niedziela, 25 października 2026

Mintek z piekła rodem, czyli piorunem w listonosza

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XXVI — Tym razem będzie o zielonej kuli, która postawiła cały dom na nogi, listonoszu trafionym spadającym głośnikiem i o tym, że za nic w świecie nie zamierzałam skracać wakacji z powodu jakiegoś tam pioruna kulistego! Będzie szpitalna sielanka we dwoje, kuzyn Zbyszek rechoczący choby głupi i wierszyk, który na zawsze przykleił mi diabelską łatkę. A na deser — garść rozważań o tajemniczym zjawisku, które omal nie przyprawiło mnie o zawał serca. Czyżbym rzeczywiście była w czepku urodzona? A może po prostu mam konszachty z samym diabłem?


Mój przeraźliwy wrzask postawił domowników na równe nogi. Wszyscy, z wystraszonymi minami, natychmiast zjawili się w moim pokoju.

Najbardziej wystraszona była ciocia. Pochyliła się nade mną, przytuliła mnie do piersi i łamiącym się głosem spytała:

— Dziecko, co się stało? Jesteś cała czerwona na twarzy!

W ramionach cioci od razu poczułam wielką ulgę i po chwili, już wesołym głosem, opowiedziałam całej czwórce domowników — patrzących na mnie z rozdziawionymi ustami — co mi się przytrafiło.

Jak się później dowiedziałam, w czasie tej potwornej burzy w domu wujostwa schronił się miejscowy listonosz. Siedział wraz z nimi w kuchni i czekał, aż burza minie, by móc kontynuować swoją pracę.

Ciocia paliła gromnicę w oknie, a listonosz rozmawiał z wujkiem. Rysiek i Zbyszek — jeszcze w piżamach — siedzieli naprzeciwko rozmawiających i przysłuchiwali się ich rozmowie.

I wtedy, kiedy uderzył najpotężniejszy piorun, stała się rzecz dziwna. Piorun wprawdzie uderzył w wysoką topolę rosnącą tuż przy domu, ale jego siła była tak ogromna, że najprawdopodobniej poraził cały dom.

No bo jak wytłumaczyć fakt, że siedzący przy ścianie listonosz dostał w głowę iskrzącym się głośnikiem, który do tej pory normalnie wisiał sobie na ścianie, tuż nad jego głową?

Głośnik, odbijając się od głowy listonosza, przyozdobił ją pokaźnym guzem, a następnie, iskrząc niczym fajerwerek, upadł na podłogę, gdzie w końcu spłonął doszczętnie.

Listonosz był tak wystraszony, że niewiele brakowało, a dostałby zawału serca. I gdyby nie mój wrzask z góry, to z pewnością wujostwo musiałoby wezwać do niego karetkę pogotowia. A tak listonosz musiał jakoś sam pozbierać się do kupy, gdyż oni natychmiast zajęli się mną.

Później było mi już mniej wesoło, bo okazało się, że wujek w międzyczasie zadzwonił po karetkę pogotowia, żeby lekarz mnie zbadał.

Gdy karetka przyjechała, lekarz przebadał również listonosza. Szczęściem w nieszczęściu oprócz potężnego guza na głowie i ciężkiego przestraszenia niczego więcej u niego nie stwierdził. Tak że po burzy listonosz całkiem normalnie wrócił do pracy.

Tylko ja, jak niepyszna, musiałam przeżyć ciąg dalszy tego „pioruńskiego” ataku z niebios, bo zostałam zabrana do szpitala.

Na szczęście poparzenie mojej twarzyczki okazało się nie takie groźne, ale mimo to lekarze chcieli poobserwować mnie w warunkach szpitalnych.

Ciocia jednak nadal była przerażona i tak bardzo bała się o mnie, że, nie mówiąc mi nawet o niczym, zatelefonowała do moich rodziców i ściągnęła ich natychmiast do Pilcza.

A rodzice, jak to rodzice, gdy przyjechali, chcieli mnie natychmiast zabrać prosto ze szpitala do domu. Ale ja się nie dałam. Do końca wakacji pozostały jeszcze dwa tygodnie. To jakże to tak? Z powodu głupiego pioruna kulistego miałam darować sobie aż tyle dni wakacji w Pilczu?

To było dla mnie wręcz nie do pomyślenia! Błagałam rodziców, żeby mnie zostawili. Przekonywałam ich, że nic mi nie jest, a nawet lekarze mówili, że miałam dużo szczęścia, gdyż ten cholerny piorun nie zrobił mi większej krzywdy.

Błagałam i skomlałam. Skomlałam i błagałam. Aż w końcu ubłagałam. Rodzice się zgodzili. Ale najpierw chcieli zasięgnąć porady lekarza.

Z sercem na ramieniu czekałam na nich pod drzwiami gabinetu lekarskiego. Kiedy wyszli na korytarz uśmiechnięci, w towarzystwie lekarza, myślałam, że pęknę ze szczęścia. Bo to oznaczało, że mogłam zostać do końca wakacji!

