czwartek, 26 lutego 2026

A w tym lesie same dziwy

I nic w tym dziwnego, że dzieją się tu same dziwy, skoro Pani Zima już na dobre zwarła się z Panią Wiosną w swoim cichym, upartym sporze. Wystarczy przystanąć, wsłuchać się uważniej — a można niemal zobaczyć, jak jedna ustępuje o krok, by za chwilę odzyskać teren.

Ja widzę to wyraźnie. Zwłaszcza wieczorami, gdy chodzę leśną ścieżką sama, a powietrze ma w sobie jeszcze chłód zimy i ledwie wyczuwalną obietnicę ciepła.

Lubię ten moment przejścia. To napięcie, w którym nic nie jest jeszcze rozstrzygnięte. Gdy pod stopami skrzypi zmrożona ziemia, a gdzieś obok spod śniegu przebija się pierwsza, nieśmiała zieleń. Wtedy mam wrażenie, że las odsłania przede mną coś więcej niż tylko zmieniające się pory roku.

Bo las — przynajmniej dla mnie — nigdy nie był wyłącznie ostoją przyrody. To miejsce, do którego przychodzę, gdy potrzebuję ciszy, odpowiedzi albo po prostu czyjejś obecności.

Tutaj łatwiej mi usłyszeć własne myśli. Łatwiej zrozumieć to, co we mnie jeszcze zimowe, i to, co już zaczyna się budzić do życia.

Za każdym razem wracam stąd odrobinę inna. Jakbym razem z Wiosną odzyskiwała w sobie coś kruchego, a przecież upartego. I może właśnie dlatego w tym lesie są same dziwy — bo dzieją się nie tylko między drzewami, lecz także we mnie.




Cykl: "Opowiadania o relacji człowieka z naturą" 

Nie przespać życia...

 


Antyśpioch. Jak nie przespać życia. Krótki sen, długie życie. Rozkosz poranka. Wierszyk w obrazie.


środa, 25 lutego 2026

Zatrzymał mnie drwal. I nagle wszystko się zmieniło

Wczoraj, jadąc w kierunku szczytu tutejszej góry, niemal wpadłam w zakręt, gdy nagle przede mną wyrósł… młody drwal. Serio. Stanęłam jak wryta. Otworzyłam okno, żeby zapytać, o co chodzi, ale on nie czekał, tylko od razu zadał swoje pytanie:

Musi pani koniecznie tędy jechać?

Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się, próbując brzmieć spokojnie:

No muszę, bo innej drogi na szczyt nie ma. A teraz jest mój czas na „kijkowanie” w lesie.

Chłopak spojrzał poważnie, jakby mierzył mnie wzrokiem:

To będzie musiała pani poczekać… dwadzieścia minut, aż się uporamy z pierwszym drzewem, a potem kolejne dwadzieścia, aż się uporamy z drugim drzewem, wyżej, za zakrętem.

Ojej… tak długo? A czemu nie postawiliście znaku ostrzegawczego przy wjeździe? — rzuciłam logicznie.

Bo nie zdążyliśmy.

Okay. Zawracam. Podjadę kawałek wyżej, tam łatwiej mi będzie skręcić.

I tak zrobiłam. Chwilę jednak tam postałam, obserwując ich pracę. Drwale machali piłami, śmiech, tupot… W międzyczasie drugi facet w pośpiechu postawił czerwone światło. Pewnie nie wierzył, że naprawdę zawrócę.

W końcu pokiwałam im ręką, oni odwzajemnili i ruszyłam w drogę powrotną. Myślami byłam już w lesie, bo „kijkowania” odpuścić nie mogłam. Deszcz padał coraz mocniej, ale co tam — lubię deszcz. Nigdy mi nie przeszkadza.

Wybrałam las po drugiej stronie kotliny. I bingo! Dawno tam nie byłam, a widok na miasto powalał. Krople deszczu tańczyły na suchych liściach, mgła oplatała drzewa, a ja… uwieczniłam to wszystko zdjęciami, żeby pamiętać, jak pięknie potrafi padać w górach.



Czasem drobne przeszkody — zwalone drzewa, czerwone światło i młody drwal — okazują się najlepszą częścią przygody.


***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.

Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka


Metoda na poprawę nastroju...

 


Gdy życie daje się we znaki, nie trzeba być twardym za wszelką cenę. Szkoda zdrowia. Jest na to metoda. Odpowiedź w obrazie.


wtorek, 24 lutego 2026

Świat, który wyśniłam...

