środa, 9 września 2020

Z kradzieżami tekstów i zdjęć w internecie można sobie poradzić... Jak?

W Internecie często dochodzi do naruszania praw autorskich. Są ludzie, którzy robią to nagminnie i bezkarnie… Ale do czasu! Ustawa o prawie autorskim z 4 lutego 1994 roku za naruszenie praw autorskich i wykorzystanie ich bez zgody autora przewiduje dwa rodzaje odpowiedzialności: cywilną i karną.
Publikując kiedyś swoje artykuły na łamach Wiadomości24, jeden z nich chciałam uzupełnić po pewnym czasie zdjęciami. Co też uczyniłam. Tekst ponownie wrócił do moderacji. Po paru godzinach dowiedziałam się nagle, że jest on już opublikowany na pewnym portalu społecznościowym. W całości, bez podania nazwiska autora. Nie powiem, zdziwiłam się. Napisałam o tym fakcie e-maila do wydawcy i oto co mi on poradził:
— „Proponuję zatem skontaktować się z administratorem tej strony i... wystawić mu rachunek za naruszenie praw autorskich... Takie praktyki są niedopuszczalne, ktoś przywłaszczył Pani tekst, w dodatku nie podpisał go. W razie problemów z zarządcą strony proszę nam dać znać”.
Ucieszyłam się tą odpowiedzią, bo przecież redakcja ma zawsze większą siłę przebicia niż pojedynczy autor. Zrobiłam tak jak mi wydawca poradził i napisałam do administratora tegoż portalu maila z prośbą o usunięcie mojego tekstu. Niestety, bez echa. Za dwa dni ponowiłam prośbę, za kolejną poradą wydawcy:
— „Proszę jeszcze z dobę poczekać, a potem wysłać ostrzeżenie, że jeżeli materiał nie zniknie, zajmie się nim dział prawny Grupy Wydawniczej Polskapresse...”.
No to czekałam. I co? I dalej zero reakcji. Administrator milczał jak zaklęty, a mój tekst nadal widniał na głównej stronie jego portalu.
Celowo nie podaję nazwy owego portalu społecznościowego, ażeby jego nieuczciwym założycielom nie robić darmowej reklamy.
Ponownie weszłam w kontakt z wydawcą, meldując co i jak. Po chwili dostałam jego odpowiedź o treści:
— „Pani Halino, redaktor naczelny zadecydował, że jednak puścimy Pani tekst o kradzieży :) Napisał już w imieniu redakcji do właścicieli serwisu... Czekamy na dalszy rozwój wypadków”.
I w końcu się doczekaliśmy. Tekst mój zniknął ze „złodziejskiego” portalu. A jego administrator, kajając się, gorąco mnie przeprosił. Podziękowałam więc kolejnym mailem redaktorowi naczelnemu za pomoc:
— „Panie Tomaszu, właśnie napisał do mnie administrator rzeczonego portalu z przeprosinami za wykorzystanie mojego tekstu bez mojej zgody. Na moje prośby nie reagował, ale na Pańską niemalże natychmiast i tekst dzisiaj zniknął z jego strony. Dziękuję za pomoc i pozdrawiam!”. — W odpowiedzi redaktor mi odpisał:
— „Pani Halino, znalazła Pani bardzo sympatyczne wyjście z tej przykrej sytuacji. Uśmiechnąłem się, gdy przeczytałem komentarz. Pozdrawiam”. — Kończąc naszą korespondencję, odpowiedziałam:
— „Miło mi, że się Pan uśmiechnął. Bardzo lubię uśmiechniętych ludzi. A co do wyjścia… No cóż, myślę, że prawdziwego dziennikarza obywatelskiego poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale po tym jak kończy.... To taki żarcik, ale wiele w nim prawdy. Dziękuję za pozdrowienie i również pozdrawiam!”.

Potem — zupełnie przez przypadek — jeszcze wiele razy napotykałam na swoje teksty, a także zdjęcia (napotykam jeszcze i dziś) na Facebooku, na niektórych portalach społecznościowych i blogach.