Ależ byłam szczęśliwa! Rodzice natomiast, skoro już byli w Pilczu, zostali u wujostwa do rana. A ja, niestety, musiałam zostać w szpitalu jeszcze jeden dzień.

Wprawdzie twarz przestawała już piec i czułam się naprawdę dobrze, ale lekarze uparli się i kazali mi jeszcze pozostać na obserwacji.

Nie byłam jednak zła z tego powodu. Z prostej przyczyny: za ścianą mojej sali leżał Franek. Bo za sprawą swoich rodziców trafił do szpitala już wcześniej — w nocy. Dostał bowiem wysokiej gorączki po tej „ropnej” opaleniźnie.

Prawie cały dzień spędzaliśmy razem. Byłam wreszcie spokojna i pozbyłam się wyrzutów sumienia związanych z Frankiem. A to dlatego, że już na samym początku mnie uspokoił, i to z własnej inicjatywy.

Powiedział, że nie mam prawa się obwiniać, bo i nie mam za co, gdyż sprawiłam mu wielką przyjemność swoją troskliwą opieką tam, nad brzegiem rzeki. A teraz jest nawet szczęśliwy, że… jak to się on wyraził?... Aha! Że może być tu, w szpitalu, razem ze mną i wreszcie mieć mnie tylko dla siebie.

Czego więc więcej można było chcieć? Spokój ducha był. Cierpień fizycznych tyle, co kot napłakał. Opieka i obsługa wspaniała. Rozrywek całe multum!

Było nam tam tak dobrze, że nawet fakt, iż był to szpital, zbytnio nam nie przeszkadzał. Tym bardziej że wszyscy nas odwiedzili i byli dla nas bardzo mili. O wiele bardziej niż w normalnych warunkach. A już zwłaszcza Rysiek i Zbyszek.

Co prawda Franek miał wyjść do domu już wieczorem, ale skubany zaczął nagle symulować zawroty głowy, byleby tylko móc zostać ze mną do następnego dnia. No i się udało!

Następnego dnia po południu wyszliśmy razem ze szpitala. A właściwie odebrał nas kuzyn Zbyszek.

Kiedy znaleźliśmy się już w samochodzie, ze wszystkimi papierami od lekarzy, Zbyszek, rechocząc choby głupi, powiedział:

— Mintek, ja zawsze ciebie podejrzewałem o konszachty z diabłem, a teraz jestem tego wręcz pewien. Tak samo jak tego, że specjalnie ściągnąłeś na siebie tę piłeczkę piorunową. Ale na drugi raz musisz bardziej uważać i nie myśleć tylko o sobie, bo przez tę twoją piekielną kombinację mało naszego listonosza życia nie pozbawiłeś…

No i od tamtych wakacji dla starszego kuzyna już na zawsze zostałam Mintkiem z piekła rodem. Ciągle się ze mnie nabijał i grzmiał:

— Mintek to czort z piekła rodem, który diabelskie sztuczki zrobił swym zawodem. Z ludźmi niewiele rozmawia, a tylko piorunami się zabawia.

Mało tego! Napisał nawet dowcipny wierszyk na mój temat i przywiózł mi go do szpitala. Do dziś mam go w pamięci... Poczekajcie, jak to było? Nie wiem, czy uda mi się go dokładnie powtórzyć, ale spróbuję:


W naszej wsi się zjawił smarkaty Mintek,
co piorunami kichał, gdy dręczył go smutek.
Razu pewnego, kichając przy oknie,
własną twarzyczkę poparzył okropnie.

Lecz on to zrobił jednak z rozmysłem —
znaleźć się w szpitalu było jego zamysłem.
Tam kumpel Franek na niego czekał,
a on chciał być przy nim, toteż nie zwlekał.

Tym razem jednak zdrowo przesadził,
bo o listonosza piorunem zawadził...
Listonosz głośnikiem padł porażony
i legł na podłodze do cna przerażony.

Mintek i Franek w szpitalnej rozkoszy…
A zgroza na wsi ciągle się panoszy.

Listonosz wszak rozniósł wraz z pocztą wiadomość,
iż w Pilczu na wzgórzu jest dziwny jegomość,
który wnet będzie srogo ukarany —
za to, że go zranił swoimi piorunami.


No czyż nie poeta? A przede wszystkim dowcipniś! Lubię ludzi z poczuciem humoru, bo też mi samej go nie brakuje. Z czego cieszę się bardzo. Bo ciocia zawsze powtarza, że z własnego doświadczenia wie, iż takim ludziom żyje się o wiele łatwiej i przyjemniej.

A wracając do pioruna kulistego, to jest on prawdziwym fenomenem wśród wyładowań atmosferycznych. Nie miałam zielonego pojęcia o czymś takim. Dlatego na początku okropnie się wystraszyłam. Ale wówczas, jak już wspominałam, nie tylko strach mną powodował, lecz także dość osobliwe pieczenie twarzy.