 



Świat odmieniony czarem? Może rzucone zaklęcie pomoże i wreszcie stanie się przyjazny dla dobrych ludzi. Marzenie? Bajka? Jedno i drugie. Ale też i nadzieja. Wierszowana bajka w obrazie. 


Czarna róża: między cieniem a światłem

Czarna róża najczęściej przywołuje obrazy smutku i żałoby. Dla mnie jednak niesie inne znaczenie. Widzę w niej elegancję — szlachetną, niemal królewską — i tajemnicę tak głęboką, że zdaje się milczeć własnym językiem.

W dawnych czasach była znakiem namiętnej miłości, ale też nienawiści. I nie ma w tym sprzeczności. Bo przecież od miłości do nienawiści jest tylko jeden krok — krótki, gwałtowny, czasem nieodwracalny. A droga powrotna bywa równie bliska. Tak bliskie są sobie te uczucia, że ich sąsiedztwo w symbolice wcale nie dziwi.

Dziś czarna róża zyskała nowe znaczenie. Stała się symbolem odwagi — tej cichej, codziennej — szczerości, empatii i dobrego serca. To właśnie ta symbolika jest mi najbliższa, najbardziej prawdziwa w codziennym życiu.

Taką różę otrzymałam od mojej wnuczki. Powstała w kilka minut, wyszła spod jej utalentowanych rąk podczas naszej rozmowy o ulubionych kwiatach i ich ukrytych znaczeniach. Patrzyłam, jak z prostych gestów rodzi się coś więcej niż ozdoba — mały znak uwagi i czułości, subtelna filozofia gestu.




W naturze czarne róże nie istnieją. Nikomu nie udało się wyhodować ich w całkowicie naturalny sposób. Tym mianem określa się jedynie kwiaty o tak ciemnych, bordowych lub purpurowych płatkach, że zdają się pochłaniać światło, zatrzymując je w swojej głębi.

Jest jednak miejsce, gdzie natura igra z naszym postrzeganiem. W niewielkiej tureckiej miejscowości Halfeti róże wiosną przybierają tak ciemny odcień, że wydają się niemal czarne. W tamtejszym klimacie barwa nabiera niezwykłej głębi. Mieszkańcy nazywają je arabską pięknością — i trudno o trafniejsze określenie.

Bo może czarna róża wcale nie jest symbolem końca. Może jest znakiem siły, która potrafi rozkwitnąć w cieniu, milcząco przypominając, że w ciemności kryje się również światło.


poniedziałek, 23 lutego 2026

Na tropie przedwiośnia...

 



Choć jeszcze chłodno, w powietrzu drżenie. Śnieg znika jak za dotknięciem różdżki. Ziemia już oddycha ukrytym życiem. Wierszyk w obrazie.


Heidensteinhöhle – kamienna magia Jury Szwabskiej

W sercu Jury Szwabskiej kryje się wiele jaskiń z czasów prehistorycznych, ale Heidensteinhöhle wyróżnia się subtelnym urokiem i tajemniczą atmosferą. Ta niewielka, czterdziestometrowa jaskinia wciśnięta w zbocze Góry Wołowej (Ochsenberg) w Albstadt (Badenia-Wirtembergia) nosi imię rodu Heidenstein. W Polsce pamięć o nim zachował przede wszystkim Reinhold Heidenstein z XVI wieku – prawnik, kronikarz i dyplomata na dworze polskich królów.

Choć Heidensteinhöhle nie zdobyła światowej sławy jak Hohle Fels, gdzie w 2008 roku odkryto figurkę Wenus sprzed 35–40 tysięcy lat, jest prawdziwym skarbem dla mieszkańców i podróżników.



Już przy wejściu tablica informacyjna przypomina, że jaskinia jest miejscem prehistorycznym i jednocześnie pomnikiem przyrody.

Wchodząc do środka, czuje się jej pierwotną atmosferę. Nie ma tu malowideł praczłowieka – przynajmniej nikt ich dotąd nie odkrył – ale każdy krok po kamiennym podłożu odsłania nowe spojrzenie na naturę i światło.

Za każdym razem, gdy odwiedzam jaskinię, oczarowuje mnie perspektywa przez niewielki otwór w suficie. Promień słońca, wpadający niczym reflektor, ożywia wnętrze i nadaje mu niemal magiczny charakter.