Za każdym razem wtedy reagowałam i reaguję... i za każdym też razem byłam i jestem bardzo przepraszana... I to mi wystarcza.

Pod przeprosinami dostawałam także różne komentarze. Większość miłych. Cytuję trzy z nich (nazwiska pozostawiam tylko dla swojej i redakcji wiadomości):

— „Spróbuj doszukać się w tym pozytywów. Skoro Ciebie "piratują" to przecież znaczy, że Twój tekst jest przedmiotem pożądania”. WA

— „Oczywiście, że to miłe, kiedy teksty podobają się, są czytane i wykorzystywane dalej, ale powinno to się odbywać za zgodą autora, albo przynajmniej z podaniem linku do źródła. Takie przywłaszczanie sobie czyjeś pracy jest bezprawne... i niemiłe”. GraK

— „Ja bym tę kradzież potraktował nieco jako komplement... Ukradli bez podawania autora czy z? A może po prostu niech zapłacą za używanie?”. GW

Jakkolwiek by nie było, myślę, że w przypadku kradzieży tekstów, czy fotografii, zawsze powinniśmy reagować. Porządek musi być. Ale powinniśmy to robić z poczuciem humoru, bez mściwości. Mściwość, podobnie jak nienawiść, to cecha ludzi o niskim poziomie kultury osobistej.


Kałuże zapłakane deszczem

Kiedy deszcz pada, kałuż w lesie mnóstwo. Jest w czym wybierać, co podziwiać, i co fotografować. Oczywiście dotyczy to osób  kochających przyrodę, potrafiących się nią zachwycać i będących wrażliwymi na zjawiska w niej zachodzące.

Każda kałuża jest inna. Ale w każdej doszukać się można czegoś niezwykłego. Różnią się nie tylko wyglądem, różnią się także zapachem. I jeszcze czymś się różnią, ale to „coś” każdy sam musi wypatrzyć. Wystarczy odrobina wyobraźni i wrażliwości a... jej moc będzie działać. ;)





poniedziałek, 7 września 2020

Rock Climbing. Pokonać własne słabości

Rock Climbing, czyli wspinaczka skałkowa, to rodzaj sportu polegający na wspinaniu się po stromych ścianach przy użyciu rąk. Do niedawna uważana była za sport ekstremalny, dziś, za popularną formę aktywnego wypoczynku. I co ważne, nie jest wcale taka droga.
Uprawianie jej w ostatnich latach staje się coraz bardziej popularne i coraz więcej ludzi „szlifuje siebie o kamień”, ćwicząc swój charakter i siłę woli. Wspinaczka dla nich, jak sami mówią, to nie tylko pasja, to sposób na życie. To wielka miłość… i nie ma zmiłuj. Wspinać się muszą.
Spędziłam dzisiaj dobre trzy godziny pod skałką, aby zapoznać się z istotą tego jakże widowiskowego sportu.

Mobilizacja fizyczna i psychiczna. A po chwili — w górę! Im wyżej, im bardziej stromo — tym lepiej. Pod każdym względem.
Ściana skalna, po której wspina się uwieczniony przeze mnie wspinacz (za jego zgodą), jest naturalną ścianą treningową. Na niej miłośnicy wspinaczki trenują po pracy i przed kolejnym bardzo wyczekiwanym wypadem w wysokie góry.

Szczyt zdobyty. Satysfakcja? Z pewnością. Ona jest zawsze... i rośnie wprost proporcjonalnie do wysokości zdobytej góry. Po zdobyciu szczytu chwila wytchnienia… A potem… A potem zjazd na linie i… apiat od nowa… i to po kilka razy. Wspinaczka — zjazd, wspinaczka — zjazd, aż braknie sił, aż zmęczenie ustąpi miejsca zadowoleniu z treningu.