Trudno mi było pojąć, co to za dziwoląg. Nigdy wcześniej nie słyszałam o takowym prezencie niebios.

Tak że ten „mój piorunek” wydał mi się w końcu tak dziwny, ale to tak dziwny… że aż normalny. Dlatego starałam się więcej nie myśleć o tym, co mi się przytrafiło z nim w głównej roli, i szybko zapomniałam o całej tej historii... przynajmniej do końca wakacji.

Dopiero kiedy wróciłam do domu, temat pioruna kulistego niespodziewanie do mnie powrócił. Pewnego dnia wpadło mi bowiem w ręce jakieś czasopismo, w którym przeczytałam o podobnych przypadkach.

Stało w nim jak byk, że ognista kula wleciała kiedyś — nie pamiętam już gdzie — do samolotu pasażerskiego. Mimo że samolot działa jak klatka Faradaya, kula przeleciała bezgłośnie ponad głowami przerażonych pasażerów i wyleciała z drugiej strony samolotu. Prawdopodobnie przez klimatyzację.

Gdzie indziej zaś odnotowano przypadek przemieszczania się pioruna kulistego wewnątrz namiotu. Kula kilkakrotnie ocierała się o ludzi leżących w śpiworach. Zdarzało się, że dotykała bezpośrednio ciała człowieka. Na ogół pozostawiała ślady w postaci poparzeń, lecz czasem nie czyniła żadnych szkód.

Piorun kulisty zachowuje się jednak nieobliczalnie i tak do końca nie można przewidzieć, jakie będą skutki jego pojawienia się. Nawet jego wygląd może być całkiem różny.

Tworzy go świecąca kula o różnej wielkości — od piłki tenisowej po piłkę futbolową — która emituje jasne światło w kolorze czerwonym, pomarańczowym, żółtym lub białym, a nawet zielonym... Tak było w moim przypadku.

Porusza się w bardzo dziwny sposób. Przy gruncie i w pobliżu zamkniętych pomieszczeń przemieszcza się względnie wolno. Nagle zmienia kierunek, a zdarza się nawet, że na krótko nieruchomieje. Tak było też w moim przypadku. Przedostaje się do mieszkań przez otwarte okna i drzwi. Bywa, że wchodzi przewodem kominowym i tą samą drogą opuszcza pomieszczenie, nie wyrządzając większych szkód.

W moim przypadku piorun kulisty wleciał przez okno mojego pokoju i wyleciał przez okno na korytarzu. Całe szczęście, że przed snem otworzyłam je na oścież.

Nieraz się nad tym zastanawiam: czy to był czysty przypadek, czy może moja Opatrzność czuwała nade mną i kazała mi otworzyć to okno?

Tak czy inaczej, miałam naprawdę wielkie szczęście. Bo chociaż piorun kulisty uważa się za mniej niebezpieczny dla człowieka niż pozostałe rodzaje piorunów, to bywa i tak, że kontakt z nim kończy się tragicznie. Potrafi też eksplodować w pomieszczeniu, niszcząc je zupełnie.

A skąd się w ogóle biorą takie „fikuśne” akurat pioruny? Naukowcy już od ponad stu lat próbują wyjaśnić to niecodzienne zjawisko atmosferyczne.

Najczęściej przyjmuje się, że piorun kulisty jest kulą rozżarzonego gazu znajdującego się w ruchu obrotowym, która powstaje w przestrzeni między dwiema błyskawicami biegnącymi blisko siebie w przeciwnych kierunkach. Tak powstała świecąca kula gazowa pozostaje niegroźna dopóty, dopóki do jej środka nie przeniknie powietrze z zewnątrz. Gdy to jednak nastąpi, piorun kulisty rozpada się z hukiem.

A więc, mając to na uwadze, można domniemywać, że w moim przypadku najwyraźniej tak szczęśliwie się stało, iż powietrze nie przeniknęło do środka kuli.

Tak że faktycznie mogę mówić o wielkim szczęściu. Wygląda na to, że jestem w czepku urodzona. Wprawdzie tego do końca nie wiem, ale jedno wiem na pewno... żem w niedzielę urodzoną.


Mintek z Frankiem po powrocie ze szpitala.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo

14. Czarna owca i kolonie grozy

15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki

16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie

17. Czerwony nos i poważne sprawy

18. Jak połknęłam kijankę i uciekłam przed krową

19. Spałam kiedy ratowali świat

20. Rok, w którym prawie się poddałam

21. Pszczoła, Krasula i ja — czyli początek szalonych wakacji

22. Gnojownik, rój pszczół i zakazane jabłka

23. Kasztanka most i nocne przygody

24. Dętka, ropa i śmierć w oczach 

25. Zielona kula nad łóżkiem, czyli spotkanie z piorunem kulistym


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.