Zimową porą miejsce to staje się jeszcze bardziej niezwykłe – lodowe stalagmity w fantazyjnych kształtach zdobią wejście, odbijając światło i tworząc atmosferę baśniowej krainy.



Heidensteinhöhle to nie tylko jaskinia. To przestrzeń, która wciąż zachwyca i inspiruje, łącząc historię, przyrodę i osobiste doświadczenie w jedną niezapomnianą całość.


niedziela, 22 lutego 2026

Zima — artystka niestrudzona — znów daje o sobie znać

I trzeba przyznać — czyni to po mistrzowsku. Szerokim pociągnięciem pędzla cudownie maluje las białą farbą.

Wczoraj o świcie mróz tylko lekko uszczypnął policzki — ledwie dwa stopnie poniżej zera — a jednak świat wyglądał, jakby zatrzymał oddech. Niebo wisiało nisko, ciężkie i ołowiane, lecz w lesie rozgrywała się cicha magia.

To kotlina — tu nocą snują się gęste mgły radiacyjne, cierpliwe i dokładne. Otulają drzewa, muskają trawy i gałęzie, by nad ranem zostawić po sobie misterną koronkę szadzi. Każda igła świerku, każdy suchy badyl, każda pajęcza nić lśniła jak utkane ze szkła.

Rankiem w lesie było jak w baśni. Ba — jak w królestwie Królowej Śniegu, gdzie cisza ma srebrzysty dźwięk, a czas płynie wolniej:


Bo Pani Zima bardzo się starała —
od świtu aż po zmierzch świat malowała.
Malowała cierpliwie, z namysłem, bez pośpiechu…
A gdy skończyła — stanęła z boku
i uśmiechnęła się lodowym uśmiechem,
widząc, jak po mistrzowsku go pomalowała.



Cykl: "Opowiadania o relacji człowieka z naturą" 


Nie walcz ze snem — nawet najmniejsi wiedzą, że ze snem się nie dyskutuje...

 



W niewinności najmłodszych widać najprostsze filozofie: padnij, odpocznij, pozwól światu czekać. Tekst w obrazie.


sobota, 21 lutego 2026

Między wiarą a neurobiologią (oraz jednym dinozaurem)


Nie zawsze to — co widać — prawdę odsłania,

niektórzy jednak w „to” wierzą — i to bez wachania.




Co przedstawiają powyższe zdjęcia? Na pierwszym – pień drzewa pod blokiem, zwyczajny, niepozorny. A jednak w maju 2023 roku w Parczewie stał się on niemal centrum duchowego poruszenia. W sękach i spękaniach kory niektórzy dostrzegli postać Matki Boskiej. I oto zwykłe drzewo awansowało do rangi znaku z nieba.

Pojawiły się modlitwy, skupienie, Biblia w dłoniach. Natura – jak się okazało – potrafi zaskoczyć nawet samą siebie.

Na drugim zdjęciu również mamy do czynienia z twórczością, ale nie tylko przyrody. Tym razem w lesie coś wystaje, coś się układa, coś intryguje. Dla jednych – zwykłe fragmenty jakiejś maszyny leśników. Dla innych – żebra dinozaura, jakby prehistoria postanowiła zrobić sobie krótki spacer po współczesności. Wypisz wymaluj: park jurajski w wersji leśnej.

Ot, klasyczne przykłady zjawiska pareidolii.

Czymże ona jest? To ta osobliwa skłonność naszego mózgu do dopowiadania świata. Do znajdowania twarzy tam, gdzie są tylko cienie. Postaci tam, gdzie są zacieki. Sensu tam, gdzie natura po prostu… była sobą.

Bo człowiek nie lubi przypadkowości. Woli historię. Woli opowieść. Woli, żeby plama była kimś, a nie tylko plamą.

Co ciekawe, zwykle wiemy, że to tylko gra wyobraźni. Mamy świadomość złudzenia – a jednak obraz działa. Trochę jak teatr, w którym widz zna kulisy, a mimo to daje się porwać spektaklowi.

Źródłem pareidolii bywają też chmury. Ileż to razy na niebie przechadzały się smoki, baranki, profile sąsiadów, a nawet – przy sprzyjającym układzie pary wodnej – sam Pan Bóg. Meteorologia bywa zaskakująco kreatywna.

