drogę! Kierunek Feldsee (Polne Jezioro).
W drodze do Feldsee (9,8 ha) odpoczywaliśmy i posilaliśmy się w stylowej karczmie górskiej. Po posiłku, wzmocnieni i pełni energii, dotarliśmy do jeziora. Kształtem przypomina mi ono nasze kochane Morskie Oko (35 ha), choć jest dużo mniejsze. Za to linię brzegową oba jeziora mają niemalże identyczną (2,50 i 2,45 km).
 
 

 
Feldsee jest jeziorem polodowcowym. Znajduje się na wys. 1108 m.n.p.m. Ma prawie kolisty kształt o średnicy ca. 350-370 m. Głębokość jego to 32 m. Ma piękną oprawę. Tworzą je strome ściany skalne, miejscami dochodzące do 300 m wysokości.

Na jeziorze wszechobecne są kaczki. Jest ich dużo i są bardzo zachłanne. Podkarmiliśmy je nieco. Wprawdzie tylko ciasteczkami, bo tylko one nam zostały, jednak widać było, że bardzo im posmakowały... Ha, pewnie dlatego, że były bio.
Po spełnieniu dobrego uczynku, czyli nafaszerowaniu kaczek, ruszyliśmy w dalszą drogę. Najpierw dookoła jeziora, a potem w górę. Stromą i bardzo śliską ścieżynką.

Po dwóch godzinach wspinaczki — od podnóża jeziora — dotarliśmy do punktu wyjścia, czyli do parkingu, na którym zaparkowaliśmy nasze auto. Był już wieczór. Wszyscy byliśmy już trochę zmęczeni, ale bardzo zdrowo zmęczeni. Humory dopisywały nadal. Jeszcze zanim wsiedliśmy do auta, snuliśmy już plany na następną wędrówkę po górach... I tak u nas jest przez wszystkie lata... Do następnej wędrówki, wędrowcy! Góry czekają!



 
* Mapa głównych szlaków po Feldberg`u.
Schodząc z góry, zaliczyliśmy ten prawy szlak — prowadzący do Feldsee.


Jesień kroplami deszczu ozdobiona

Krople deszczu mają swój niepowtarzalny urok. Ich piękno można podziwiać wiosną, latem i jesienią. Ostatnimi czasy także i zimą.
Jesienną porą mamy szczególną okazję, aby się nimi zachwycać. Wszak to pora najbardziej deszczowa. Wprawdzie meteorolodzy twierdzą, że to latem pada najwięcej deszczu, to ja jednak pozwolę się z nimi nie zgodzić. Może kiedyś tak było, ale ostatnimi laty jest na odwrót. No, przynajmniej tu gdzie mieszkam. Tegoroczne lato było wyjątkowe suche.
Od października często pada u nas deszcz. Czasem tylko siąpi, czasem wręcz leje. Ale taką pogodę też można polubić. To kwestia nastawienia. Krople deszczu dodają jesieni uroku. Tak to widzę. W plenerze, nie przez okno.


Przyroda, niczym wyborny artysta, potrafi zachwycać swoją twórczością na każdym kroku. Trzeba tylko umieć to dostrzec, a nie tylko gnuśnieć w domu, narzekać... i pastwić się nad innymi.




środa, 30 września 2020

Nie każdy lubi tunele

Ja nie lubię. Ba, mam do nich uraz. Nabawiłam się go w dzieciństwie za przyczyną pewnego nierozgarniętego konduktora, kiedy to jechałyśmy z Mamą pociągiem na wakacje do Kłodzka. Miałam 7 lat i już wtedy wiedziałam, że tunele nie przypadną mi do gustu. Po przejechaniu przez dwa, zachciało mi się siusiu. Bałam się iść do toalety, bo a nuż pociąg wjedzie do kolejnego tunelu? Mama spytała konduktora, czy jeszcze będą, a on ją zapewniał, że nie. No to po chwili poszłam. Będąc już w środku, ni stąd, ni zowąd usłyszałam zgrzyt zamka w drzwiach od zewnętrznej strony... Aż tu nagle, trzask-prask, i pociąg wjechał do tunelu. O rany, ależ się wystraszyłam. Tym bardziej, że okno było całkowicie opuszczone. Cóż za potworny łoskot! Cóż za niesamowity smród!

Okazało się, że konduktor zamknął ubikację, gdyż taki jest wymóg. W tunelach nie można używać tego przybytku. Pewnie zapomniał, o czym moją Mamę wcześniej zapewniał. Albo miał to gdzieś! Nie interesowało go, że jakieś dziecko może być w środku. Co ja wtedy przeżyłam, zamknięta w ciemnym i śmierdzącym klozecie, to moje.

W późniejszym okresie, już w Niemczech, pewnego upalnego sierpniowego dnia przeżyłam kolejny szok w tunelu. Tym razem w samochodowym. Jechałam wtedy z dziećmi. W tunelu był wypadek. Staliśmy w korku gdzieś tak w jego połowie, dusząc się spalinami. Klimatyzacja nie nadążała oczyszczać powietrza. Auta posuwały się bardzo powoli. Co rusz trzeba było hamować i stać... Aż tu nagle, głośny wybuch pod maską mojego auta i kłęby pary zaczęły się spod niej wydobywać. Okazało się, że w chłodnicy zagotowała się woda i nagromadzona para z głośnym hukiem wysadziła zakrętkę. O matko, cośmy się wtedy strachu najedli. Tym większego, że każde z nas w ciasnych i zamkniętych pomieszczeniach zawsze odczuwa pewnego rodzaju dyskomfort. Może to jeszcze nie klaustrofobia, ale jakiegoś typu dolegliwości klaustrofobiczne z pewnością. I choć wtedy bez szwanku udało nam się w końcu z tunelu wyjechać, a dzięki butelce wody mineralnej podratować chłodnicę, to jednak od tamtej przygody zauważyłam, że i moje dzieci za tunelami nie przepadają. A ja je unikam tym bardziej, jak diabeł święconej wody.