Niektórzy swoją przygodę ze wspinaczką zaczynają na sztucznej ścianie, niektórzy od razu na skałkach. Jeśli załapią bakcyla, wspinać się już będą zawsze, marząc o osiąganiu coraz to wyższych szczytów. To ich pasja, to miłość do gór, to adrenalina, to przeżycie, którego nie da się zapomnieć.
Wspinając się, pokonują własne słabości, strach, lęk, przekraczają granice. Uczą się odwagi, odpowiedzialności, zaufania. Obcują z piękną naturą i wysokością. Wpinając się, czują wszechogarniającą wolność i radość. Wszystkimi zmysłami chłoną przyrodę. Podziwiają piękno krajobrazów. Wspinając się, wkraczają w dziewiczy świat, nietknięty wpływami cywilizacji. I ten pierwotny kontakt z naturą jest dla nich ogromną satysfakcją, radością, nagrodą.

Mówi się, że gdyby nie było gór, to człowiek by je wymyślił. I to jest najlepsza odpowiedź na pytanie: dlaczego człowiek się wspina? Ująwszy to inaczej – człowiek się wspina, bo są góry.
Przestrzeń, świeże powietrze, chęć poznawania samego siebie, a także możliwość spędzenia czasu z przyjaciółmi i ludźmi podobnie myślącymi — ciągnie w góry każdego miłośnika wspinaczki.
W górach poznają nowe drogi wspinaczkowe. Zaopatrują się w mapki z lokalizacją tych dróg, ich nazwami i stopniem trudności. Potem się nimi wymieniają, by za jakiś czas znów spotykać się u podnóża gór/skał.
Nazwy dróg wspinaczkowych najczęściej pochodzą od nazw obiektów na które prowadzą. Czasami pochodzą od nazwisk albo pseudonimów autorów pierwszych przejść. Niekiedy są tylko jakimś żartem słownym.

Już miałam wracać do domu, kiedy kolejni miłośnicy zaczęli przymierzać się do wspinaczki i zdobycia szczytu skałki. Mówią, że to dla nich frajda nad frajdami… Przyjemnie tę ich frajdę poobserwować. Zostałam kolejną godzinę.

Wspinaczka, tak jak mi chłopaki mówią, to wielka przygoda życia. Ale też i szkoła. Uczy partnerstwa i zaufania drugiemu człowiekowi, bo idąc w góry z innymi osobami, poniekąd powierza się im swoje życie. Za przyczyną asekuracji.

Nie ma co ukrywać, wspinaczka jest jednak sportem wysokiego ryzyka i może być niebezpieczna. Może prowadzić do utraty zdrowia, a nawet i życia. Dlatego bardzo ważne jest, aby stosować się do zasad bezpieczeństwa i właściwej asekuracji. Każdy kto się wspina, podejmuje ryzyko na własną odpowiedzialność.


Wspinacze są zawsze uśmiechnięci, mili, przyjaźni. Aż miło na nich popatrzeć. Nic w tym dziwnego. Góry leczą ze stresów egzystencjalnych, w górach zapomina się o problemach pozostawionych gdzieś tam na dole. Góry w końcu uszlachetniają i uwrażliwiają. Wyciągają z człowieka dobro i uczą obdarowywać nim innych. Należy im się szacunek. Nieustający. O tym też warto pamiętać. 


"Gdy pogoda licha, gdy siada psycha,
na Mnicha bracie, na Mnicha!”.

To powiedzonko ukuli oczywiście polscy wspinacze.


Droga bez końca?