A jak podchodzi do tego Kościół katolicki? Z rezerwą godną instytucji z dwutysiącletnim doświadczeniem. Entuzjazm wiernych nie zawsze idzie w parze z oficjalnym uznaniem nadprzyrodzoności.

A my? My – ludzie myślący – co mamy z tym zrobić? Śmiać się? Wzruszać ramionami? Zastanawiać się nad mechanizmami umysłu?

Możemy wszystko naraz. Bo pareidolia, choć bywa powodem modlitw lub sensacji, jest przede wszystkim dowodem na to, że nasz mózg kocha wzory, znaczenia i opowieści. Nawet jeśli czasem tworzy je z… kory drzewa.

I może właśnie w tym jest jej urok.


***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.

Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka


Serce bliżej wiosny...



 

Czekając na zielone. Między zimą a wiosną. Pod śniegiem kiełkuje wiosna. Jeszcze chwila światła. Tekst w obrazie.


piątek, 20 lutego 2026

Zima się namyśliła i wróciła z rozmachem

Przynajmniej tutaj. Jakby zawróciła w pół drogi, przypomniawszy sobie o czymś niedokończonym. Nie mam do niej żalu. Skoro człowiek tak łatwo zapomina o własnych korzeniach i z uporem podcina gałąź, na której siedzi, skoro kilku potworów potrafi rozpętać ogień, który trawi całe światy, to czemu Matka Natura nie miałaby odpowiedzieć białym milczeniem? Jej gniew nie krzyczy. Spada.

Zdążyliśmy już uwierzyć w wiosnę. Powietrze miękło jak rozgrzany w dłoniach wosk, ziemia oddychała coraz śmielej, a świat rozchylał powieki. I nagle — cisza przykryta bielą. Śnieg jak wymazana kartka. Jak korekta rzeczywistości.

Ptaki umilkły, jakby ktoś zgasił nuty w powietrzu. Jeszcze wczoraj ogród był partyturą, dziś jest zamkniętym fortepianem. Siedzą pewnie skulone wśród gałęzi — małe, drżące przecinki w zdaniu zimy.

Rośliny dały się oszukać światłu. Wychyliły się z ziemi jak dzieci wywołane po imieniu. Teraz stoją zatrzymane w pół ruchu, przykryte chłodną dłonią nieba. Ziemia znów zamknęła je w sobie, jakby mówiła: „Jeszcze nie”.

Ech… szkoda słów. Trzeba wziąć łopatę i rozgarnąć tę białą ciszę. A jest czego odgarniać.

Synoptycy obiecują, że to tylko epizod, że mróz nie przyjdzie, że śnieg roztopi się szybko. Być może. Ale przez tę chwilę świat znów przypomniał, że nie jesteśmy jego właścicielami. Co najwyżej — gośćmi.




Cykl: "Opowiadania o relacji człowieka z naturą" 


Natura bywa brutalnym krytykiem głupoty...

 


Czasem wystarczy jeden krok (w przysłowiowych szpilkach — sic!), by spaść na właściwy poziom. Refleksja nad ambitną głupotą. Tekst w obrazie.


czwartek, 19 lutego 2026

Było, minęło — i trochę się z tego śmieję

Coroczne wczasy w Polsce na zawsze zajmą w moim sercu miejsce pierwszorzędne. Były wspaniałe. Że za komuny? Cóż — wtedy nikt nie mówił, że jest trudno. Po prostu stało się w kolejkach i jechało na Mazury. A jak człowiek miał dobre nastawienie, to nawet brak cytrusów nie był w stanie popsuć lata.

W albumach trzymam całe stosy czarno-białych fotografii. Technicznie — tragedia. Artystycznie — przypadek. A dla mnie? Arcydzieła. Patrzę na nie i widzę kolory, których żaden aparat wtedy nie potrafił uchwycić: złoto słońca, brąz opalenizny i ten niepowtarzalny odcień wakacyjnego szczęścia.

W 1978 roku pojechaliśmy nad Jeziorak. Mazury były naszym letnim kierunkiem obowiązkowym. Mieszkaliśmy w skromnym domku campingowym należącym do cioci z Chorzowa. Domek może i nieduży, ale śmiechu mieścił w sobie bez liku.

Dzieci miały tam raj. Towarzystwo było międzynarodowe. Najwięcej kolegów z Czechosłowacji. Język? Jaki język! Dzieci dogadywały się bez słów, za to z ogromną ilością gestów, śmiechu i biegania.