Zawsze staramy się omijać wszelkie tunele. Kiedy jedziemy na urlop np. do Włoch i musimy pokonać Przełęcz Św. Gotarda, to najczęściej pokonujemy ją drogą nad tunelem.


Przełęcz jest niezwykle piękna. Jest co podziwiać. Widać tam też niewielkie fragmenty tunelu. Nie zawsze jednak jest to możliwe, aby jechać tą drogą. Czasem jest zbyt zaśnieżona i zamknięta. Wtedy niestety nie ma zmiłuj, trzeba się zabawić w kreta i wjechać do tunelu.

Ostatnim razem przed wjazdem do tunelu ponad pół godziny staliśmy w korku. A potem już trzeba nam było niestety jakoś przeżyć te niemalże 17 km tunelowej ciasnoty i ciemności. Brrrr… jak ja nie cierpię tuneli. Gotarda szczególnie. Pochłonął już 31 ofiar. Zrobiłam tylko jedną fotkę — przy wyjeździe, szczęśliwa, że mamy go już za sobą.


Tunelu Św. Gotarda nie lubię dlatego, że jest straszliwie długi. Ma aż 16,92 km długości. (Do 2000 r. był najdłuższym tunelem drogowym na świecie. Od 2000 r. najdłuższym jest tunel Laerdal w Norwegii, ma 24,51 km długości). A po drugie, i pewnie przede wszystkim, że w 2001 r. doszło w nim do wielkiej tragedii. W wyniku zderzenia dwóch ciężarówek wybuch straszliwy pożar. Zginęło wtedy aż 11 osób. 


Georginia, królowa jesieni

Początek jesieni i niemalże wszędzie w ogrodach króluje cudowny kwiat, georginia, zwany także dalią, należący do rodziny astrowatych. W ogrodach hodowane są jego liczne odmiany.
W pełnym rozwoju georginie tworzą wysokie kwiaty sięgające nawet 2 metrów. Kwiaty są różnobarwne, pięknie zebrane w duże koszyczki o wielkości od kilku do 25 centymetrów.

Stosowane są jako kwiaty cięte, ale przede wszystkim jako ozdoba balkonów i tarasów, a także różnych rabatek i klombów. Z tym, że te miejsca obsadza się niskimi odmianami o wysokości 30-50 cm. Wysokie odmiany sadzi się natomiast przy ogrodzeniach i ścieżkach. Niezwykle pięknie wyglądają obsadzone nimi żywopłoty.





poniedziałek, 28 września 2020

Róża indywidualistka

W głębi lasu jest ogromna polana, a na niej coś dziwnego. Co? Sama nie wiem. Może czary? Zawsze się nią zachwycam kiedy wędruję przez las. Bo jest piękna, soczyście zielona, pachnąca. Ale dzisiaj przyszło mi się nią zachwycić jeszcze mocniej. Za przyczyną właśnie tego czegoś niezwykle dziwnego. Czegoś, co już z daleka zauważyłam.  
Trawa była jeszcze mokra, zroszona poranną rosą. Zdjęłam buty i poszłam w tamtym kierunku. Koniecznie chciałam z bliska zobaczyć, co to jest. Mój pies Aramis poszedł za mną. Po chwili mnie jednak wyprzedził i w te pędy pognał do tego dziwnego miejsca. Gdy dobiegł, stanął jak wryty. Przyśpieszyłam kroku. Nie spuszczałam go z oka. Jakie było moje zdziwienie, kiedy podeszłam bliżej i zobaczyłam, że wącha purpurową różę. Rosła sobie samotnie na środku polany.


Bardzo to dziwne. Nie mogłam w to uwierzyć. Polana taka duża a ona jedna jedyna? Pociągnęłam ją nawet za łodyżkę, by sprawdzić, czy ją ktoś tutaj specjalnie nie wetknął z jakiegoś tylko sobie znanego powodu. Ale nie, urosła sama.
Hmm... Indywidualistka? Na to wygląda. Podobnie jak... Król Aramis herbu Purpurowa Róża.


Gdzie dwóch się bije...

Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta...
Tak mówi znane na świecie przysłowie:
Where two are fighting, the third is benefiting;
Dove due stanno combattendo, là il terzo sta beneficiando;
Wo zwei kämpfen, profitiert der dritte;
Где двое дерутся, третий выигрывает;
Když se dva perou, třetí se směje...

***

Zwierzęta przysłów nie znają,

ponieważ rozumu nie mają. 
Kierują się zaś instynktem, 
mając swój etyczny system. 
 

***

Politycy są podłą zgrają,

chociaż rozum w większości mają. 
I tam gdzie się dwóch wściekle leje, 
trzeci z myślą o sobie (dziwnie)... truchleje.