Nie ma drogi bez końca…
Każda droga, jak wszystko na świecie,
musi mieć swój kres.






czwartek, 3 września 2020

Królestwo śmieci... Niepodzielna władza i ogromny biznes

Gdybym nadal mieszkała w Polsce, to całkiem możliwe, że królową śmieci bym została. Nie, nie dlatego, że królowanie i władza mi się marzy. Nie dlatego też, że śmieci lubię. A gdzież tam, wręcz przeciwnie, nie znoszę. Jestem straszną pedantką. Królową śmieci zostałabym dlatego, bo lubię obserwować jak powstaje czystość, ład i porządek. To po pierwsze. A po drugie, bo wiem, że to bardzo, ale to bardzo intratny interes, takie sprzątanie miast i wsi ze wszelkiego typu śmieci.
Temat ten, choć dotyczy śmierdzących śmieci, sam w sobie śmierdzący wcale nie jest. Przeciwnie, pachnie... Mamoną. A zainteresował mnie po przeczytaniu w lokalnej gazecie o naszym miejscowym królu śmieci, jak to wspaniale prosperują jego śmieciarskie firmy i jakich milionów się dorobił. Znam właściciela tej firmy, toteż sama wiem, jaki z niego bogacz. Nie bez kozery jest tak nazywany. Bo jakby nie patrzeć, na śmieciach się dorobił.
Od lat zajmuje się oczyszczaniem naszego miasta i okolicznych wsi. A trzeba przyznać, że on naprawdę bardzo dba, aby wszędzie panowała czystość, niemiecki Ordnung. I panuje.
Od momentu przeczytania o nim prześladuje mnie myśl, że skoro i ja lubię czystość, a i sam proces powstawania czystości obserwować lubię, to może by tak samej założyć taką firmę w Polsce… I milionów się nachapać. Sprzątać jest co. Ha, na długie nawet lata. A z tego, co mi wiadomo, w Kraju są jeszcze ogromne luki w branży śmieciarskiej. Toż to istna żyła złota.

Praca może i śmierdząca, ale jakże popłatna. Jasne, że sama nie trudziłabym się nią. Zatrudniłabym dużo ludzi, oczywiście za sowitym wynagrodzeniem — i niech sprzątają, porządkują, wywożą, odśnieżają, posypują… itp. prace niech wykonują. A ja dalej bym sobie robiła to, co najbardziej kocham. Może znów zaczęłabym podróżować po świecie? Już od paru lat tego nie robię, przestało mnie bawić. Świat stał się jakiś taki mniej pociągający. No ale skoro pieniędzy miałabym od groma i ciut ciut to może kupiłabym sobie wygodny samolot z pilotem, i ze dwóch bodyguardów bym zatrudniła (koniecznie młodych i przystojnych), i znów mogłabym sobie pofruwać po świecie. A potem opisywać swoje podróże i przygody. Ha, to by było życie!

No dobra... Ale póki co, póki królową śmieci jeszcze nie jestem, podglądnę jak ta firma w naszym mieście działa. Z tego co już wiem, każdy obywatel co roku dostaje nowy kalendarz z terminami odbioru poszczególnych rodzajów śmieci i opłaca całoroczną usługę. Mało prawdopodobne, żeby ktoś przegapił któryś z terminów odbioru… Chyba że zaspał, będąc pod wpływem jakowyś używek albo czegoś tam.
Pod każdym domem (w ukryciu) stoją 3 rodzaje pojemników. Brązowy – na odpady żywności; Siwy – na zwykłe śmiecie (obydwa co 2 tygodnie opróżniane); Niebieski na papier (co 4 tyg. opróżniany). Do tego dochodzą jeszcze Gelbe Säcke (żółte worki). W nich odbierane są różne opakowania z tworzyw sztucznych, metalu, materiałów wielowarstwowych, np. pojemniki po napojach, artykułach mlecznych, puszki po konserwach, piwie… itp. (odbierane są również co 4 tygodnie).
Wywóz wszelkich elektrycznych urządzeń także odbywa się zgodnie z planem. Także na życzenie. Nie inaczej jest z odpadami ogrodowymi, takimi jak gałęzie, liście. Są odbierane spod domów zgodnie z terminami zaznaczonymi w kalendarzu.
Butelki szklane i stare ciuchy też są odbierane. Specjalnie na te rzeczy stoją porozstawiane po mieście kontenery. Oprócz tego, dwa razy w tygodniu otwarta jest taka specjalna składnica z ogromnymi kontenerami gdzie każdy bez żadnej odpłatności może wyrzucić co tylko chce. Od mebli począwszy, poprzez przeróżne szkła, metale, plastiki… na częściach samochodowych skończywszy.
Sprzątanie ulic odbywa się regularnie i miasto świeci czystością. Ale nie tylko o ulice się dba, o dróżki leśne również. W zimie główne dróżki regularnie są odśnieżane i posypywane drobnym żwirem, coby joggujący obywatele gnatów sobie nie połamali.