Śniadanie często jedliśmy pod presją, bo pod domkiem już czekała delegacja gotowa do wymarszu nad jezioro.



A mój dwuletni synek… Cóż, miał swoje wymagania modowe. Gdy akurat nie taplał się w wodzie, najlepiej czuł się w brązowej spódniczce starszej siostry. Innej nie uznawał. Ta jedna jedyna — i koniec dyskusji. Argument praktyczny był nie do podważenia: w upale wygodniej, zwłaszcza przy siusianiu. Logika prosta i skuteczna.

Trzeba przyznać, że wyglądał w niej rozczulająco. Opalony na czekoladowo, z jasnymi loczkami i miną niewiniątka. Któregoś dnia, nie dawszy się przebrać za żadne skarby świata, wybraliśmy się tak — w pełnej stylizacji — do restauracji.

Przy sąsiednim stoliku siedziały dwie młode pary. Nagle jedna z dziewczyn mówi z zachwytem:
— Popatrzcie, jaka śliczna dziewczynka!

Nie zastanawiając się długo, zawołałam:

Przemek, podnieś spódniczkę.

Podniósł. Bezwstydnie i natychmiast. Śmiech wybuchł tak donośny, że chyba echo poniosło go aż nad jezioro. Dziewczyna śmiała się tak bardzo, że spadła z krzesła. A mój syn patrzył z dumą, jakby właśnie dokonał czegoś naprawdę wielkiego. W sumie — dokonał. Rozbawił pół sali.

On w ogóle miał talent do ludzi. Uśmiechał się, zagadywał, przytulał bez zapowiedzi. Dzięki niemu poznaliśmy starsze małżeństwo z Warszawy — cudownych, pogodnych ludzi, którzy najwyraźniej uznali naszego „przylepę” za dobro narodowe.

Codziennie rano przynosili nam ze stołówki ogromną bańkę owsianki i jeszcze coś „na dokładkę”. Stawali pod domkiem, stukali łyżką w metal i wołali:
— Wstawać, Przemki, śniadanie na stole!



Takiej pobudki nie powstydziłby się żaden hotel. A potem jeszcze przez kilka lat przysyłali dzieciom paczki z zabawkami i słodyczami. Bo tak. Bo można było. Bo się chciało.

Kiedy dziś wracam do tamtych lat, myślę sobie, że ludzie byli wtedy bliżej siebie. Może dlatego, że nie mieli telefonów w rękach, tylko siebie nawzajem. Więcej rozmów twarzą w twarz, mniej komentarzy pisanych w złości.

Oczywiście świat się zmienił. Postęp technologiczny bywa wspaniały — sama z niego korzystam i bardzo sobie chwalę. Ale czasem tęsknię za tym, że największą atrakcją dnia było wspólne śniadanie i czyjaś życzliwość zapukana łyżką w metalową bańkę.

Bo to, co najważniejsze, nigdy nie było w kolorze zdjęć. Było w ludziach.


***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.

Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka


Rusz się, uwolnij złość i poczuj prawdziwą radość życia...

 


Żyj bez agresji i nienawiści. Pozbądź się złych emocji, daj sobie przyjemność i pozwól endorfinom buzować w żyłach. Tekst w obrazie.


środa, 18 lutego 2026

Pod śpiewem przebiśniegów

Zima przyszła i odeszła — tylko na chwilę. Jej prawdziwe oblicze pokazało się na krótko, w pierwszych tygodniach stycznia. Teraz pojawia się jak cień: lekka mżawka, sypiący się śnieg, który w ciągu dnia cicho topnieje, jakby nigdy go nie było.

W powietrzu czuć już wiosnę. Nie tylko w zapachu ziemi, nie tylko w odgłosie ptaków, które odważnie wypełniają ciszę śpiewem. Wiosnę widać też w ogrodzie, wśród pierwszych, nieśmiałych kwiatów.

Przebiśniegi. Małe latarnie światła przebijające przez szarość. Kilka dni temu zakwitły w ziemi jeszcze twardej od mrozu. Dziś nocna zmarzlina ścisnęła ich płatki, a zamarzająca mżawka skropliła ich delikatne główki. Ale one przetrwają — jak co roku. Ciche, nieugięte, wierne rytmowi przyrody.

Nadchodząca wiosna jest nie do powstrzymania. Ptaki wyćwierkały mi jej pewność, a ziemia odpowiada pierwszym zielonym pąkom. I choć zima jeszcze od czasu do czasu podnosi głowę, jej podrygi są już tylko wspomnieniem.




Cykl: "Opowiadania o relacji człowieka z naturą" 


Dwie postacie szczęścia...

 



Korzenie i skrzydła. Między śmiechem a wspomnieniem. W świetle babcinych dłoni. W babcinej pieczy miłość spowalnia czas. Wierszyk w obrazie.


wtorek, 17 lutego 2026

Pęknięcie w obrazie świata

Są pytania, które wracają do nas uporczywie, nawet jeśli próbujemy je zagłuszyć. Jedno z nich brzmi: czy naprawdę chcemy wiedzieć więcej, niż pozwala nam codzienna wygoda myślenia?

Być może nadchodzi czas, by poszerzyć swój światopogląd — a może nawet „wszechświatopogląd”. Przywykliśmy do określonych wersji rzeczywistości: tych szkolnych, religijnych, naukowych, kulturowych. Tworzą one konstrukcję, w której czujemy się bezpiecznie. Ale każda konstrukcja, jeśli jest zamknięta, staje się również ograniczeniem. Zamykanie oczu i zatykanie uszu daje chwilowy komfort. Na dłuższą metę jednak nie zmienia tego, co istnieje poza naszym przyzwoleniem.

Co, jeśli obraz świata, który przyjęliśmy, jest jedynie fragmentem większej całości? Co, jeśli to, co dzieje się w Kosmosie, ma bezpośredni wpływ na to, co rozgrywa się na Ziemi? Być może rozsądniej jest próbować zrozumieć wcześniej, niż zostać nagle skonfrontowanym z czymś, co przekroczy nasze dotychczasowe wyobrażenia.



Myśl o Przybyszach z innych światów budzi śmiech albo lęk. Czasem fascynację. Czasem drwinę. A jednak od wieków powraca w mitach, wizjach i szeptanych świadectwach — jak echo, które nie chce wygasnąć.

I nagle to echo przenika do przestrzeni oficjalnej. Do sal przesłuchań. Do mikrofonów. Do nagrań.

Emerytowany major Sił Powietrznych USA i były oficer wywiadu, David Grusch, składa pod przysięgą zeznania o programach badających niezidentyfikowane obiekty i o technologiach, które — jeśli wierzyć jego słowom — nie należą do naszego świata.

Były prezydent Stanów Zjednoczonych, Barack Obama, w rozmowie publicznej przyznaje, że istnieją zjawiska powietrzne, których natura pozostaje niewyjaśniona nawet na najwyższych szczeblach wiedzy państwowej. Oświadczył też, że na podstawie swojej „prezydenckiej” wiedzy kosmici istnieją.

Czy są to sygnały przełomu? Czy jedynie dowód na to, że ludzka wiedza — nawet ta najbardziej uprzywilejowana — ma swoje granice?

Żyjemy w czasach napięcia. Kryzys klimatyczny, widmo konfliktów nuklearnych, decyzje podejmowane przez nielicznych, które mogą zaważyć na losie milionów. W takim kontekście pytanie o obecność „innych” nabiera dodatkowego wymiaru.

Czy byliby obserwatorami? Strażnikami? A może jedynie świadkami naszej drogi — tak jak my bywamy świadkami procesów, których nie zamierzamy zatrzymywać?

Ostatecznie jednak pytanie nie dotyczy wyłącznie kosmitów. Dotyczy naszej postawy wobec nieznanego.

Czy wolimy stabilność znanego świata, nawet jeśli jest niepełny, czy ryzyko poszerzenia świadomości? Wiedza nie zawsze przynosi spokój. Czasem odbiera złudzenia. Czasem zmusza do redefinicji siebie.

A jednak to właśnie zdolność przekraczania własnych ograniczeń poznawczych stanowi o rozwoju człowieka.

Lepiej więc wiedzieć czy nie wiedzieć? Być może odpowiedź nie brzmi ani „tak”, ani „nie”. Być może brzmi: „być gotowym”.

***

Dla tych, którzy chcą samodzielnie zagłębić się w temat, istnieją przestrzenie i osoby od lat go eksplorujące. W Polsce od ponad trzech dekad zajmuje się nim Robert Bernatowicz, twórca kanału „Rozmowy na Krawędzi Wszechświata”. Na świecie jednym z najbardziej znanych badaczy zjawiska UFO pozostaje Jacques Vallée — informatyk, astronom i astrofizyk, którego wywiady i publikacje są szeroko dostępne.