Jeszcze parę lat temu odbywał się raz w roku Sperrmüll. Czyli odbiór spod domów wszystkiego, co tyko ludzie na ulice wystawiali. Ależ ulice wtedy wyglądały przez kilka dni, jak po jakimś kataklizmie. Zanim nastąpił odbiór tego wszystkiego przez firmowe śmieciary, wiele ludzi chodziło po ulicach i grzebało w tych rzeczach, wynajdując dla siebie coś przydatnego. Bo trzeba przyznać, że dużo dobrych rzeczy niektórzy wyrzucają. 

W pierwszych latach po otwarciu granicy z Polską to właśnie Polacy wiedli prym w takim grzebaniu na ulicach. Było też trochę Czechów i Węgrów. Wszyscy oni zbierali z ulic co lepsze rzeczy i ładowali do aut. Potem koczowali na największym parkingu pod lasem. Tam nocowali i tam też segregowali to wszystko co z ulic zebrali. Rany!... Co za bydło zostawiali po sobie. Włos się jeżył. Wreszcie policja pod karą pieniężną zrobiła z nimi porządek i od tamtej pory parking był czyściutki, że mucha nie siada. Potem Rumuni przejęli po nich schedę i tak samo koczowali na tym samym parkingu, ale już z zachowaniem należytej czystości. Nieraz stało ich tam ze 20 aut. Wszystkie takie same, białe, dostawcze. Fajnie to wyglądało. Jak obóz zmotoryzowanych koczowników. 
W ostatnich latach ze sperrmüll`ami sytuacja diametralnie się zmieniła. Obecnie każdy obywatel sam musi wejść w kontakt z firmą i zameldować, że chce wystawić jakieś niepotrzebne rzeczy. Wtedy dostaje termin i śmieciara przyjeżdża je odebrać. Muszą być jednak posegregowane. Osobno rzeczy metalowe, osobno drewniane, osobno z plastiku... itd.

No masz! Tak dokładnie opisałam cały śmieciarski proces i dopiero teraz przyszła refleksja… A jak komuś w Polsce przyjdzie na myśl ukraść mój pomysł założenia takiej firmy? To by było. O nie! Niech się nawet nie waży! Nie bez mojej zgody. Zrozumiano?! No!... A nuż przyjdzie mi ochota swój pomysł samej zrealizować... i królową śmieci w Polsce zostać?




Lato trwaj jeszcze

Wszyscy moi bliscy i ja kochamy przyrodę. O każdej porze roku. A już wiosną i latem szczególnie. Jak tylko możemy, wybywamy w plener.
Na ostatniej wędrówce byłyśmy z wnuczką same. Najpierw wdrapałyśmy się na szczyt góry Ochsenberg (907 m.n.p.m.), a potem wędrowałyśmy przez las, co rusz zachwycając się czymś. Czym? Trudno powiedzieć. W plenerze zawsze znajdujemy coś ciekawego do oglądania i fotografowania. W głównej mierze kwiaty, które są tak delikatne i piękne, że aż się proszą, aby je uwiecznić.

Ze szczytu góry podziwiałyśmy nasze miasto, siedząc pod krzyżem (znak szczytu) na ławeczce okalającej jego podstawę. Potem ruszyłyśmy dalej w las. Słoneczko zachęcało do dalszej wędrówki... A po drodze same dziwy. Znalazłyśmy też fajnych ludzików leśnych. Widać, że drwale też lubią lato... I podobnie jak my, mają poczucie humoru. 




wtorek, 1 września 2020