Reszta — jak zawsze — pozostaje w gestii ciekawości.


Z cyklu: "Chcesz — wierz. Nie chcesz — twoja sprawa"


Pozory mylą...

 



Pozory to fałszywe wyobrażenie o czymś, zewnętrzny wygląd nieoddający istoty rzeczy. Pozory mylą, ponieważ nasz mózg dąży do uproszczeń. Tekst w obrazie.


poniedziałek, 16 lutego 2026

Tam, gdzie rzeka budziła dzień

Są takie wakacje, które nie kończą się nigdy. Zostają pod powiekami, w zapachu powietrza, w szumie rzeki, który brzmi w pamięci nawet po latach.

W dzieciństwie i wczesnej młodości niemal każdego roku wyjeżdżałam do wujostwa na wieś. Ich ogromny, przedwojenny dom stał na wzgórzu jak strażnik krajobrazu — trochę dumny, trochę milczący, a dla mnie najbezpieczniejszy na świecie. To tam uczyłam się smaku lata.

Budziłam się skoro świt. W ciszy, która nigdy nie była zupełną ciszą. Siadałam na parapecie w pokoju na pierwszym piętrze i wdychałam rześkie powietrze pachnące trawą i wodą.

U podnóża wzgórza płynęła Biała Lądecka — wartka, chłodna, nieustannie opowiadająca swoją historię. Jej szum był pierwszą muzyką dnia.

Z podwórza dobiegało życie: gdakanie, pianie, gęganie, kwakanie, muczenie, kwiczenie, rżenie, miauczenie, szczekanie… Ten wielogłos nie był hałasem. Był rytmem. Dowodem, że świat oddycha. Czułam wtedy intensywnie i prosto: że jestem, że żyję.



Śniadania miały smak prawdziwości. Do kuchni „na dni powszednie” przechodziło się przez stajnię, gdzie mieszkały dwie krowy i klacz Kasztanka. Zapach był tam niezmienny, ciężki i swojski — ale dla mnie miał w sobie coś kojącego. Dziś wiem, że to nie była tylko woń siana i zwierząt. To był zapach bezpieczeństwa.

Na stole czekał chleb, mleko jeszcze ciepłe, jajka od szczęśliwych kur i miód z pasieki wujka — pachnący kwieciem, słońcem i cierpliwą pracą pszczół. Dziesięć uli stało w ogrodzie tuż przy oknach kuchni, a brzęczenie mieszało się z rozmowami dorosłych.

A potem zaczynał się dzień bez granic. Łąki, pastwiska, lasy. Biała Lądecka i Nysa Kłodzka, które spotykały się w Pilczu jak dwie siostry. Woda chłodziła rozgrzaną skórę, trawa łaskotała łydki, a czas — jakby przestawał istnieć. Natura była czysta, nieskalana, ogromna. A ja byłam jej cząstką.

Po latach wracałam tam już jako matka. Chciałam, by moje dzieci zobaczyły świat, który mnie ukształtował — żeby usłyszały tę samą rzekę, poczuły zapach stajni i spróbowały miodu, który smakował latem. Jeździliśmy do wujostwa aż do chwili, gdy odeszli — jak wierzę — do innego wymiaru, zostawiając po sobie dom pełen wspomnień i krajobraz, który wciąż tam trwa. Bo są miejsca, które nigdy nie znikają. Nawet jeśli czas zabiera ludzi.


Róża — symbol piękna i tajemnicy...

 



Różaszept natury, poezja zaklęta w płatkach. Jej piękno porusza. Jest delikatna i silna zarazem. Tekst w obrazie.


niedziela, 15 lutego 2026

Podrasowany do tragedii

Z początkiem wiosny, jak co roku, na drogi ruszają różnej maści motocykliści — i ich maszyny. Od motorowerów i skuterów począwszy, na ciężkich motorach skończywszy.

Ich ryk słychać już z daleka. Śniegu u nas od dawna nie ma, więc jeżdżą. A ja lubię ryk motorów. Mam tak od dziecka. Zwłaszcza tych ciężkich. W młodości przejechałam tysiące kilometrów na swoim motorze. Dlatego zawsze reaguję na ich odgłos, gdziekolwiek go usłyszę.

Dziś też zareagowałam, choć byłam w domu, nie na ulicy. Siedziałam przy komputerze, przy uchylonych drzwiach do ogrodu, gdy nagle usłyszałam dziwny dźwięk skutera.

Skąd wiedziałam, że to skuter? Po prostu wiedziałam. Od najmłodszych lat potrafię rozpoznać rodzaj motoru po jego silniku. Jednak dochodzący do mnie odgłos wydawał się zbyt donośny i zbyt piskliwy… Aż nagle rozległ się głośny łoskot i krzyk:
— „Scheisseee!”… i zapadła cisza.

Wystraszyłam się. Najbardziej tej ciszy. Wybiegłam natychmiast przez ogród na ulicę… O rany! Widok, jaki zastałam, zmroził mnie.

Pod moim autem, zaparkowanym pod domem, leżał młody chłopiec, może 16-letni. Metr dalej leżał jego skuter, a obok stało auto ze strzaskanym lewym bokiem.

Chłopiec miał całą zakrwawioną twarz. Leżał nieprzytomny, a nad nim pochylał się kierowca strzaskanego auta i jego pasażerka.

Po chwili odzyskał przytomność i próbował się podnieść. Poprosiłam, żeby tego nie robił, bo mógł mieć uszkodzony kręgosłup. Po dosłownie pięciu minutach było już słychać syrenę nadjeżdżającej karetki pogotowia. Na szczęście szpital mieści się niedaleko — może jakieś pięćset metrów w dół ulicy. Po kolejnych kilku minutach przyjechał policyjny radiowóz.

Bardzo żałowałam tego chłopca. Kiedy lekarze wraz z sanitariuszami wybiegli z karetki, podniosłam głowę i zobaczyłam wielu gapiów dookoła. Zrobiło mi się niedobrze. Pomyślałam, że nic tu po mnie, i wróciłam do domu.

W domu doszłam do siebie, ale nie mogłam znaleźć miejsca. Widok tego biednego chłopca ciągle miałam przed oczami.

Wyszłam z domu dopiero wtedy, gdy na ulicy już wszystko ucichło. Pomyślałam, że powinnam sprawdzić swoje auto, czy nie zostało uszkodzone.

Na ulicy spotkałam mojego wszystkowidzącego sąsiada.
— Pani sąsiadko, niech się pani nie martwi! — zawołał. — Już sprawdziłem pani auto. Jest całe. Ten szczeniak nie zahaczył o nie, strzaskał tylko BMW moich znajomych. Wszystko widziałem z okna. Aż wrzasnąłem, kiedy było po wszystkim.

Biedny chłopak! — westchnęłam głośno.

Biedny?! Jaki biedny…?! — huknął sąsiad. — Sam sobie winien. Zachciało mu się rasować skuter, to teraz ma za swoje. Takie szczeniaki na podrasowanych skuterach są zagrożeniem dla ruchu drogowego.

To i tak nie zmienia faktu, że szkoda mi go — odpowiedziałam. — A skąd pan wie, że jego skuter był podrasowany? — spytałam po chwili.

Policja stwierdziła. Chłopak po przerobieniu silnika wyjechał na próbną jazdę… i się już najeździł!

A gdzie byli jego rodzice, kiedy on to robił? Nie widzieli, co ich syn wyprawia? — spytałam bardziej siebie niż sąsiada.

Widzieli, widzieli! Ojciec mu nawet pomagał.

Tym bardziej mi go żal — powiedziałam ciszej, bo poczułam napływające do oczu łzy.

Wracając do siebie, w duchu wyraziłam wdzięczność policji, że nie zostawia krwi na drogach. Bardzo to chwalebne.

W domu nie mogłam się skupić na pisaniu. Przypomniało mi się, że mój syn, jako nastolatek, też miał skuter i próbował podrasować silnik. Przyłapałam go na tym.
— O nie! Co to, to nie, synu! — ostro zareagowałam i kategorycznie mu zabroniłam. Przyrzekł, że nie będzie tego robił. Ale ja, pomimo jego przyrzeczenia, i tak często sprawdzałam… Tak na wszelki wypadek. W myśl dobrze znanej nam wtedy — w czasie komunizmu — leninowskiej zasady: „Zaufanie jest dobre, ale kontrola lepsza”.



***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.

Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka